Nagrody specjalne IV edycji Konkursu SREBRO NIE ZŁOTO

Nagrody specjalne ufundowała Książnica Podlaska im. Łukasza Górnickiego w Białymstoku, którą jest udział w cyklicznych spotkaniach literackich w postaci spotkań autorskich w ramach cyklu „Środy Literackie”.

Nagrody z kategorii Polka Niepodległa konkursu SREBRO NIE ZŁOTO otrzymały:

Anna Piliszewska z Wieliczki za wiersze: „Nora Ney” i ‚Pastorowa Mikulska” – wspomnienie o Marii Kotschy, oraz 

Halinka Bohuta Stąpel z Wilkanowa za prozę „Mury milczą, ale ludzie nie” – opowieść o Sońce 

Nagrodę specjanną Polskiego Radia Białystok otrzymala Janina Jakoniuk z Białegostoku za prozę „Placyda”

Nora Ney

nie pamiętasz,
że grałam w Sercu na ulicy. byłam Józią,
wiesz, z filmu Policmajster Tagiejew, byłam

piękna i młoda, czuła. czasami butna.
miałam złote pierścionki, futra, czarne lakierki, strusie pióra… naprawdę
nadano mi imię Sonia,

a Nora?… oh!, to tylko pseudonim
artystyczny. rozumiem, że nie słyszałeś, ale wcale
nie szkodzi – niczemu już się nie dziwię, jedynie, bywa, uśmiecham,
bo to wszystko minęło tak dziwnie, przedziwnie
prędko: bo już

całkiem inne
filmy, czasy, marzenia. inne kwiaty, powietrze. inni ludzie i cienie.
i bo się cierpi, i kocha,
inaczej.

widziałam oblicze wojny – ach!, ty jej też nie pamiętasz.
i to nic! – świętszy jest czas świętego
pokoju, niż jakakolwiek z wojen. nie żałuj, jeśli cierpliwie
szukasz
ech: jeśli jak ja, tak samo

nagle wbiegasz pamięcią, snem
w krajobraz podlaski
– i drżysz wśród znikomych śladów, imion, pamiątek, jeśli jak ja
tęsknisz tak samo,
jeżeli

tak samo płaczesz…

Anna Piliszewska

Pastorowa Mikulska – wspomnienie o Marii Kotschy:    

w domu pastora nocą głucho skrzypią przedmioty.
okna snem zakluczone.
trzeszczy drewno – to stąpa w safianowych pantoflach
pastorowa Mikulska. i słychać śmiech małych dzieci – piłka
zszyta z kawałków różowego perkalu
koziołkuje po schodach. zapach starych zabawek
ma coś wspólnego z gorzką,
startą laską wanilii, z wonią kwaśnych
landrynek. wierzga
koń na biegunach, bąk się kręci za ścianą…
błyszczą śliskie poręcze. w szybach, w lunarnych lustrach
wyciągają ręce
Marii Kotschy, w momencie
gdy cierpliwie upina cieniutkimi szpilkami
pukle – machinalnie dotyka palcem zębów
grzebienia.
jaki tu czas panuje? jaki tu śni się sen? to co było,
przecieka
w przestrzeń domu i płynie
jak przezroczysta woda – z hukiem spada torebka,
rozsypują się książki.
wiatr
kuca na parapetach i drapie ostrym pazurem
w okna snem zakluczone.
nad ranem nikną powoli
pastor, dzieci, kobieta… już dzwoni
talerz o talerz,
metalowe łyżeczki obracają się w szklankach. czas
staje się linearny. ulatnia się zwiewny dotyk
– to nie mamidła,
to tylko kropelki deszczu w rynnach tak się szamoczą…
w domu pastora za dnia inaczej
skrzypią przedmioty.

Anna Piliszewska

Halinka Bohuta Stąpel z Wilkanowa za prozę „Mury milczą, ale ludzie nie” -opowieść o Sońce w kategorii Polka Niepodlegla publikujemy w całości.

                                             Mury milczą, ale ludzie nie
(Opowiadanie na podstawie relacji mojej Mamy z Jej pobytu w białostockim więzieniu w latach 1942/43 . Zmieniłam imiona dorosłych, skróty nazwisk odpowiadają prawdziwym nazwiskom, zostawiłam prawdziwe imię jednego z dzieci. Opisane zdarzenia są prawdziwe).
1/3
A tam to wszyscy oni byli verfluchten Partisanen, nawet Włodzio, Grześ i stara Praskowia,
która dwie noce przeszlochała w słomiany siennik swojej pryczy, bo jak ją zabierali, to nie zdążyła wydoić krowy i „…teraz to niewinne bydlątko się zamęczy, ot co”. Praskowia jest dobrze po sześćdziesiątce, ma rumianą, dobrą twarz i mocno spracowane ręce. Nie pojmuje, dlaczego ciągają ją za to, że nie wie, gdzie jest jej stary. A bo to kiedy jej mówił, dokąd lezie? Ot, szedł i już, a jak mu się znudziło, to wracał. To teraz pewnikiem będzie tak samo, ale komendant co i raz ją wzywa do siebie i wypytuje, z pomocą ruskiego tłumacza , gdzie chowają się partyzanci i czy jej stary z nimi trzyma, a pies komendanta tylko łypie na nią żółtym okiem, taki wielgaśny wilczur, …”czort jewo podieri…”. Dobrze, że Sońka przeczytała jej gryps przekazany cichcem przez strażnika, w którym sąsiedzi piszą, że krowę wydoili, kurom też coś tam sypną , no to teraz Praskowii na duszy już lżej.

Białostockie więzienie otacza ogród warzywny, latem więźniarki mają robotę, a jak korytarzowa, pani Z., się zagapi, to co i raz któraś z bab marchew sobie schrupie, taką świeżą, prosto z ziemi wyciągniętą. Sońka wściekła się, jak wczoraj rozpoznała, że bezkształtna, szarobura glajda na dnie jej blaszanej miski to rozgotowane do cna końskie kopyto. A marchwi ani ziemniaka to ani śladu, choć ręce w warzywniku urobione po łokcie. Dobrze,
że siostra przekazała jej przez znajomego strażnika lniany woreczek z tłuczonymi ziemniakami.

– Tietiejki, daj tietiejki – prosi mały Włodzio i przysiada się do Sońki, choć Helena, jego matka, rozpaczliwie strofuje go, żeby nie żebrał. Ale Włodzio ma dopiero trzy latka i jest głodny, a tłuczone ziemniaki są takie smaczne. Dużo lepiej ma się Grześ, jego młodszy braciszek, który wcześniejszą o ponad miesiąc datę swoich urodzin zawdzięcza gruntownemu przesłuchaniu swojej matki przez rzeczowego i skrupulatnego komendanta. Helena wróciła do celi dopiero po kilkugodzinnej „rozmowie”, z opuszkami palców u rąk zmiażdżonymi do krwi, a w nocy wzięły ją bóle porodowe. Agafia, wiejska akuszerka, od kilku tygodni przyskrzyniona tu też w charakterze wroga Rzeszy, nie mogła sobie poradzić. Poród był pośladkowy, więc baby uprosiły kapo, niejakiego pana G., aby pozwolił zająć się Heleną żydowskiemu dentyście z bloku męskiego. Nawet taka szuja, jak ten G., ryzykując opieprz albo i co więcej od komendanta, zmiękł, słysząc rozdzierające wycie rodzącej .
No i tak przyszedł na świat mały Grześ – dupą do przodu, czemu trudno się dziwić, zważyw-szy na okoliczności. Helena, choć sama niedożywiona, ma na szczęście dużo pokarmu, więc mały dużo śpi i daje pospać wszystkim babom z celi, a jest ich ze trzydzieści.

Złe wieści są jak długonogie dziwki, przybiegają wielkim susem z głupawką przyklejoną do durnowatego pyska. A te złe wieści to na przykład informacja od strażników, że znów przyjechał łazik z pięcioma młodymi SS-manami. A to oznacza, że znowu szykuje się dla kogoś „czapa”. Nie wiadomo, czy tych chłopaków, niemalże gołowąsów, biorą na ochotnika czy z nakazu, ale każdy z nich dostaje po robocie tydzień wolnego na odwiedziny swojej Mutter. I każdy z nich wierzy, że erkaem ze ślepakiem wylosował właśnie on i że to nie on,
a koledzy rozwalili kolejnego wroga wielkiej Rzeszy. A gdzieś tak koło południa wparowuje do babskiej celi korytarzowa z wiadrem, burą ścierą, szczotką ryżową i ruchem ręki wywołuje jedną z nich. Tym razem padło na Alutę, ale poprzednio to była Sońka. Sońka pamięta, jak jej serce waliło, gdy wlokła się za korytarzową, choć wiedziała, że tam już nie będzie tego rozstrzelanego i że ona idzie do celi śmierci tylko po to, żeby tam posprzątać.
2/3
Tylko. Posprzątać. Sońka wylewa połowę wody na czerwoną plamę krzepnącej krwi, szczota idzie w ruch, a potem woda w wiadrze rdzewieje i rdzewieje. Sońka pracuje jak w transie, z tą jedną, jedyną myślą, aby czym prędzej stąd wyjść. Posprząta, bo tak każą, a potem stąd wyj-dzie, i – co ważne – póki co wyjdzie cało.
Bo i póki co komendant rozmawiał z nią kilka razy spokojnie i rzeczowo, bez emocji, przydatny okazał się jej niemiecki na poziomie gimnazjum. Ot, prawie pogawędka, a psisko leżało obok, a cygaro dogorywało w kryształowej popielnicy. Na Sońkę nie mają żadnego haka, zupełnie nic, tylko to, że słuchy krążą, jakoby cała jej wioska współpracowała z par-tyzantami. Ale, u cholery, żadnych dowodów, żadnych dowodów na to, że Sońka jest łączniczką. Kolejne jej rozmowy z komendantem stają się jednak coraz bardziej nerwowe, Sońka boi się, że kiedyś też wróci do celi z palcami pokiereszowanymi jak Helena w przed-dzień porodu, Sońka boi się, że kiedyś ktoś inny uprzątnie z posadzki jej krew i zetrze ze ściany jej mózg. Sońka boi się, ale jej dwudziestoletni organizm ma ogromne parcie na przeżycie, więc żyje. A czasem, jak ją coś najdzie, to i zaśpiewa. Ale tylko czasem i tylko przy robocie w ogrodzie.
* * *

Trzask zamka w drzwiach celi, sine światło z korytarza , a potem łomot ciała rzuconego na podłogę budzi nawet te, które potrafią spać kamiennym snem. Tym razem musiało być ostro, dziewczyna rzucona na posadzkę celi ma jasne włosy sklejone krwią, a twarz jej jest tak opuchnięta, że zatraciła człowiecze rysy. Kobiety układają ją na jednej z dolnych pryczy,
domyślają się, że to ta, o której rozprawiała korytarzowa, że niby złapali jakąś taką młodą
z koszem chleba, a pod chlebem miała granaty i szła w kierunku getta. Nie wiadomo jak się nazywa ani skąd jest, bo nie ma żadnych papierów i do nikogo się nie odzywa. Słyszy, to pewne, ale może jest niema, bo nie gada i nawet przy „przesłuchaniu” się nie darła.

Po kilku dniach ta nowa jest już w stanie się pozbierać, więc razem z innymi idzie do ogrodu, ale nadal się nie odzywa. Jest szczupła, ma smukłe dłonie, pielenie warzyw najpierw idzie jej opornie, ale z czasem jej palce nabierają wprawy i zręczności pianistki. Nadal milczy, choć kobiety próbują ją zagadywać. Nie odzywa się nawet do Sońki, choć ta śpi na piętrze tuż nad nią – zważywszy na stan, w jakim dziewucha tu trafiła, Sońka bez wahania odstąpiła jej swoją parterową pryczę. Po około dwóch tygodniach dziewczyna jako tako dochodzi do siebie, a nawet, szczotkując włosy, uśmiechnie się czasem do Włodzia.

I wtedy znów biorą ją na „rozmowę” u komendanta. Długo nie wraca, Praskowia zaczęła już nawet odmawiać za nią pacierze, gdy ta, po dobrej godzinie, bez jakichkolwiek śladów pobicia, pojawia się w drzwiach celi.
A z męskiego oddziału dochodzą słuchy, że znów przyjechał łazik z piątką młodych z SS.
Ale może to tylko eskorta do jakichś ważnych dokumentów, bo ponoć ktoś widział, jak wnosili do pokoju komendanta wielką, ciężką walizę. No i jest niedziela, niedziela pachnąca w ogrodzie pełnią lata, wieczór jest ciepły, chłód celi zdaje się nie być wcale przykrym, jedynie stęchły zapach słomianych sienników drażni nozdrza. Jest spokojnie, mały Grześ śpi, jedynie jakaś natrętna mucha brzęczy nad niedopitkiem zbożowej kawy w blaszanym kubku.
Ta mucha to jedyna żywa istota, która siedzi tu dobrowolnie. Ot, głupia. A kobiety, rozdzielone na małe grupki gadają ze sobą, czasami nawet któraś parsknie śmiechem.

Po kolacji niespodziewanie otwierają się drzwi, do celi wchodzi korytarzowa.

3/3
– Zbieraj się – rzuca krótko w kierunku nowej, a ta posłusznie, bez jakichkolwiek oznak zdziwienia wstaje z pryczy i powoli idzie do drzwi. Na chwilę przystaje, odwraca się
i wykonuje ręką w kierunku kobiet ledwie widoczny gest pożegnania.

W celi zalega cisza, ale po chwili więźniarki nerwowym szeptem zaczynają snuć domysły, czy aby nie nadarzył się, nie daj Bóg, na przykład jakiś okazyjny transport do obozu . Atmosfera gęstnieje, ale nadchodząca noc gasi rozmowy, zsyła sen, który dla więźniarek jest namiastką wolności.
Sońka nie może zasnąć, leży z oczami utkwionymi w sufit, jej myśli stają się bardziej dokuczliwe niż brzęczenie tej durnej muchy, która dała się zwabić zapachem podłej lury, którą nazywa się tu kawą. Ale w końcu i mucha milknie, zapewne przycupnięta w szczelinie drewnianego stołu, a i Sońka zasypia płytkim snem.

Już dnieje, gdy budzi ją zgrzyt zamka w drzwiach celi. Ku jej zdziwieniu we framudze drzwi
stoi nie korytarzowa, lecz rosła postać kapo, pana G. Mężczyzna przykłada palec do ust i ruchem ręki przywołuje Sońkę do wyjścia. Gdy dziewczyna wychyla się przez drzwi, dozorca oddala się szybko w głąb korytarza, rzucając:
– Macie dla siebie tylko trzy minuty i ani chwili dłużej.
Sońka wychodzi z celi i staje twarzą w twarz …z tą nową ! Dziewczyna ma na sobie piękną, jedwabną suknię, pantofelki na obcasie, pachnie bardzo dobrymi perfumami i alkoholem.
Na pełnych ustach jest jeszcze trochę szminki, rozwichrzone blond włosy tworzą wokół jej drobnej twarzy jasną aureolę.

– Sońka, musimy się pożegnać. I ja muszę ci coś powiedzieć, ale przede wszystkim chcę bardzo serdecznie wszystkim wam …
Głos dziewczyny łamie się, w oczach błyskają łzy, ale bierze się w garść:
– …chcę wam podziękować. Ja…
– To ty jednak umiesz mówić? – Sońka nie wierzy własnym uszom.
– Nie tylko mówić, umiem śpiewać i grać na fortepianie. Sońka, ich było pięciu. Najpierw kazali mi grać, to grałam. A potem śpiewać – to śpiewałam. Wiesz, w konserwatorium byłam w klasie fortepianu, ale i wokal…
– Kto ty jesteś ?! Jak masz na imię?! Skąd u ciebie ta kiecka?… – Sońka nie może złapać tchu.
– Kto ja jestem? Teraz to tylko niemiecką kurwą i zaraz mnie biorą na rozwałkę. Popatrz – dziewczyna unosi fałdy sukienki wysoko, do pasa – było ich pięciu. – Bolało po każdym
z nich, a ja, wiesz, ja nigdy jeszcze wcześniej z żadnym chłopakiem, no wiesz….Oni sami pili szampana, ale mi pozwolili napić się wódki, bo po wódce boli mniej.
Sońka z przerażaniem ogląda zakrwawione pończochy dziewczyny i mocno zakrwawione w okolicy krocza jedwabne majtki.
– Na stole były same łakocie, popatrz, zwinęłam coś dla ciebie, weź to, weź…
Dziewczyna opuszcza fałdy sukni i podaje Sońce zawiniętą w bawełnianą serwetkę białą bułkę przełożoną wielkim plastrem różowej, pachnącej szynki.
– Sońka, zapamiętaj imię moje, jestem Ninka, jutro powinnam skończyć dziewiętnaście lat, ale dla mnie nie ma jutra. Żegnaj, Sońka. A bułkę możesz dać temu małemu od Heleny.

Sońka stoi jak wryta, Ninka ściska jej rękę i dodaje z gorzkawym uśmiechem przez łzy:
– Wytnę im numer. Zanim mnie rozwalą, skłamię : „Ich bin Jude” ! Job ich mat’, nie domyją się po mnie do końca życia.
Halinka Bohuta-Stąpel

Nagrodę specjanną Polskiego Radia Białystok  z kategorii Polka Niepodległa konkursu SREBRO NIE ZŁOTOotrzymala Janina Jakoniuk za prozę „Placyda”

PLACYDA

Wielu z białostoczan, szczególnie tych starszych, pamięta na pewno Andrzejka, człowieka
z zespołem Downa jeżdżącego miejskimi autobusami lub ustawiającego wózki pod “Opałkiem” i pokazującego kierowcom, gdzie mogą zaparkować. Miły, pogodny, zawsze uśmiechnięty, podśpiewujący w autobusach, stanowił swoisty koloryt Białegostoku. Jednak niewielu wie, że był to syn znanych białostockich artystów: malarki Placydy z Siedleckich Bukowskiej i głównego architekta Białegostoku Stanisława Bukowskiego.
I właśnie o Placydzie, a dla bliskich i przyjaciół po prostu Peli, chcę napisać.
Urodziła się w Białymstoku przy ul. Czystej, jako trzecia spośród siedmiorga rodzeństwa. Rodzice, nadając jej imię Placyda, w jakiś sposób ją wyróżnili (Placyda czyli spokojna, dobrotliwa, łagodna). I faktycznie wyróżniała się wrażliwością i talentem artystycznym. Była ponadto kobietą piękną, jej portrety malowały takie sławy jak: Stanisław Horno-Popławski (1930r), Kuźma Czuryło (1940), Józef Gniatkowski (1947).
Ale bycie artystą w czasach zarówno przedwojennych jak i powojennych nie było łatwe. Mimo braku odpowiednich farb i materiałów malarskich, a także pieniędzy, Pela malowała z potrzeby serca. Po wojnie w sztuce obowiązywał socrealizm. A ideologia marksistowska była Peli absolutnie obca. Jej prace były odległe od realizmu. Świat malarski artystki nie był sztuką nowoczesną, ale jedną z dróg poszukiwania nowego wyrazu artystycznego. Tematem obrazów to przeważnie człowiek. Tworzyła fantazyjne portrety, maski, sceny figuralne, często na tle pejzażowym. Zamknęła w swojej twórczości wiele przeżyć i wzruszeń. A przeżyła wiele. I pewnie dlatego uciekała w świat baśniowy i fantazyjny. Takie też jest jej malarstwo – baśniowe i metaforyczne.
Dlaczego Pelę wybrałam do tytułu “Polki Niepodległej? Ktoś powie, że przecież nie dokonała niczego nadzwyczajnego. Takich kobiet jak ona były tysiące. Właśnie dlatego, bo kobiety w tamtych czasach, matki i żony, wszystkie, pretendują do tego tytułu. A Pela? Wychowała się w dużej rodzinie o poglądach patriotycznych. Jej brat Jan Siedlecki działał w Podziemiu. Tylko ją, jako najzdolniejszą z siedmiorga dzieci, mogli rodzice kształcić. Po ukończeniu Państwowego Gimnazjum Żeńskiego im. Księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej w Białymstoku wyjechała na studia do Wilna, na Uniwersytet Stefana Batorego. Był tam jedyny w Polsce międzywojennej Wydział Sztuk Pięknych. Kształcił on nie tylko artystów plastyków, ale także architektów i nauczycieli rysunku. W latach 1928-1935 studiowała
w pracowni prof. Ludomira Slendzińskiego, który w swoich wspomnieniach wymienia ją
w gronie wybitnych studentek. Po ukończeniu studiów otrzymała tytuł artysty malarza.
Okres studiów to również jej działalność na rzecz środowiska artystycznego.
Rodziców nie stać było na całkowite zabezpieczenie potrzebnych środków materialnych, więc musiała dorabiać malując m.in. portrety. Aby zwiększyć swoje możliwości zarobkowe, ukończyła 3-miesięczny kurs introligatorstwa i robót tekturowych. W tym czasie nie tylko ona była w takiej sytuacji. Dlatego w 1936 r. powstała Spółdzielnia Pracy Artystów Wileńskich (SPAW), której współzałożycielką była też Pela. Organizacja ta miała za zadanie zapewnienie swoim członkom środków utrzymania poprzez pozyskiwanie zamówień na wykonywanie prac plastycznych przy jednoczesnej dbałości o poziom wileńskiej sztuki użytkowej.
Rok później była również współzałożycielką Grupy Wileńskiej, która miała na celu m.in. organizację wystaw obrazów jej członków.
Lata spędzone w Wilnie były dla Peli najpiękniejszym okresem w życiu. Później wielokrotnie spacerując po Białostoczku uciekała wspomnieniami do starych uliczek Wilna, gdzie zostawiła swoje najpiękniejsze lata młodości.
W tam też poznała swojego przyszłego męża, Stanisława Bukowskiego, asystenta prof. Romualda Gutta w Miejskim Biurze Urbanistycznym, który zafascynowany jej oryginalnym imieniem na liście studentów, postanowił odszukać jego właścicielkę. Wkrótce okazało się,
że odnalazł wielką miłość i towarzyszkę życia. Pobrali się w 1937r.
Należy też wspomnieć, że Pela była wielką miłością Czesława Miłosza, z którym później Bukowscy przyjaźnili się i utrzymywali kontakty.
No a jak dalej potoczyły się losy Peli?
Przed wojną kierowała kompletami rysunku i malarstwa. Jej prace były prezentowane na wystawie, zorganizowanej przez Wileńskie Towarzystwo Krzewienia Kultury i Sztuk Plastycznych.
W sierpniu 1939 r., pomimo że zdawali sobie sprawę z nadchodzącej wojny, Bukowscy kupili działkę budowlaną w Wilnie przy ul. Zarzecznej z myślą o osiedleniu się tam na stałe. Jednak wojna pokrzyżowała im plany. W czasie wojny Pela dorabiała szyciem sukienek komunijnych i malowaniem nielicznych portretów na zamówienie. W okresie przedświątecznym wykonywała z mężem pocztówki. Jak pisze w listach do rodziny: “Pracowaliśmy prawie trzy tygodnie dniami, a często i całymi nocami, ale za to podreperowaliśmy budżet, który był już w stanie zupełnie katastrofalnym.” Nakład kartek świątecznych dochodził do 1000 sztuk.
W 1945 r. Bukowscy ewakuowali się do Polski i zamieszkali początkowo z rodzicami Peli przy ul. Rabińskiej. Wkrótce Bukowski otrzymał pracę jako jeden z trzech architektów odpowiedzialnych za całe województwo białostockie. Odbudowywał miasto, projektował nowe gmachy użyteczności publicznej oraz architekturę sakralną. Pod koniec roku otrzymali duże mieszkanie przy ulicy Świętojańskiej. Pela podjęła pracę pedagogiczną w Średniej Szkole Sztuk Plastycznych i Ognisku Plastycznym w Białymstoku. Była członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków oraz pracowała społecznie w zarządzie białostockiego oddziału Związku. (Również jako prezes).
W czerwcu 1946 r. urodziła synka Grzesia, który przeżył tylko miesiąc. Mimo tej tragedii Pela pracowała nadal. Swój ból wyrażała tylko w metaforycznych obrazach, kolorem, splątanymi liniami, dziwnymi stworkami przysiadającymi na portretach.
Zamieszkanie w Białymstoku Bukowscy traktowali trochę jak wygnanie.
Nie było tu tradycji artystycznych, sal wystawowych, a więc środowiska sprzyjającego artystycznemu rozwojowi. Pela nie otrzymywała zamówień na prace publiczne. Gdyby nie mąż, zginęłaby z głodu. Stanisław był świetnie wykształconym architektem, który
w Wilnie pracował z wieloma sławami. W Białymstoku potencjał twórczy Bukowskich nie został jednak w pełni wykorzystany. Ponadto po czterech latach opracowywania projektów odbudowy Pałacu Branickich Stanisław został odwołany z funkcji kierowniczej, ponieważ sprzeciwił się zmianie przeznaczenia pałacu. Nagrody oraz podziękowania za udaną restaurację Pałacu otrzymał ktoś inny. O Bukowskim władza chciała zapomnieć. Ale nie zapomnieli przyjaciele i podziękowali w sposób wyjątkowy, umieszczając w tajemnicy, wbrew decyzjom władz, popiersie Stanisława Bukowskiego na szczycie Pałacu Branickich.
30 listopada 1950 r. urodził się Andrzejek, chłopczyk z zespołem Downa. Bukowscy cios ten przyjęli z pokorą. Bardzo kochali synka i poświęcali mu cały swój czas. Starali się go leczyć. Stanisław sam pilnował godzin podawania leków. Kształcili go jak potrafili. Dodatkowo przychodziła do niego nauczycielka. Poznał cyfry i nauczył się czytać, z czego Pela ogromnie się cieszyła. Starali się wychować go na człowieka samodzielnego. Pela bardzo pragnęła, aby dzieci z sąsiedztwa pokochały jej synka. Rodzice nie wstydzili się i nie ukrywali jego niepełnosprawnosci. Dzięki temu, że Pela dużo czasu poświęcała innym dzieciom oraz dzięki przyjaźni i sympatii, dokonała tego, że jej syn był przyjmowany i traktowany z wielką życzliwością. Los ją doświadczył, ale nigdy się nie skarżyła. Znosiła go pogodnie.
Życie jest zmaganiem się, dokonywaniem wyborów, osiąganiem celu albo jego utratą. Pela uważała, że należy dbać o to, by własne życie było zgodne z tym, co w człowieku jest najlepsze. I o to, by tym dobrem móc obdarować innych.
Niestety, twórczość artystyczna w tym okresie została przez Pelę zaniedbana. Do malowania na dobre powróciła dopiero po ośmiu latach. W dodatku, kiedy w 1953 r. przyszło Bukowskim opuścić mieszkanie na Świętojańskiej, które oddano m.in. pracownikom Urzędu Bezpieczeństwa, i przeprowadzić się na Białostoczek do najstarszej siostry malarki, Pela podupadła na zdrowiu. W 1959 r. Bukowscy rozważali nawet opuszczenie Białegostoku i wyjazd do Warszawy, gdzie były większe możliwości pracy i rozwoju. Otrzymali propozycję z Instytutu Urbanistyki i Architektury od dyrektora prof. Stefana Sienickiego, ale ze względu na Andrzejka postanowili pozostać.
Na poddaszu domu siostry Heleny sami musieli przystosować do zamieszkania dwa pokoiki. Stach dokonał cudu i wygospodarował jeszcze „atelier” dla Peli o wielkości 1,5×1,5m.
Brak materiałów malarskich sprawił, że artystka ograniczyła malarstwo olejne, używała farb wodnych, pasteli, kredek. Sięgała po nowe techniki, tematy i sposoby wypowiedzi. Jej twórczość ewoluowała w kierunku abstrakcji i fantastyki.
Nie starała się za wszelką cenę zaistnieć w środowisku. Tworzyła bardziej z wewnętrznej konieczności. Malarstwo nadawało sens jej życiu, a ciągłe zmaganie się z przeciwnościami losu sprawiło, że uciekała w świat fantazji. Kochała ludzi. Jej talent, szlachetność i pogoda ducha przebijają z jej obrazów. I Pela była taka jak jej obrazy: nieziemska i magiczna. Kobieta o niezwykłej delikatności i czułym sercu.
Dlatego że nie dała się złamać ani osobistymi tragediami, ani brakiem możliwości pełnego rozwoju talentu, uważam ją za Polkę Niepodległą.
Zmarła nagle na atak serca, myjąc schody w swoim mieszkaniu 18 grudnia 1974 r.
Oprócz malarstwa pozostawiła po sobie inne prace. Jej projektu jest witraż w stropie kościoła Św. Rocha, przedstawiający gołębicę i symbole czterech ewangelistów. Razem z mężem współpracowała przy wielu innych projektach architektonicznych, zwłaszcza w zakresie wyposażenia i dekoracji wnętrz (m.in. Ołtarz Matki Bożej Różańcowej w kościele Św. Rocha). Razem z rzeźbiarzem Jerzym Machajem wykonała płaskorzeźbione kompozycje figuralne w narzucie do prezbiterium kościoła Niepokalanego Serca Maryi w Dojlidach oraz namalowała obraz Chrystusa do bocznej kaplicy. Wykonywała również różne kompozycje w drewnie. W 1968 r. w Klubie MPiK w Białymstoku miała indywidualną wystawę tych kompozycji.
Uczestniczyła w kilku plenerach w Białowieży i prezentowała swoje prace na wystawach poplenerowych. Niestety, dopiero na parę lat przed przedwczesną śmiercią, prace Placydy zaczęły być zauważane.
Grób Bukowskich na cmentarzu Św. Rocha jest opuszczony i zaniedbany. Leżą tam Placyda, Stanisław i Andrzejek Bukowscy. Stanisław sam zaprojektował tę prostą, betonową płytę nagrobną. Jesienne słońce odbija się w sąsiednich bogatych nagrobkach, a mogiła Bukowskich jest skromna i prosta, jak skromne i proste było ich życie.

Janina Jakoniuk

Wyrożnienie Kapituły konkursu z kategorii Polka Niepodległa konkursu SREBRO NIE ZŁOTO otrzymala Jadwiga Zgliszewska z Bialegostoku za prozę „Siłaczka z mojej wsi”

 (publikujemy w całości)

Siłaczka z mojej wsi

Najlepsi z nas zawsze odchodzą pierwsi. Będą tam na nas czekać

 autor nieznany

Mnogość jej cnót oraz szlachetnych czynów wystarczyłaby do obdzielenia kilku osób. Ale to właśnie Basia otrzymała je w obfitości graniczącej z… nadmiarem! Ta krucha istota posiadła dar olbrzymiego hartu ducha i niespotykanej siły. To Barbara Bolesta, dzielna kobieta ze wsi Kadłubówka w gminie Brańsk. Niestety, dzisiaj już jej nie ma wśród żywych.

Franek, jej mąż, to mój kolega ze szkolnej ławki, zaś  nasze rodziny przyjaźniły się od zawsze. Pobrali się bardzo młodo, jak wszyscy zakochani w tamtych czasach. Nie mogłam być na ich weselu, bo odbywałam akurat swoją praktykę studencką w odległym Szczecinie. Wkrótce jednak poznałam Basię. Obie bezpośrednie, od razu rozumiałyśmy się jak stare dobre znajome. Podarowała mi wtedy zdjęcia z ich ślubu z dedykacją. Mam je do dziś. Ze ślubnej fotografii wdzięczą się niemal dziecięce twarze, otoczona falą cherubinowych loków lalczyna buzia Basi oraz młodziutki Franek o wyglądzie pazia.

A potem zaczęła się zwykła proza małżeńskiego życia. Zamieszkali z jego rodzicami, w lesie na kolonii, „daleko od szosy”. Wcześnie została matką, rodząc jedno po drugim, trójkę dzieci. Pomimo trzykrotnego macierzyństwa pracowała jako nauczycielka w pobliskiej szkole podstawowej, a przy wnukach pomagała jej teściowa. Kilometrową odległość przemierzała pieszo. Pogoda bywała różna, ale młodość umiała pokonać nie tylko takie przeszkody. Najgorzej było zimą, gdy musiała brnąć przez zaspy śniegu, bo o polne i leśne dróżki nikt się nie kłopotał. Na domiar złego młoda kobieta miała chorą nogę. Od wczesnego dzieciństwa przeszła kilka operacji ortopedycznych i lekko utykała, choć prawie niewidocznie. Po powrocie z pracy zajmowała się coraz liczniejszą gromadką potomstwa. W domu utrzymywała pedantyczny porządek. Pracowita jak mrówka, a przy tym życzliwa, radosna i rozmowna. Ale… pozbawiona życia towarzyskiego! Żadnych sąsiadów, żadnych koleżanek. Dopiero w szkole mogła rozwinąć skrzydła i zaprezentować rozliczne zalety i talenty.  Tam też powoli prostowała skrzydła. Już nie tylko pokój nauczycielski, ale i kontakt z innymi pedagogami w gminie czy powiecie, na konferencjach, uroczystościach, dokształcaniu zawodowym. Jako nauczyciel i wychowawca była lubiana przez uczniów i ceniona przez ich rodziców. Może czasem tylko doświadczała przejawów bezinteresownej zawiści? Nie każdy jest wszak „odporny” na przymioty bliźnich. A Basia zdawała się być zbiorem samych zalet.

Krokiem milowym w jej życiu było kupno domu z siedliskiem na wsi. Posiadanie sąsiadów, dostęp do sklepu, do przystanku autobusowego, a wreszcie – koleżeństwo. Ważne również i dla jej dzieci, już nastolatków. To zdobycze, które musiały ją radować. Nareszcie było się też przed kim wykazać. Jako gospodyni domu wzięła wtedy głęboki oddech. Porządek i czystość w mieszkaniu i obejściu, nowoczesność, wyborna kuchnia, istna pokazówka! Odtąd zawsze we wszystkim pierwsza i powszechnie chwalona, przez każdego lubiana i ceniona. Bo też kobieta była gotowa do pomocy na przysłowiowe skinienie palcem. Czy to szło o poradę, dobry lek, czy też o pożyczkę, wsparcie Basi było niezawodne. Nie wiem do dziś, skąd brała jeszcze czas na spotkania z przyjaciółkami i odprowadzanie ich spacerkiem na drugi koniec wioski.

Dla wsi była autorytetem i ostoją, na której zawsze można polegać. Jako gospodyni wypiekała nadzwyczajne ciasta! Mnóstwo jej dań, wyrobów i przetworów miałam okazję skosztować i wiem, że posiadała niezwyczajny talent kulinarny. Ale wszystko, czego się jęła, wychodziło jej znakomicie.

Kiedy mieszkańcy wsi zażyczyli sobie, by odprawiać nabożeństwo majowe pod kapliczką, ona przez wiele lat mu przewodziła. Starsze kobiety z kółka różańcowego poprosiły, by prowadziła tę modlitwę na comiesięcznych „zmiankach”, też oczywiście nie odmówiła. Pomagała ludziom, wychodząc naprzeciw potrzebom, jakie się aktualnie pojawiały. Byłam świadkiem, jak przyszedł do niej jeden z młodych sąsiadów. Okazało się, że Basia wypełniała rolnikom pierwsze wnioski o dopłaty unijne, ponieważ niewielu z nich potrafiło to zrobić samodzielnie. Pomagała też samorzutnie, widząc taką potrzebę. To ona zainicjowała akcję materialnego wsparcia pewnej ubogiej i społecznie niewydolnej rodziny. Inni szybko poszli za jej przykładem. Odtąd w miejscowym sklepie klienci robili zakupy na dwie gromadki – tę dla siebie, ale też i drugą – na towary zbierane jako dar dla zubożałych sąsiadów. Trwało to do czasu wyciągnięcia ich z dołka. Sama często wspomagała ich także rzeczowo. Raz spędziła ze mną pół nocy w szpitalu, czekając parę godzin na izbie przyjęć, kiedy nikt inny nie był skory zawieźć tam mojego stryja, który dostał nagłego ataku. Dzwoniłam wtedy do paru osób, ale tylko ona zdecydowała się pomóc. Każdy mógłby dziś wskazać na liczne przykłady takiej dobroci z jej strony.

Duża rodzina męża uwielbiała do nich przyjeżdżać, bo zawsze ugoszczeni byli po królewsku. Przybywali też ze swymi znajomymi, głównie ze stolicy. Ze słusznym przekonaniem, że nie powstydzą się za bratową. Ściągali więc do Franków na wieś jak muchy do miodu. Basia bywała zmęczona, czasem odrobinę narzekała, ale przy pierwszej okazji – znów przyjmowała, gościła, sprzyjała, z pustą ręką nie odprawiła. Życzliwa, rodzinna, hojna. Jak to możliwe, że tyle zalet zgromadziło się w tej jednej filigranowej kobietce?

Nie tylko sąsiedzi doceniali jej życzliwość i pomocność. Gdy w parafii odbywały się rekolekcje, misje, przygotowania do odpustów, a proboszcz poprosił o pomoc w kuchni, Basia była pierwsza. Obsługiwała wszystkie takie zgromadzenia, a goście zachwycali się wykwintnością i smakiem jej kulinariów. Później została wybrana do rady parafialnej, a funkcję swą wypełniała gorliwie, choć ta nie należała do najwdzięczniejszych. Prawie równocześnie jej kandydatura została zaproponowana w wyborach na funkcję sołtysa. Wygrała, chociaż potem i w tej roli także musiała się trochę naszarpać. Była społecznicą z powołania i potrzeby serca. Ubieranie ołtarzyka przed mszą? Dekorowanie krzyża na skraju wsi? Przygotowanie dożynkowego wieńca? Ustrojenie świetlicy na jakąkolwiek okazję?  Jasne, że Basia! Tylko ona. Inni pomagali, ale bezwiednie przyjmowali jej przewodnictwo. Barbara przynosiła swoje obrazy, obrusy, zasłony, dewocjonalia. Słowem – liderka, naturalna i skuteczna.

Jej mąż większość czasu spędzał na zarobkowaniu za granicą, bo utrzymanie licznej rodziny tego wymagało.  Basia zaś prowadziła dom „na poziomie” i sama ogarniała w nim wszystko, łącznie ze starzejącym się teściem. Kiedy dobiegała czterdziestki, pewnego lata wyciekła skrywana wieść, że po raz czwarty zostanie matką. Reakcje sąsiadów i znajomych różniły się. Niektórzy jej współczuli, ale większość była zdania, że Basia sobie poradzi. Oczywiście, poradziła, i to jeszcze jak! Dorastająca trójka starszych dzieci bardzo jej zresztą pomagała, nawet najstarszy syn dumnie paradował po wsi z malutką siostrzyczką w wózku. Życie powróciło do normy, tylko obowiązków znowu przybyło.

Po kilku latach jej najstarsza córka jako młoda dziewczyna zaszła w ciążę. Niestety,  przyszła mama w żadnym zakresie nie mogła liczyć na biologicznego ojca dziecka, które miało się pojawić na świecie. Basia wykazała postawę wręcz heroiczną! Nie tyko nie robiła wyrzutów córce, ale nieustannie ją wspierała i murem przy niej stała. Woziła na badania, spacerowała pod rękę przez całą wieś, kiedy dziewczyna już nosiła duży brzuch, aż do rozwiązania. Co więcej, młoda babcia nawet uczestniczyła w porodzie swego pierwszego wnuka, gdyż córka ją o to poprosiła. I odtąd stał się on oczkiem w głowie dziadków.

Gdzieś tak przed pięćdziesiątką życia kobiety na wsi gruchnęła straszliwa wieść: nowotwór! Natychmiast wszyscy jak jeden mąż, odruchem serca, zamówili intencję mszalną, którą ksiądz odprawił tego samego dnia. Do kościoła wieczorem zjechała się cała wieś, aby „modlić się za Basię”. Oboje z mężem zjawili się również na nabożeństwie. Widok tylu osób musiał ją mocno poruszyć. Płakała po wyjściu ze świątyni, dziękując każdemu z osobna. Wszyscy byli głęboko przeświadczeni, że ona z tego wyjdzie. Jest silna, ma wsparcie. Musi wygrać!

Owszem, początkowo wiele na to wskazywało. Przeszła chyba wszystkie rodzaje przykrych zabiegów, z mastektomią włącznie. Po interwencji chirurgicznej nastąpiły chemioterapia, radioterapia i inne dostępne metody lecznicze. Trwało to kilka lat, z powtórkami terapii, ze wznowieniami i nowymi rzutami (niestety, także przerzutami) choroby. Ale też i okresami, kiedy bywało całkiem dobrze. Akceptowali ją i w peruczce, i w chusteczce, i bez włosów, które znów potem odrosły bujne i jeszcze piękniejsze.

Nawet z rozpoznanym i leczonym nowotworem potrafiła myśleć o innych. Dodawała otuchy w chorobach. Całkowicie oddała się również chorującej na raka sąsiadce. Udzielała wielu cennych porad niewykształconym sąsiadom. Ze wsparcia Barbary korzystał nawet ksiądz. Przyjeżdżał, by czerpać od niej siłę! Żeby lepiej radzić sobie w obliczu śmiertelnej choroby we własnej rodzinie. Sam mi to opowiadał. Kiedy zmarła moja mama i poprosiłam Basię o poprowadzenie modlitw pogrzebowych na wieczornym czuwaniu, ta nie odmówiła. Chociaż, jak mi wtedy szepnęła, następnego dnia znów miała udać się na chemię. Ale modłom przewodniczyła. Tylko już w pogrzebie nie wzięła udziału. Odjechała do szpitala.

Jeszcze przez kilka lat po odejściu na emeryturę zatrudniała się w GOK-u jako instruktorka, przede wszystkim organizując życie kulturalne seniorom. Ci po spotkaniach wracali rozpromienieni i pełni entuzjazmu, że przeżyli kolejną piękną przygodę. Niestety, ich przewodniczka była nosicielką „pechowego” rodzinnego genu. Wcześniej umarły młodo jej mama i siostra. Basia odeszła w wieku pięćdziesięciu czterech lat. Ostatnie tygodnie spędziła otoczona rodziną i miłością. Była świadoma własnego odchodzenia. Dawała swoim dzieciom bezcenne wskazówki na życie. Najmłodsza, piętnastoletnia Ania, zaledwie została licealistką. W ostatnich  słowach mama je prosiła, by się kochały i wspierały ojca. Pogrzeb miała taki, jakiego parafia nigdy nie widziała. Przybyły nieprzebrane tłumy wdzięcznych ludzi, by ją pożegnać. Mija właśnie pięć lat, odkąd nie ma jej z nami. We wspomnieniach pozostanie na zawsze wzorem kobiety dobrej, pomocnej, empatycznej i silnej. Jestem wdzięczna losowi, że pozwolił mi ją znać.

Jadwiga Zgliszewska

Wyróżnienia Podlaskiej Redakcji Seniora przedstawimy w nastepnej publikacji.

Podlaska Redakcja Seniora Białystok

Jolanta Falkowska

Post Author: Redakcja Białystok

2 thoughts on “Nagrody specjalne IV edycji Konkursu SREBRO NIE ZŁOTO

    Marcin Kozub

    (6 grudnia 2018 - 13:30)

    Drukujecie samą prozę, w tym poetycką. A gdzie są wiersze?

      Jolanta Falkowska

      (6 grudnia 2018 - 17:14)

      Opublikowaliśmy wyniki konkursu, oraz utwory nanrodzone nagrodami specjalnymi, teraz bedziemy publikować prace wyróżnione w konkursie, gdzie na pewno znajda się wiersze.Zapraszam do zakładki TWÓRCZOŚĆ w której wiersze publikujemy cyklicznie
      Jolanta Falkowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.