Moja Matka

 

To już siódmy Dzień Matki bez niej. Odeszła tydzień po tym święcie. Moje ostatnie z nią spotkanie miało miejsce w Wielkanoc 2012 roku, zaś miesiąc później ostatnia rozmowa telefoniczna, właśnie z okazji Dnia Matki. Odeszła cichutko, we śnie – dokładnie tak, jak pragnęła. Mam nadzieję, że od dawna jest w lepszym świecie, razem ze swoim ukochanym mężem a naszym ojcem.

Moja Matka – kobieta o wielkim sercu. Wszyscy by się z tym zgodzili, nie tylko najbliżsi. Choć tak naprawdę w życiu było różnie. Męża i dzieci kochała bezwarunkowo, ale to naturalne. Lubiła ludzi, była im przyjazna, życzliwa, towarzyska, rozmowna – tak ją odbierali, zapamiętali i wspominają bliżsi i dalsi znajomi.

Jako matka broniła swoje dzieci niczym lwica. Przypominam momenty, kiedy któreś z nas coś zbroiło lub popadło w konflikt, nawet z dorosłą osobą. Odruchowo stawała w naszej obronie. Później nieraz dostawało się małemu winowajcy, a i sprawiedliwość potrafiła wymierzyć sama, ale przed obcymi jej dzieci były święte i kwita! Typowa ślepa miłość matczyna.

Miłość ta przejawiała się na różne sposoby. Mama była dumna, kiedy nas chwalono, zwłaszcza publicznie, w szkole na wywiadówkach. Kiedy ja i siostra zdawałyśmy maturę, nie pędziła do szkoły robić kanapek, bo od tego były miejskie paniusie. Ona sadziła kartofle na polu, modląc się za swoje bliźniaczki. Różaniec szeptany w tej intencji ofiarowywała sprawiedliwie. Posuwając się wzdłuż zagonka od szosy w kierunku lasu modliła się za jedną córkę, zaś idąc z koszykiem w stronę przeciwną – robiła to w intencji drugiej. I nerwowo wypatrywała autobusu z Bielska, aby dowiedzieć się, jak nam poszło. Chyba jeszcze bardziej przeżywała szkolne kłopoty naszych braci, bo niektórzy mieli na swoim koncie różne sprawki. Zwłaszcza wtedy, gdy tata już nie żył, a z problemami najmłodszego syna musiała mierzyć się sama.

Kiedy dorośliśmy i rodzeństwo pozakładało rodziny – uwielbiała, kiedy przyjeżdżali. Bardzo kochała swoje wnuczęta. Dziewczynki z zachwytem wysłuchiwały jej opowieści o minionych czasach, a zwłaszcza o wszystkim, co dotyczyło jej młodości. Gościła nas wszystkich, najlepiej jak potrafiła. Bywałam u niej często, więc wiem, jak bardzo oczekiwała odwiedzin każdego z nas i jak przygotowywała się do tych wizyt. Zawsze dbała, by wszystkim dogodzić. Starała się pogodzić różne upodobania swoich gości. Pamiętała, co kto lubi i robiła wszystko, by ulubione potrawy znalazły się na stole. W tym była niezawodna.

Była kobietą ciągle zajętą, taką biblijną Martą. Wieczna krzątanina była jej codziennością, bo wymagała tego szóstka dzieci, trochę zwierząt gospodarskich, ogródek przydomowy, parę hektarów ziemi i nieobecny mąż. Bo tata całe życie pracował zawodowo. To Mama zajmowała się wszystkim i wszystkimi w czasie chorób, dogadzając każdemu z osobna, sama jednocześnie będąc chorą. Zawsze była niezawodna.

Mama była mistrzynią igły. Długie godziny poświęcała na zszywanie, cerowanie, łatanie, przyszywanie guziczków, doszywanie pętelek, troczków. Proste rzeczy, takie jak pościel czy fartuszek, potrafiła uszyć ręcznie. Umiała też wyszywać i nas – swoje córki – nauczyła wielu ozdobnych ściegów. Jednak na wykonywanie makatek czy serwetek zwyczajnie brakowało jej czasu.

Mimo przemęczenia, często śpiewała przy pracy. Dlatego znamy wiele starych piosenek. Znajdowała też czas, by poczytać nam wieczorami. Słuchaliśmy jak urzeczeni, a brat Andrzej zawsze płakał przy „Bajce o kotku i kogutku” z elementarza. Uwielbialiśmy też otoczyć ją kręgiem i wypytywać o wszystko, co kto powiedział na szkolnej wywiadówce. A ona potrafiła wspaniale nam to przekazać. Zresztą w ogóle była świetną gawędziarką. Opowiedziała nam po wielokroć całe swoje życie.  Lepsze to było niż najciekawsza książka czy film. Ale sama, kiedy dzieci odeszły z domu, uwielbiała telewizyjne seriale. Po pewnym czasie ich bohaterów uznawała za realnych znajomych, żyła ich życiem i przejmowała się ich sprawami. Miałam wrażenie, że chwilami zatracała świadomość, że to tylko film, fikcja.

Nasza Matka była osobą niezwykle gościnną. Ludzie lgnęli do niej. Czuli, że ich lubi. Ktokolwiek pojawił się w jej progach, zawsze był mile widziany. Natychmiast zapraszała i cieszyła się z każdej takiej wizyty. Była hojna i szczodra, sobie by odjęła, by dać komuś. Obdarowywała innych, czym mogła, czasem coś wciskając wręcz na siłę. W naszym domu prawie codziennie gościły jakieś sąsiadki. Jako ciekawostkę podam, że …nie znosiła kawy! Już sama woń małej czarnej sprawiała jej przykrość. A, niestety, musiała obcować z miłośnikami kawy. My, jej dzieci i wnuki, wszyscy uwielbiamy ten napój. Musiała więc nieustannie znosić zapach, który nie był dla niej przyjemny. Kiedy tylko wyczuła tę woń, nie mogła powstrzymać odruchu odrazy. A mimo to dbała, by nigdy w domu nie zabrakło tego napoju. Dla jej najdroższych gości.

Wciąż łaknęła towarzystwa innych osób. Latem siadywała na ławeczce przy ulicy, zagadywała i przywoływała znajomych przechodniów, byleby tylko porozmawiać. Towarzyskość i dobry kontakt z osobami w każdym wieku to jej niezwykła zaleta. Już jako starsza pani rozmawiała chętnie z młodzieżą i dziećmi. A oni się jej zwierzali nawet z tego, czego by nie powiedzieli nawet rodzicom. Pewnie dlatego obecnie wyrażają się o niej w dobrych słowach, wspominając życzliwie i określając mianem dobrej i pogodnej.

 

Mama była bardzo pobożna. Nie wyobrażała sobie niedzieli bez kościoła. Niestety, przyszedł czas, kiedy już z przyczyn zdrowotnych nie mogła tam bywać, co stało się jednym z jej największych życiowych dramatów. Modliła się więc w domu. I na różańcu, i z modlitewników. Znała mnóstwo modlitw na pamięć. Czasem proszono ją o modlitwę w określonej intencji. Szanowała autorytet kościoła, ona sama też cieszyła się szacunkiem ludzi. Przez kilka ostatnich lat jej życia ksiądz bywał u niej przynajmniej raz w miesiącu.

Obcy uważali, że  była zawsze pogodna, ale najbliżsi wiedzą, że potrafiła też narzekać. Jako osoba chorowita, zawsze pełna obaw, najczęściej bywała pesymistką, widząc wszystko w  czarnych barwach. Tata narzekał na to i prosił, by „nie krakała”, bo rzeczywiście posiadała niezwykłą intuicję i dosyć często zdarzało się jej przewidzieć coś niedobrego. Całe życie miała ataki serca, a to wyzwalało nasze dziecięce lęki i niepokój o jej zdrowie a nawet życie. W chorobie narzekała i bywała niecierpliwa. A miała tych chorób coraz więcej. Kilka lat przed śmiercią poruszała się na wózku inwalidzkim.

 

I właśnie wtedy otrzymała zaproszenie z Wojskowej Komendy Uzupełnień w Bielsku Podlaskim. Miała otrzymać srebrny medal „Za Zasługi dla Obronności Kraju”, przyznany przez Ministra Obrony Narodowej. To odznaczenie dla rodziców, których przynajmniej czterej synowie służyli w wojsku. Była dumna, bo wiele lat o tym marzyła. Synowie chcieli ją zawieźć, aby sama, choć na wózku, odebrała order, ale 15 sierpnia był ponad 30-stopniowy upał i rodzinnie zdecydowaliśmy, że to zbyt duże ryzyko. Tak więc nie pojechała na tę uroczystość. Ale potem przyjechała delegacja wojskowych i w domu przekazali jej medal. Mama miała więc czym pochwalić się przed sąsiadkami, a my to odznaczenie przechowujemy do dziś jako cenną pamiątkę.

 

Bardzo dużo mówiła, stąd też pozostało mnóstwo jej powiedzonek, które weszły na zawsze do rodzinnego słownika. Są wciąż żywe, bo pamiętamy je i powtarzamy, przypominając sobie nawzajem – my, jej dzieci i wnuki…

Po jej nagłym i niespodziewanym odejściu sypnęło u mnie wierszami. Były to epitafia i treny. Niechaj jeden z nich, powstały dwa dni po pogrzebie, zwieńczy niniejsze wspomnienie.

 

To nieprawda!

To nieprawda, że zostaną tylko zwiędłe kwiaty,
że gromadka całkiem zbędnych rzeczy – też nieprawda,
puste łóżko, puste miejsce przy domowym stole,
i że Twój telefon trzeba całkiem zlikwidować.

To nieprawda, że w tym domu, gdzie dziesięciolecia
przebywałam w każde lato oraz w każde święta,
już nie będzie nic tu po mnie! Choć Duch Twój odleciał,
lecz na zawsze w atmosferze stworzonej zamieszkał…

Nie pozwolisz tego gniazda obrócić w niepamięć,
bo ta zieleń, jasne lato, jesienią kasztany…
Każdy skrawek, każde miejsce Tobą przesiąknięte!
Twą miłością – tutaj wracać chcemy jak pisklęta.

Każde z nas do domu kluczyk dołączy w breloku,
aby nigdy nie panował tutaj wieczny spokój.
To nieprawda, że drzwi domu za zawsze zamknięte.
Nauczyłaś nas miłości, co zostanie w sercach.

No i jeszcze pamięć nasza nie zgaśnie na pewno,
bo Twój uśmiech, Twoje serce od zawsze w nas mieszka.
Choć w okazywaniu uczuć każde inne było,
lecz kochaliśmy Cię wszyscy, a Ty – naszą siłą!

Nigdy nie umiera Miłość! 


Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora 

 

 

Post Author: Redakcja Białystok