O Kacperku i dwóch babciach – w Dniu Dziecka

Nie każdy senior ma swoje wnuczęta. Ale każdy może przebywać, uczyć się oraz doświadczać radości w kontakcie z dziećmi. Ja bawię się w babcię z wnukiem mojej siostry bliźniaczki. Nasze kontakty są dosyć częste i naprawdę owocne. Kacperek mnie zna, odkąd zaczął identyfikować osoby bliskie. Zawsze byłam jego babcią, choć tylko „przyszywaną”. Chłopak niedawno skończył trzynaście lat, więc jest już raczej Kacprem. Zatem to ostatni dzwonek, bym mogła napisać o naszej relacji akurat w Dzień Dziecka.

Kilka lat temu mieszkałam w innym mieście, więc widywaliśmy się tylko przy okazji rodzinnych uroczystości i sporadycznie latem na wsi. Wtedy chłopczykowi towarzyszyli rodzice. Wszystko zmieniło się, odkąd zdecydowali się wysyłać go na dłużej już tylko z babcią. Zaczęło się od wspólnych wakacji na wsi, a potem były tygodniowe wizyty z drugą babcią u mnie podczas ferii zimowych. Dwie babcie i jeden wnuczek? W takim układzie chłopak musiał być hołubiony podwójnie!

Zimowy tydzień w Węgrowie polegał na tym, że do momentu mojego powrotu z pracy białostoccy goście przebywali albo u mnie w domu, albo przychodzili do „mojego” przedszkola, gdzie Kacperek mógł się pobawić z dziećmi. Po południu udawaliśmy się do kina na jakiś seans w wersji 3D  albo na widowisko w domu kultury, czy też uczestniczyliśmy w innych atrakcjach. Na tę okoliczność napisałam nawet wierszyk.

[…]
Przyjechał tutaj ze swoją babcią
do jej siostrzyczki-bliźniaczki,
aby odmienić trochę klimaty,
pomieszkać u innej babci.

A babcia rada temu wnukowi,
nieba przychylić by chętna:
wczoraj we troje poszli na koncert,
dzisiaj
przedszkole odwiedzał.

„Robaczki z zaginionej doliny”
jutro film w 3D wymiarze,
którego seans w węgrowskim kinie
rozjaśni widowni twarze.

Pojutrze damy kurs na pobliską
Galerię u Mistrza Jana,
aby atrakcję pewną zaliczyć
ruchomych schodów arkana.
[…]

Bardzo ciekawe były nasze wieczory. Zamieniały się one często w… czytanie moich pamiętników z podstawówki. Ileż było przy tym śmiechu! Trudno było uwierzyć, że tak było naprawdę. A Kacper-śmieszek jeszcze podsycał nasze zabawne niedowiarstwo, dopytując o różne sytuacje, aby mogły wybrzmieć jeszcze dosadniej i śmieszniej. Bardzo długo przesiadywaliśmy we trójkę w nocy, nie mogąc usnąć z powodu przeżytych emocji. Takie wspólnie przeżywane chwile mocno jednoczą i zacieśniają więzy.

Najwspanialsze wspomnienia to jednak te z letnich pobytów w naszej rodzinnej wsi. Rodzice Kacpra mają miesiąc urlopu, a on ponad dwa miesiące wolne od szkoły. Kolonie czy półkolonie nie zapełniły wolnego czasu dziecka. Tydzień lub dwa przebywał więc z dwiema babciami-emerytkami. Ten czas spędzany z wnukiem to obustronna radość a i korzyść wzajemna. Na pierwszym miejscu postawiłabym poznawanie się i zacieśnianie więzów. Kiedy był kilkulatkiem, trzeba było nieźle główkować, by zapełnić czas ruchliwemu i ciekawemu wszystkiego dzieciakowi. Owszem, jego troskliwa mama zawsze starannie dbała o wyposażenie na wyjazd. Zabawki, gry, ulubione przytulanki i obowiązkowo książeczki oraz przybory do rysowania – to standard. No i sprzęt rekreacyjny: rowerek, hulajnoga, piłka, rakietki. Ale on wszystkim szybko się nudził. Głównie z braku rówieśników. Pozostawały mu babcie… Babcie, chcąc nie chcąc, musiały więc być aktywne.

Często to on decydował, czym się zajmiemy. Na przykład urządzał przebieranki. Wyciągał z szaf zapomnianą garderobę i sugerował nam jej nakładanie w przedziwnych zestawach. Ponieważ jest urodzonym żartownisiem, celowo przebierał nas tak, by za chwilę śmiać się do rozpuku. Sam czasem nakładał coś babcinego, aby było jeszcze komiczniej. Śmialiśmy się zresztą wszyscy troje, ale dzieciak miał najwięcej uciechy. I o to przecież chodziło!

Żeby ciągle czymś zajmować szybko nudzącego się chłopaka, dwoiłyśmy się i troiły w swoich pomysłach. Lubił, kiedy śpiewałyśmy mu stare piosenki i przyśpiewki. Niekiedy bywały i takie trochę nazbyt rubaszne, te przedkładał nad inne i kazał powtarzać po wielekroć, aż do momentu, gdy… sam się ich nauczył! A potem w domu powtórzył osłupiałej ze zdumienia mamie. I ciągle przy tym śmiał się i śmiał. Rodzice więc wspaniałomyślnie nam wybaczali, widząc radość dziecka.

Kacper uwielbia mojego psa – pudelkę Daisy. Ona też nadzwyczaj chętnie towarzyszy mu we wspólnych zabawach, które najbardziej atrakcyjne są wtedy, gdy przebywamy na wsi. Tam jest podwórko, trawa, płoty, ławki, drzewa, dokoła których można biegać do woli. Poza tym można to robić razem z innymi dziećmi. Czasem Kacper zabiera ją na spacer i odwiedzają na sąsiedzkich podwórkach inne pieski, Daisy droczy się z kotami, czasem nawet pogoni i obszczeka krowy. Pies sprawia, że nasza więź z wnuczkiem jest jeszcze silniejsza.

Pewnego wieczoru na wsi rozszalała się straszliwa burza. Wiatr giął i łamał drzewa, grzmoty rozlegały się nieprzerwanie. Elektrownia bielska wyłączyła prąd, a Kacper bał się ciemności. Tymczasem błyskawice bezustannie rozdzierały niebo, ich widok w nieoświetlonym pomieszczeniu jeszcze potęgował grozę. Nawet my – babcie – byłyśmy pod wrażeniem. Nie mogłyśmy jednak pozwolić, by odczuł to przerażony kilkulatek. Przytuliliśmy się mocno we trójkę. Trzymałyśmy dziecko za rączki . I z obu stron pocieszałyśmy go tłumacząc, że to nic niezwykłego, że czasem tak się dzieje i że „na pewno zaraz przejdzie”. Tamten długi wieczór i niespokojną noc zapamiętam na zawsze. Na drugi dzień się okazało, że w promieniu kilkunastu kilometrów burza zniszczyła 30 procent drzewostanu. Widok był straszny. A my cieszyłyśmy się, że dzięki nam Kacperek nie zdawał sobie sprawy z grozy sytuacji.

Najwięcej czasu spędzaliśmy jednak na świeżym powietrzu, aby odciągać go od komputera czy tabletu. Siadaliśmy przy wygodnym stole pod naszym poczciwym kasztanowcem i wtedy królowały gry planszowe, stolikowe, domino, a od niedawna uproszczone scrabble. On jednak od najwcześniejszych lat lubił grę w karty. Najpierw gry dziecięce, stosowne do wieku, potem dominowały już te poważniejsze, dla dorosłych. Nie hazardowe, oczywiście. Nie powiem, żeby zachwycało mnie, kiedy jako malec chciał zawsze wygrywać, szybko się zniechęcał, odchodził lub życzył sobie kolejnego rozdania. Ale powoli nauczył się wszystkich zasad, a nawet – przegrywania, co było najtrudniejsze.

W ostatnie wakacje bardzo popularna była u nas zabawa edukacyjna, którą my w dzieciństwie określaliśmy nazwą „miasto-państwo-rzeka”. Dowody naszych ćwiczeń pod postacią fotografii zapisanych kartek wysyłałam nawet mamie Kacpra, żeby ją zapewnić, że synek nie siedzi przy ekranie. Byłam zdumiona, że piątoklasista aż tyle wie. Rezultaty gry bywały bowiem wyrównane.

Przez kilka ostatnich lat rodzice Kacpra wyznaczali mu lekturę na wakacje. Normą stało się to, że czytywaliśmy po jednym rozdziale, kolejno każde z nas – babcie i wnuczek. Tym to sposobem doskonaliłam nie tylko technikę czytania na głos, ale też i przypomniałam sobie dziecięce lektury, np. „Dzieci z Bullerbyn” czy „Chłopcy z Placu Broni”. Miało to na celu zmobilizowanie podopiecznego do niezrywania kontaktu z książką w okresie letnim. A że czytanie odbywało się na dworze, było i przyjemne, i pożyteczne.

Kacper jest dzieckiem borykającym się z bezsennością. Tak ma od wczesnego dzieciństwa. Bardzo późno i z trudem zasypia. Często my byłyśmy już bardzo senne, gdy on się dopiero rozkręcał. Pewnego wieczoru dosłownie wyrwał nas z łóżek i zorganizował… przymusową dyskotekę dla babć! Puścił jakąś naszą ulubioną muzykę i wymusił tańce. Nawet światło na przemian zapalał i gasił. Dowcipniś miał ubaw, fotografując nasze niezdarne podrygi w nocnych koszulach!

Tych wielobarwnych przeżyć z moim „przyszywanym” wnukiem nie sposób zapomnieć. Bo bardzo wzbogacał i ubarwiał nasz seniorski świat. Szkoda, że pewnie już nie zechce pojechać na wieś tylko z babciami. Musimy pogodzić się z tym, że dzieciaki stają się nastolatkami szybciej niż byśmy tego chcieli . Ale wspólne przeżycia pozostaną niezapomniane.

(foto: archiwum rodzinne autorki)

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok

 

 

Post Author: Redakcja Białystok