Dzwońcu i Zdun – legend Wojciecha Więckowskiego ciąg dalszy

_
Zadaniem historii jest badanie faktów.
Niesienie przesłania jest zadaniem legend.
Badając własną historię spotkałem legendy, na których wyrosłem.
Uznałem, że warto je spisać. Wy ocenicie, czy miałem rację.
Wojciech Więckowski

Dzwońcu i Zdun

A właściwie Zdun i Dzwońcu, bo Zdun był pierwszy. Mieszkaliśmy wtedy w osiedlu Fińskich Domków na skraju Pól Mokotowskich. Miałem wtedy osiem lat, a domek był o rok, dwa starszy. Administracja osiedla przeprowadzała właśnie akcję wymiany pieców. Dotychczasowe, ceglane, przebudowywano na prawdziwe, kaflowe. Ponieważ do szkoły chodziłem na czternastą piętnaście, całą piecową imprezę mogłem oglądać od A do Z. Nieomal, bo po wspólnym z panem Zdunem obiedzie odmeldowywałem się do szkoły. Dla pana Zduna musiała to być chwila błogosławiona, bo do fajrantu już nie musiał dogłębnie wyjaśniać jak będą biegły lufty, dlaczego kafle wiąże się drutem, co to za murowanie błotem zamiast prawdziwą zaprawą… ?
To musiało zdarzyć się w niedzielę. Niedziela nie była takim zatłoczonym codziennością dniem. Było znacznie więcej czasu, by zadbać o Wojtusiową kindersztubę. O tę kindersztubę dbała głównie Zosia. Siostrzyczka byłą osobą systematyczną i szanującą reguły gry. Aby uniknąć całkowicie zbędnej informacji, że już kilka razy w życiu zdarzyło mi się umyć ręce, pytania zadawała precyzyjnie: „Wojtuś, czy ty dzisiaj, bezpośrednio przed obiadem umyłeś ręce?” Ja też szanowałem reguły gry, więc pozbawiony pola gramatycznego manewru, biegłem dokonać ablucji.

W czasie obiadu nastąpiła zmiana wychowawcy. Mojego apetycznego siorbania zupy nie zdzierżył Tato, który zadał retoryczne pytanie: „Czy widziałeś, żeby ktoś tak zachowywał się przy stole?”. Jednakże ja potraktowałem to pytanie całkiem nieretorycznie i odpowiedziałem, że owszem – widziałem, że pan Zdun nie tylko siorbał, ale jeszcze trzymał łokcie na stole. Tato najpierw znieruchomiał, ale potem mu przeszło i powiedział, co dobrze zapamiętałem: „Synku, od pana Zduna ucz się stawiania pieców, a zachowania przy stole ucz się od nas”.

Dzwońcu pojawił się na dwa lata przed maturą. Objął funkcję kierownika warsztatów, a ponad to prowadził zajęcia z przepisów BHP i przepisów o ruchu drogowym. Odpytywanie uczniów rozpoczynał nieodmiennie: „No co, dzwońce, pewnie znowu nic nie pamiętacie?”. Po czym nam wyłuszczał, że jeśli jako przyszli kierownicy zakładów mechanizacji rolnictwa nie chcemy umoczyć tyłka przed prokuratorem, to musimy wiedzieć gdzie, ile i jakich gaśnic musi wisieć, jak zabezpieczona musi być instalacja elektryczna itp.,  itd.  Aby lekcja się nie dłużyła, przeplatał ją jakimś kawałem lub czymś innym, całkiem nie a’ propos. Do dziś pamiętam jego zwierzenia na temat kuchni francuskiej – ze wszystkich sałatek to on  najchętniej świńską dupę z chrzanem.

Dzwońcu, nie wiem czy z zawodu czy z zamiłowania, był samochodziarzem. Znany w Radomiu pan mecenas opowiadał, jak jadąc w towarzystwie zacnych pań na niedzielny spacer, zajechał do Dzwońca, aby ten sprawdził, co to tak stuka w silniku. Dzwońcu podniósł maskę, a panie, czerwone z zażenowania, zakręciły okienka, by nie słuchać dalszego ciągu dzwońcowego komentarza na temat dotychczasowej obsługi samochodu.

Zajęcia warsztatowe odbywaliśmy raz w tygodniu, natomiast w poprzedzające warsztaty popołudnie, zgodnie z obowiązującym wówczas hasłem „cała partia grabi Polskę” odbywaliśmy tzw. czyny społeczne. Tak więc pewnego razu, rozgrabiając żużel na wokółszkolnych alejkach, widzę jak do wychowawczyni zbliża się szkolny zaopatrzeniowiec i tłumaczy jej, że właśnie przyszedł transport węgla, że nie ma ludzi do rozładunku, że trzeba będzie płacić „osiowe” za przestój wagonów. Lepiej tyrać przy węglu za prawdziwe pieniądze niż machać grabiami ku chwale partii – pomyślałem sobie, a w oczach Mańka ujrzałem zrozumienie dla swoich przemyśleń. „Pani profesor, jeżeli jest już taka konieczność, to my się podejmujemy” – padła odpowiedź zanim padło pytanie.

Węgla był wagon, czyli 24 tony. Wypadło po 12 ton na chłopa. Zeszło do piątej rano. Był jeszcze czas wpaść do internatu, wykąpać się, zjeść śniadanie i o siódmej meldujemy się wraz z całą klasą na warsztatach. Nie pamiętam, gdzie był wtedy Maniek, ja byłem na dziale obrabiarek. Pierwsze dwie godziny to zajęcia teoretyczne. Instruktor wprowadza nas w tajniki pracy na kolejnej tokarni czy frezarce. Potem krótka przerwa i każdy staje do zadania na odrębnej maszynie. Mocuję właśnie bęben hamulcowy w uchwycie tokarni, gdy w rozwianym fartuchu wpada na halę Dzwońcu.

– Więckowski to tu robi? – pada krótkie pytanie.

– Obecny! – macham ręką zza maszyny.

– A paszoł spać, dzwońcu jeden, jeszcze mi tu gdzie pazury wsadzi!. Całą noc nie spał i jeszcze się na maszynę pcha. Dobrze że kierowcy powiedzieli.

Od Dzwońca nauczyłem się odpowiedzialności za ludzi.

Wojciech Więckowski

(foto: pixabay.com)

 

Post Author: Redakcja Białystok

2 thoughts on “Dzwońcu i Zdun – legend Wojciecha Więckowskiego ciąg dalszy

    Anna#Zamojska

    (21 stycznia 2018 - 13:29)

    Dla mnie zaangażowanie autora jest bardzo pomocne.Dziękuję za wartościowe informacje.Naprawdę polecem znajomym plusik.

    Wojciech Więckowski

    (25 stycznia 2018 - 19:50)

    Cieszę się, że mogłem być pomocny. Będę wdzięczny za szczegółowsze wskazanie, jak mi udało się to zrobić. Pozdrawiam
    W.W.

Komentarze są wyłączone.