Opowieść o Franku – część trzecia

foto: Jan Tomżyński

_

Młodość

No i byś se pamiętoł, że jak przyniesiesz gańbę rodzinie albo tyż naszej Polsce, to posmakujesz ty rózgi”

Tak mały Franek rozpoczął swoją edukację. Uczył się pilnie, to i miał dobre oceny. Mimo to Niemcy mu się bacznie przyglądali. Obserwowali i jego, i całą rodzinę. Kiedy już podrósł, zrozumiał tę dziwną politykę i starał się nie rzucać się w oczy. 

Mijały lata i Franek ani się spostrzegł, a już kończył szkołę. Nastał rok 1914. Franek miał już 15 lat i był to jego ostatni rok nauki. Wyrósł nad podziw. Był smukłym, wysokim i ładnym chłopcem. Lubiano go we wsi, bo był i pracowity, a też i ludziom pomocny. Jeździł na rowerze nad Odrę. Tam zbierali się jego koledzy, łowili ryby, dużo też rozmawiali o tym, co dzieje się wokół nich. Powszechne bezrobocie powodowało, że Franek nie mógł liczyć na pracę, a wiedział, że trzeba będzie pomagać rodzicom. Jego powierniczką była matka. Często dużo i długo rozmawiali. W ten właśnie sposób oboje uradzili, że póki co Franek zostanie w domu. Jednak on długo nie usiedział. Jak tylko skończył 17 lat, postanowił poszukać pracy. Zdawał sobie sprawę, że w domu nie jest bogato, a gęb do wyżywienia dużo. Tłumaczył:

 – Ja jestem młody i silny, mogę więc pracować obojętnie gdzie, aby pomóc ojcu i matce. 

I tak siedemnastolatek wyruszył w poszukiwaniu swego miejsca w życiu, a może i szczęścia, bo przecież losu swego nie znał. Za chlebem zawędrował do Raciborza. Znalazło się dla niego miejsce w fabryce „Ganz i Co”. Kiedy już się na dobre zainstalował, codziennie jeździł na rowerze do pracy, wesoło pogwizdując. Taki był dumny, przecież jechał na szychtę. Jeszcze nie zastanawiał się nad niczym, a dni uciekały bardzo szybko.

Pewnego dnia pod koniec lata Franek otrzymał wezwanie do wojska. Ale jakiego?! No, wiadomo, do niemieckiego. Nie było to Frankowi w smak, przecież czuł jak Polak, kochał Polskę, a tu patrzcie tylko, trzeba iść w kamasze do niemieckiego wojska.

Wysłano go na francuski front. Musiał w ciągu paru godzin dorosnąć, zapomnieć o domu, o dziewczynach, o ukochanej mamie, która została tam daleko, poza linią frontu. Przydzielono go do piechoty. Teraz już był żołnierzem. Grupę chłopców w jego wieku zebrano na dworcu w Raciborzu. Prowadził ich, niewiele od nich starszy, feldfebel.

Kiedy podstawiono pociąg, Franek jeszcze ostatni raz spojrzał w stronę, gdzie znajdował się jego dom rodzinny. Potem wsiadł do pociągu. Skład był długi, bo i armaty, i pancerfausty, i wiele innego sprzętu wojskowego mieściło się w tym pociągu. Jechały też konie. Tak Franek wyjechał w świat. Jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, że jedzie na front. Jedno, co go cieszyło, jechało z nim paru kolegów, których również wysłano na front.

Siedzieli w milczeniu, a pociąg mknął w nieznane. Podróż była bardzo męcząca. Wreszcie zatrzymali się gdzieś w polu, bardzo daleko od zabudowań. Jechała też z nimi kuchnia polowa i postój był zaplanowany tak, żeby żołnierze mogli zjeść posiłek. Każdy z nich otrzymał pajdę chleba i zupę w menażce. W ten sposób szykowano chłopców do boju. Trwała wojna, ale coś przebąkiwano, że ma się ona ku końcowi. Dotarli wreszcie do jakiejś małej mieściny na krańcach Francji. Tam zagnano ich do prowizorycznych koszar. Mieli za zadanie bronić linii frontu znajdującej się kilkanaście kilometrów przed nimi. Teraz poznał, co znaczy wojna.

 Wiele nieszczęścia zobaczył Franek. A że był silny, zrobiono z niego sanitariusza. Jego zadanie to zbieranie rannych i wynoszenie ich na tyły. Obok niego pracowali łapiduchy, ci zbierali trupy, które również wynosili na tyły. Trudno było młodym chłopcom patrzeć, jak ginęli ich koledzy. Ciężko rannych odwożono do wojskowych lazaretów. Były to namioty umieszczone gdzieś na odludziu, najczęściej tam, gdzie diabeł mówi dobranoc.

 Franek był uparty. W bezsenne noce rozmyślał o swojej rodzinie, ale starał się nie rozczulać nad sobą. Czasami tylko po policzku stoczyła się samotna łza tęsknoty za domem rodzinnym, a także za swoją Polską.

Znowu blady świt… Cisza… Franek po wczorajszej potyczce jest nieswój. Tylu martwych kolegów, którzy jeszcze wczoraj byli żywi. Dlaczego? Przecież oni nikomu nic złego nie zrobili. Gdzieś daleko mają rodziny. Strużki zimnego potu spływają mu po plecach. Co będzie dalej? Ilu ich jeszcze zginie? Ilu na zawsze zostanie okaleczonych? Jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że właśnie wojna się kończy. Bo oto Niemcy podpisali kapitulację. Franek jeszcze o tym nie wiedział. Bał się, tak bardzo bał się. Był młody, chciał żyć! I wreszcie goniec przynosi wiadomość: koniec wojny, Niemcy skapitulowały. Demobilizacja.

Po długich siedmiu miesiącach Franek może wracać do domu. Wykonał kolejne zadanie, ale obraz zniszczeń, ludzkich łez i nieszczęść pozostanie z nim na zawsze.

Irena Piwowar „Orynka”
Podlaska Redakcja Seniora Bielsk Podlaski