Co się z nami stało? – wiersze Cezarego Kadzewicza

foto: Cezary Kadzewicz

_

Co się z nami stało?

Gdzie jesteś,
gdy noc rozdaje sny?

Liczę szare smutki
codziennych samotności,
w których martwe wieczory,
krzyczące ciszą,
beznamiętnie,
z bolesną dokładnością,
zabijają
uciekający
czas.

Spójrz,
kwiaty mróz pościnał
i zatapiając w słonym deszczu
powoli
wyrzuca je
do niepamięci.
Szkoda,
bo można było je wstawić do wody
i śmiałyby się jeszcze
długo.

Niewysłany list

Wyblakły,
wyjęty z szuflady list.
O tęsknocie,
miłości,
błękitnych oczach
i włosach miękkich jak len.
Przeczytałem go kilka razy.
Łza nostalgii spadła na wypłowiałą kartkę.
Westchnienia,
ale za kim?

Tańcząca w rozmazanej pamięci
ulotna postać,
o ciepłych oczach
i delikatnych,
dziwnie znajomych rysach twarzy,
z zatartym przez czas imieniem.

A może to nie mój list?
Tylko skąd w nim
przy słowie kocham,
moje imię?

Ballada o ludzkiej głupocie

Oddalamy się od siebie,
Bezgranicznie siebie pewni,
Niszcząc wszystko co za nami,
Dumni, gniewni.
Oddalamy się od siebie,
Tak zwyczajnie, bezrozumnie,
W złości szeptach zasłuchani
Głupio, dumnie.
Pośród tego co otacza
Nas bolesnym zapomnieniem,
Jak dwa światy w niemym filmie,
Słów milczeniem.
Plącząc ścieżki pokręcone,
Tak niedawno proste jeszcze,
Oddalamy się od siebie
Myśli deszczem.
Nienawykli do ustępstwa,
Gubiąc niegdyś ważne daty,
Oddalamy wciąż od siebie
Uczuć światy.
Zaślepieni niemą złością,
Tłokiem myśli chorych zżarci,
Rozmieniamy się na drobne
Tak uparci.
I zamknięci w swym uporze,
Obciążeni słów brzemieniem,
Rozrzucamy w morzu złudzeń
Serc kamienie.
Tak bezwolnie osadzeni
W niepamięci, jak w żałobie
Zatapiamy się w łez lustrze,
Każde w sobie.
Czasem tylko w samotności
Śledząc przeszłość jak film dziwny
Przełykamy smutku gorycz
Tak bezsilni.

Dziś już nie wiem jak to nazwać,
Jaką myślą się posłużyć,
Aby cofnąć czasu przepaść,
Coś zrozumieć?

Co się stało z tą miłością
Która krew burzyła w żyłach,
Czy nieprawdą w uczuć rzece
Tylko była?

Wyznanie

Wejść do twoich myśli
westchnieniem.
Małym listkiem
spaść z drzewa zapomnienia
i zostać tam
nie napisanym jeszcze wierszem.
Lekkim jak spojrzenie lata,
cichym jak oddech nocy
i bladym jak świt gdy wstaje.
Wiem,
to niemożliwe,
ale spróbuję.
Wcisnę się wspomnieniem chwili,
łzą
niebacznie zastygłą w twoim oku
i spojrzeniem lekkim,
jak smak kropel deszczu,
gdy płyną nieproszone,
po twoim policzku.
Nie wyrzucaj mnie z nich,
ja chcę tylko tam być.
Czasami,
cichutko budząc się w nocy,
wchodzić do twojego snu
i jak zegar tykać
moje zwierzenia,
moje wyznania,
moją samotność
bez ciebie.

Erotyk

Brzegiem lasu idąc ujrzałem dość blisko
Widok z marzeń sennych, nie widok, zjawisko.
Leżałaś na trawie równie piękna kwiatom
Rzęsami przykryta i niczym poza tym.
Pieściło cię słońce długo, natarczywie,
Wgryzało się w ciebie gorąco, żarliwie.
Wiatr błądząc nad ziemią leniwie, pomału
Wplątał się w twe włosy, coś w wietrze zadrżało,
Coś pękło, by zabrzmieć obcej nuty dźwiękiem
Wstrzymało dech w piersiach, objęło go lękiem.
Coś dotąd nieznane jego dzikiej duszy
I sam już nie wiedział czemu tak się wzruszył.
Co było powodem niemocy bezmiernej
Tej dziwnej natury tak dumnej, tak gniewnej,
Tak wolnej, że bardziej być wolnym nie sposób
Nie wiedział, lecz przywarł blisko twoich włosów.
Słońce zaszło, wstałaś, zostawiłaś w cieniu
Pęk włosów sczesanych pośpiesznie grzebieniem.
Tyle mu zostało pośród leśnej głuszy
I jeszcze cierń został nie wyrwany z duszy.
Dłużej stać już nie mogłem więc powolnym krokiem
Ruszyłem przed siebie, by zdążyć przed zmrokiem.
Czas rany uleczy – ktoś pewnie przytoczy,
Lecz nim ten czas minie, spójrz wiatrowi w oczy,
Czy znajdziesz tam spokój, którym przedtem lśniły?
– Nie te same oczy, nie te same – miła…

Wierszokleta

Spadło na mnie objawienie
Wiersze wpisać w sławy ciszę.
Jak niezwykłe przeznaczenie,
Inni piszą, ja napiszę.

Chcę poetą zostać, wieszczem,
Chcę napisać o motylkach,
Zdobyć Nobla, coś tam jeszcze,
Wpisać w chmurki zwierzeń kilka.

O miłości nie radosnej,
Że jeżeli, to na pewno,
O tym że przychodzi wiosna.
Muszę trącić nutkę rzewną.

Bo jak on, to jest i ona,
Chociaż wzdycha do innego.
On ją kocha (bo nie żona)
Samo życie, dramat w biegu.

Wkładam kapcie ciepłe, z wełny,
Biorę pióro, w kratkę papier,
Patrzę w sufit, nie ma weny,
Jak mam zacząć, czy potrafię?

Więc jej szukam, jest, znów znika,
Wena twórcza, chimeryczna
Lecz co widzę? To co zmyka
To myśl moja demoniczna.

Demoniczna, to za wiele
Tak bym tego nie ujmował.
Owszem twórcza, może? Nie wiem.
Ale wenę ktoś gdzieś schował.

Szukam w biurku, pod tapczanem,
Nawet mysz w popłochu zmyka.
Gdzie cholerę tę wciąż nosi,
Że tak ciągle z domu znika.

Trudno, nie chce to nie trzeba,
Sam poradzę sobie pewnie.
Myślą sięgnę hen, do nieba
I wyciągnę rymy rzewne.

Rymy, łatwa rzecz, na pewno,
Te połączyć słowem muszę,
Potem znaleźć nutkę śpiewną
I do wiersza wstawić duszę.

Siadam, pocę się i sapię,
Gryzę pióro, wściekły strasznie.
Kartki rwę, w głowę się drapię
I wciąż czekam, że się zacznie.

Że napiszę cud poemat,
Stanę się bożyszczem tłumów,
A w efekcie to nic nie ma
Kupa nerwów, trochę szumu.

Myśl nasuwa się – post factum
(to udało się najtrafniej)
Wierszokletą nie zostanę,
Czytać cudze jednak łatwiej.

Cezary Kadzewicz

_

Post Author: Redakcja Białystok