Dawne żniwa – cz.1

Przełom lipca i sierpnia, upalne lato w pełni. Przebywam na wsi i obserwuję  pierwsze, pojedyncze kombajny zbożowe. Wkrótce coraz częściej będą przerywały błogą ciszę wiejskiego zakątka. Dawniej żniwa zaczynały się dużo wcześniej. Obecnie, poza kombajnem, nie rozpoznaję i nie znam nazw maszyn wspomagających zbiórkę zbóż. Teraz zwozi się do obejść już czyste ziarno, a wszystko odbywa się w ciągu zaledwie paru dni.

Kiedyś żniwa trwały parę tygodni, a rozpoczynały się już w połowie lipca. Najpierw wśród gumien rozlegał się łoskot klepania kos, to znaczy ich ostrzenia. Do tego celu służyło klepadło, złożone ze specjalnego drewnianego stołeczka z małym metalowym pulpitem, na którym kładło się ostrze kosy i oklepywało je po obu stronach młotkiem, po czym szlifowano specjalną osełką wykonaną z jakiegoś rodzaju kamienia. Czynność ta trwała dosyć długo. W czasie żniw rolnicy wykonywali ją w południe, aby później wyjść w pole ze świeżo naostrzoną kosą. Czasem przyglądałam się jak wykonywał to mój tata lub dziadek Józef.

Tata w niedzielę poprzedzającą  koszenie zboża szedł na pole i wzdłuż łanów sprawdzał, czy jest gotowe do zżęcia. Sprawdzał, gdzie bardziej dojrzało i od którego kawałka zaczynać. Na żniwa udawali się wszyscy całymi rodzinami. Kto miał pole daleko, jechał tam furmanką. Drabiniasty wóz był obsadzony „od kłonic do kłonic”, a spoza szczebelków wyglądały małe główki dzieci. Zabierało się ze sobą kilku-litrową konewkę z zimną wodą prosto ze studni. Drugie naczynie ze zsiadłym mlekiem oraz jakiś suchy prowiant: chleb, jajka gotowane na twardo, kwaszone ogórki, czasem pomidory, smażone racuchy drożdżowe, bułkę pieczoną swojej roboty, swojskie konfitury i owoce prosto spod drzewa. Wodę, mleko i wszelkie jadło wstawiało się w środek mendelka ze zbożem i ciasno obstawiano dodatkowymi snopkami, aby pozostawało w głębokim cieniu. Koło kolejnego mendla lub drzewa na rozesłanej kapie usadzano dzieci, nawet niechodzącego jeszcze maluszka. Dzieciarnia dostawała cokolwiek do zabawy, a dorośli odchodzili do pracy. Rodzice dbali o to, by mieć potomstwo w zasięgu wzroku.

Mężczyzna szedł wśród łanu na czele gromadki żniwiarzy, wybierał kłos, wyjmując zeń ziarno i sprawdzał, czy jest dostatecznie dojrzałe i odpowiednio twarde. Po czym żegnał się szeroko i zamachiwał kosą, kładąc za sobą pierwszy pokos zżętego zboża. Zawsze na początku kosiło się żyto. Gospodyni tuż za kosiarzem podbierała odkładający się pokos. Jeśli kosiarzy było więcej, każdy musiał mieć idącą za nim podbieraczkę. Trzecia osoba, zwykle jakiś wyrostek-nastolatek, skręcała powrósła z garści skoszonego zboża. Powszechnie nazywano je „pasami”. Takie pasy w pewnym momencie wykonywałam także i ja, i moje rodzeństwo. Po odpowiednim, mocnym związaniu i skręceniu pasa, rozkładało się go przed podbieraczką, która kładła nań wielkie naręcze zebranego spod kosy zboża. Jeżeli była taka możliwość, czwarta osoba szła na końcu i wiązała powrósłami te zebrane kupki zboża w snopki. Jeśli zaś żniwujących było mało, wówczas robiło się przerwę, a koszący brał się za wiązanie. Mało która kobieta miała tyle siły, aby dostatecznie mocno zacisnąć i zawiązać pas. Tak więc szła sprawdzić, co z dziećmi, a ci od powróseł wykonywali ich trochę na zapas. Czasem zarządzano wtedy krótki odpoczynek dla wszystkich, aby na przykład napić się lub coś przegryźć. Po skoszeniu wyznaczonego kawałka pola wszyscy obecni zestawiali zżęte i powiązane w snopy zboże w charakterystyczne „mendelki”. Była to kompozycja składająca się z dwunastu snopków, ustawionych dookoła jednego z nich pod takim kątem, żeby i dobrze schły, i chroniły przed deszczem. Później liczbę snopów zmieniono i wtedy nazywano to „dziesiątkiem”. Z daleka  przypominały…indiańskie wigwamy!

Obraz takiego pola zastawionego mendelkami noszę w swoim sercu i zachowam na zawsze. Połacie kłującego nogi rżyska obstawione długimi szeregami mendli to właśnie symbol tamtych żniw, po których ślad dziś już odnaleźć można jedynie na starych fotografiach.

Kiedy inni zaczęli już żąć zboże konnymi kosiarkami, w naszym rodzinnym gospodarstwie ścinało się je traktorową snopowiązałką. Powód był prosty, nie posiadaliśmy konia. Nie ma co ukrywać, nie lubiłam żniw, dlatego bardzo cieszyła nas taka zmiana. Odtąd już tylko musieliśmy zestawiać gotowe snopki, powiązane sznurkiem, które nadto były znacznie lżejsze od tych spod kosy. Same żniwa też wyraźnie się skróciły, choć wciąż nie był to akt jednorazowy, bo zbóż było kilka, a te nie dojrzewały równocześnie. Były też małe kawałki, gdzie ciągnik nie mógł np. dojechać, siłą rzeczy więc żniwowanie kontynuowano kosą.

(foto: Galeria Muzeum w Ciechanowcu)

Charakterystyczna była też końcówka żniw. Kiedy ojciec żął ostatni pokos, my znosiliśmy posiadane we własnym ogródku kwiatki. On zostawiał niewielką kępkę nieskoszonego zboża, które wiązało się w obrębie kłosów w rodzaj bukietu. Wewnątrz, po rozchyleniu łodyg, wkładało się płaski kamień, a na nim kładło kromkę chleba. Na koniec ubieraliśmy kwiatkami tę „przepiórkę”, bo tak ją nazywano. Po czym odbywało się tzw. „oborywanie przepiórki” polegające na tym, że powalano na rżysko młodą niezamężną dziewczynę i ciągano ją za nogi dookoła tego „gniazdka”. A że wtedy dziewczyny chodziły w sukienkach, wszyscy mieli ucieszne widowisko, kiedy ujrzano jej odkrytą w tym rytuale bieliznę. Ponadto tarcie tyłkiem po rżysku też do przyjemności nie należało. Wrzask dziewczęcia i śmiechy rozlegały się z odległych pól. Jeszcze jako dzieci biegaliśmy przez kilka następnych dni sprawdzać, czy przepióreczka zjadła położony chleb, bo zwyczajowo po to się go tam umieszczało.

Zboża do stodół zwożono drabiniastym wozem – jedna osoba podawała snopki z pola widłami, druga na furze odbierała je i układała. Czasem taki wóz był ogromnie wysoko naładowany, a na nim siedział powożący, nawet z dzieckiem lub ich kilkorgiem. Było to trochę niebezpieczne. Zrzucanie zboża w stodole odbywało się czasem z udziałem starszych dzieci. Robiłam to czasami, tj. układałam je w sąsieku, pospołu z kimś z rodzeństwa. Była to praca nieprzyjemna. Do żniw należało się specjalnie ubierać: przewiewna lecz sztywna bluza z długim rękawem, coś kryjącego nogi oraz chusteczka na głowę. A mimo to przy niedzieli, po przebraniu się w kuse sukienki, wszystkim dziewczynom odkrywały się nogi podrapane do krwi od chodzenia po kłującym ściernisku i obcowania z kolącymi źdźbłami zboża. Ale przyjmowano to za rzecz naturalną, jako że wszyscy jednakowo byliśmy mieszkańcami wsi oraz dziećmi rolników.

(foto: pixabay)

 

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok

 

 

 

Post Author: Redakcja Białystok