Opowieść o Franku – część piąta

foto: Dariusz Marek Gierej

_

Między wojnami

No to i dochrapał się Franek, dostał trzy miesiące aresztu o zaostrzonym rygorze. Ba, próbowano nawet zmusić go do podpisania volkslisty. I tak o chlebie i wodzie odsiedział Franek karę. Co oni mu tam zrobili, tego nie wie nikt. Jak wyszedł, to powiedział tylko tyle:

– Ślązok mo twardy kark i nie tak prędko się go złamie. Byle jaki Szwob mu nie da rady .

Był jednak jakiś odmieniony, nie rozmawiał nawet z matką tak jak dawniej. Odsunął się od ludzi, znikał na wiele godzin i tak naprawdę nikt nie wiedział, gdzie on się podziewa. Nieraz matka pytała: „Synku, a co ci to je?”. „Nic, nic, mamo”. Na tym się rozmowa kończyła. Widać było, że Franka coś dręczy. Nie mógł spać, miewał nocne koszmary. Zrywał się ze snu z głośnym krzykiem.

Coraz częściej było słychać, że będzie wojna. Ludzie rozmawiali o tym głośno. W Raciborzu utworzono gestapo i to tego właśnie bał się Franek. Czuł, że jest obserwowany. Jacyś ludzie przepytywali wioskowych o niego. Jego brat Józef siedział w areszcie, a Paweł gdzieś zniknął. Jak się później okazało, Paweł był w RAF-ie w Anglii. Do Polski wrócił tylko po to, aby tu umrzeć.

No i stało się to, czego obawiał się Franek. Przeczucia go nie zawiodły. W 1939 roku 18 sierpnia o godzinie 4 rano przed dom Tumulków zajechało gestapo. Zerwał się Franek, chciał uciekać, ale nie miał gdzie, ani też jak. Został więc aresztowany i odwieziony do gestapo w Raciborzu. Ile się Katarzyna nachodziła się do aresztu, nic jej nie powiedziano. Wygoniono ją i jeszcze poszczuto psami. Wracała z Raciborza na piechotę. Jej serce czuło, że swoich chłopców Józefa i Franciszka, już nigdy nie zobaczy. Odwróciła się w kierunku Raciborza i kułakiem pogroziła niewidocznemu wrogowi.

Czuła pani Karolina ogrom krzywdy, jaka ją spotkała. Był upał, pot się z niej lał strumieniami, wreszcie po południu dotarła do domu. Ledwie żywa padła na fotel, a tu już i chłop się znalazł przy niej.

– No i co? – zapytał.

– A no, zaczekaj trochę, to ci opowiem. Dej mi ino trocha naszej zimnej wody.

Jak się napiła to i opowiedziała o tym, co ją spotkało, rozpłakała się i tyle tego było. Jedyne, czego dowiedziała się rodzina o Franku, to tyle, że będzie sądzony w Opolu, bo tam został przewieziony.

Styczeń 1939 roku. Sąd Najwyższy Rzeszy Niemieckiej skazał Franka na 7 lat ciężkiego więzienia oraz utratę praw obywatelskich i honorowych na 10 lat za szpiegostwo na rzecz Polski.

Franek w więzieniu był torturowany i bity. Podczas przesłuchań wybito mu zęby, wsuwano szpilki pod paznokcie. Wkładano mu zapałki między palce stóp i podpalano, podpalono krocze, bito metalowym prętem po piętach. Tak przesłuchiwało gestapo. Z Opola pobitego Franka wywieziono do Rzeszy do Berlina. Pastwili się Niemcy nad nim, ale twardy Ślązak się nie załamał. Dopiero jak mu powiedziano, że jego brat Józef został zgilotynowany, Franek zaczął pogrążać się w chorobie psychicznej. Niemcy nie mieli już nad kim się pastwić. Puste oczy, wrak człowieka, przewożony od jednego ciężkiego więzienia do drugiego. W sumie do 10, bo był między innymi w Oranienburgu, Sachsenhausen, Brandenburgu, Oświęcimiu. Z człowieka stał się numerem 933.

Z buńczucznego i radosnego Franka pozostał cień człowieka. W obozach wynosił fekalia po więźniach, woził trupy do pieców krematoryjnych. Celnie napisała znana pisarka Zofia Nałkowska w „Medalionach”, że to „Ludzie ludziom zgotowali ten los”.

Cóż, wymuskani oficerowie gestapo z pejczykami w rękach, musieli się mocno nagłowić, co zrobić z tym twardym upartym Ślązakiem. No cóż, odesłano go do Lublińca do zakładu dla umysłowo chorych.

Tymczasem kończyła się wojna. Oprawcy musieli brać nogi za pas i uciekać, gdzie raki zimują. Jeszcze dziś, po tylu latach wojny, ich sądzą. Jednego SS-mana przywieziono aż z Panamy, aby osądzić go za zbrodnie, jakie popełnił.

Po wojnie

Jest mroźny styczeń 1958 roku. Cała nasza rodzina mieszka w Narożnikach koło Radgoszczy nieopodal Dąbrowy Tarnowskiej. Moja siostra ma dziesięć lat. Ja mam już siedem lat i widzę, że nasi rodzice chodzą jacyś zadumani, a mama przebąkuje do ojca:

– Wiesz, trzeba o tym porozmawiać z dziećmi.

Wieczorem tato nam oświadczył, że jedzie do Branic na Śląsk.

– Przywiozę do nas mojego wujka. Macie go szanować!

Pamiętam, że dodał:

– To jest człowiek chory, w domu ma być spokój, a potem zobaczymy.

Wieczorem tato był spakowany, pożegnał się z nami i odjechał. Pamiętam, jak przywiózł Franka do nas. Był to wysoki starszy pan, bardzo schorowany. Był bardzo chudy, jego oczy były takie puste, jakby błądził myślami gdzieś daleko. Czasami tylko zapalało się w nich światełko i mówił:

– Wisz, dziołcha, a oni nic, ino bili i bili… Bolało, jak bolało…

I wszystko się urywało, a Franek znów odchodził w swój świat, tam gdzie nikt nie miał dostępu.

 

Irena Piwowar
Podlaska Redakcja Seniora Bielsk Podlaski