Dawne zabawy dzieci wiejskich – część 1

                                                                          Mojemu Rodzeństwu z okazji Dnia Dziecka – te wspomnienia poświęcam

Pamiętam rodzicielskie podwórko swojego dzieciństwa i myszkowanie po najbardziej ukrytych jego zakamarkach. Stał tam niewielki dom murowany z wysokimi jak na dziecięce nóżki schodkami, z których mimo to ochoczo skakaliśmy, nierzadko obijając kolana o utwardzoną żwirową dróżkę.

Od schodów na prawo rosły krzaczki śnieguliczek, które z racji wyglądu ich owocków nazywaliśmy bąbelkami. Krzewinki rosnąc ułożyły się w taki  sposób, że okalały malutki wolny placyk. Tam to bawiliśmy się w szkołę podczas… wakacji! Bo uczenie się uwielbiałam od dzieciństwa, ale też i do pouczania innych miewałam skłonności. Ustawialiśmy więc ławki z desek położonych na kilku cegłach, jedna za drugą – szeregiem, jak w prawdziwej klasie. Wynosiliśmy z domu książki, niezapisane kartki z zeszytów szkolnych, resztki kredek i ołówków, aby mogły odbywać się lekcje. Zawieszaliśmy nawet na drzewie tablicę z dykty, na której pisało się przemyconymi ze szkoły skrawkami kredy. Szkoła taka zwoływała wszystkie dzieci z pobliskich domostw, były dzwonki, była lista uczniów i odznaczana co dzień obecność. Klasa zaś – koedukacyjna i wielorocznikowa. Ja zawsze byłam nauczycielką i najchętniej robiłam… dyktanda! Matematyka również zajmowała poczesne miejsce, a więc i klasówki. Ale odbywały się też zajęcia artystyczne, ruchowe, a nawet organizowaliśmy konkursy. Były i oceny, a jakże. No i lekcje zadawane do domu. Siostra po latach stwierdziła, że miałam u wszystkich „wielki posłuch”. Może dlatego zostałam później nauczycielką?

Największą jednak pasją całoroczną były nasze zabawy lalkami szmaciankami. Nigdy w swoim dziecięcym życiu nie miałam lalki ze sklepu, takiej plastikowej ze szklanymi oczami oczami. Dziś tego nie żałuję. Paradoksalnie ubóstwo stało się motorem rozwoju i kreatywności. Aby mieć lalki – a posiadałyśmy ich całe „rodziny”-  należało je sobie samodzielnie uszyć. Był to cały proces. Najpierw musiałyśmy znaleźć dostatecznie duży kawałek jasnego materiału. Najczęściej pochodził ze starego, niezdatnego do użytku prześcieradła. Jednocześnie – zakraść się na strych w domu babci Olesi i uszczknąć kłak wyczesanego lnu, który posłużyć miał na lalczyne włosy. Szyciu towarzyszyły wielkie emocje. Korpus, oddzielnie ręce i nogi, a potem ich wypychanie: pakułami, watą, gałgankami – wszystkim tym, co udało się zdobyć. Następnie doszywanie kończyn i to, co najważniejsze, czyli głowa. Okręcało się szmatką coś na kształt kulki, po czy następowała zapierająca dech w piersiach czynność nanoszenia kopiowym ołówkiem rysów twarzy: oczu, brwi, nosa i ust. Jeśli zabieg się udał, radość była ogromna! Doszywało się włosy i nagle taka lalka nabierała jakby cech ludzkich. Stawała się  „swoja”, piękna, kochana! Nadawałyśmy jej ulubione imię i stawała się odtąd niemal członkiem rodziny. Jeśli wygląd jej twarzyczki nie został zaakceptowany, trzeba było główkę pokryć kolejną warstwą materiału i zacząć pracę nad jej twarzą jej od nowa.

Lalek takich miałyśmy jednocześnie po kilka. Bez przerwy szyłyśmy im ubranka. Na szczęście we wsi była krawcowa, potem druga, z którą ożenił się nasz stryj Zygmunt. To była wielka frajda, bo można było dostać najfajniejsze ścinki krawieckie i stroić swoje lale do woli. W wakacje  najczęściej chodziłyśmy z koleżankami na naszą łąkę tuż za stodołą, by tam, nad sadzawką, w cieniu kaliny, rozłożyć koc na bujnej trawie, a na nim przyniesione w pudełkach po butach skarby: szmatki, igły, nici, nożyce, guziki, haftki – czyli cały kram małych szwaczek. Szyłyśmy nie tylko „zwykłe” sukienki czy spódnice, ale nawet dresy, rajstopki, butki, czapeczki, palta, szaliki, jak również i pościel. Sprawiałyśmy im korale z jarzębiny czy kaliny, kokardy do włosów i inne ozdoby. Organizowałyśmy nawet lalczyne imprezy. Pomiędzy lalkami naszymi, tj. moimi i mojej siostry, jak i koleżanek, przed Bożym Narodzeniem… ciągnęłyśmy losy i robiłyśmy lalkom paczki z prezentami! Oczywiście upominki dla lal też były wykonywane przez nas ręcznie. Wiem, że dość długo wstydziłam się przyznać do tego, z czego dziś już sobie ujmy nie czynię. O to mianowicie, że lalkami bawiłam się aż do piątej klasy szkoły podstawowej.

Gdy znudziło nam się szycie lalkom – szliśmy nad sadzawkę, gdzie zbieraliśmy przy brzegu ślimaki. Raz pojawiły się nawet małe rybki, które wyciągaliśmy koszem na ziemniaki. Spełnił on wprawdzie swoją rolę, ale rybki nie nadawały się do smażenia ani do niczego innego. Tam również wyciągaliśmy z błota łodygi tataraku i zjadaliśmy go po trosze. Wprawdzie nie był nadzwyczajny w smaku, ale dziecięca ciekawość nie zna granic. Po czym zrywaliśmy duże bukiety niezapominajek, z których pletliśmy sobie wianki, a pozostałe ustawialiśmy w domach jako specyficzną kompozycję. Układało się je na spodeczku lub talerzyku, lekko przyciskało pośrodku niewielkim kamyczkiem i czekało się, by zdumieniem zobaczyć, jak nazajutrz powstaną. Każde takie dziecięce zaciekawienie przyprawiało o dreszczyk emocji.

Najbardziej przez nas lubianymi zabawami koedukacyjnymi były wszystkie gry zespołowe: w wojnę, dwa ognie, cegiełki, w klasy, cymbergaja, palanta, pikadora, chowanego, w figurki i inne. Istniały już wtedy piłki, ale na wsi mało kto taką posiadał. Chłopcy lubili nimi grać w nogę, a dziewczynki –odbijać o ścianę. A to ręką, a to obydwiema specyficznie ułożonymi, to znów łokciem,  piersią, brzuszkiem i wreszcie główką. Była taka gra zwana „piętnastką”, która zawierała wszystkie te elementy. Przy każdym korzystaniu z piłki trzeba było bardzo uważać, aby nie zbić okna, a nie daj Boże sąsiadom! Ale zdarzało się to raczej chłopakom, niezbyt uważnie kopiącym. Nasze ulubione harce uprawialiśmy zwłaszcza pod wieczór, gdy większość wyszła na ulicę, ale latem zmrok zapadał późno, więc godziny przedwieczorne były porą rówieśniczych spotkań i dokazywań.

Jeszcze jedna zabawa koniecznie zasługuje na wspomnienie. To zabawa w sklep. Organizowałyśmy ten handelek ja i moja siostra, rzadko dopuszczając kogoś z koleżeństwa do tego „rodzinnego biznesu”. Wcześniej trzeba było jak najmniejszym nakładem zgromadzić towar do sprzedaży. Sztandarowy asortyment stanowił zielony groszek w strąkach. Nasz tata często obsiewał nim kawałek pola, ale kiedy nie było własnego, do „interesu” mógł być dopuszczony ten, kto był w stanie strączki te dostarczyć. Zjadało się nie tylko pyszną jego zawartość – lekko słodkie, miękkie i soczyste kuleczki. Jadalne były też i same strąki, po oderwaniu blaszkowatej, wewnętrznej powłoki. W sprzedaży pojawiały się też – w miarę dostępności – umyte okazy młodych rzodkiewek, marchewek, brukwi czy kalarepki. Wszystkie te warzywa były bardzo smaczne i zjadane na miejscu.

W zależności od pory, nasz „warzywniak” oferował owoce sezonowe: wiśnie, porzeczki, jabłka, gruszki. Jednak większym powodzeniem cieszyły się te mniej naturalne smakołyki, choć były droższe. Rarytasem okazywały się wafle przełożone powidłami z gotowanych czarnych jagód, które u nas nie rosły, ale zapobiegliwe mamy wyprawiły się wcześniej po nie do dalszych lasów. Wyprosiło się więc ich trochę i wkładało pomiędzy dwa krążki suchych wafli andrutowych, następnie pokrojonych na niewielkie cząstki. Takie, na które stać było większość ubogiej dziecięcej klienteli. Czasem w sprzedaży pojawiały się swoiste „markizy”, czyli dwa ciastka Petit Beurre, przełożone i sklejone masłem. Pycha! Innym razem – kromki bułki drożdżowej upieczonej przez naszą mamę. A przecież jej drożdżowe wypieki miały markę w całej wsi.

Cały towar, obowiązkowo oznaczony cenami, był eksponowany na półce zrobionej z deski wspartej na słupkach, z większym napisem: „Sklepik”. umieszczonym u góry, np. ścianie stodoły lub na drzewie. Kilka dni wcześniej szła w eter wiadomość o dniu i godzinie otwarcia sklepiku, która pocztą pantoflową docierała niezawodnie do wszystkich zainteresowanych. Sprzedawało się zazwyczaj prawie wszystko. To, co zostało, rozdawałyśmy dzieciom, które przyszły bez grosza i tylko się przyglądały. Ale te resztki nigdy nie należały do rarytasów. My zaś zliczałyśmy „utarg”. Zazwyczaj było to kilka złotych, nigdy kilkanaście. Zgodnie ustalałyśmy, na co ten zysk przeznaczymy. Tamta dziecięca zaradność nawet mnie samą dziś zaskakuje.

 

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Post Author: Redakcja Białystok