Polki Niepodległe. Przekładaniec bez lukru – opowiadanie siódme

Ucieszyła mnie bardzo wiadomość, że w konkursie „Srebro nie Złoto” wprowadzono w roku świętowania setnej rocznicy odzyskania niepodległości kategorię „Polka Niepodległa”. Bowiem mało komu określenie „niepodległość”, wiązane zazwyczaj z pojęciami takimi jak Ojczyzna, Naród czy Państwo, kojarzy się z pojedynczymi osobami. A organizatorom konkursu się kojarzy. I mnie też. Powiem więcej: uważam, ze niepodległe państwo może być utworzone tylko przez ludzi, którzy sobie wywalczyli, wypracowali niepodległość osobistą. A taka walka, taka praca trwa latami. Jeśli zatem do budowy II Rzeczpospolitej Polki przystąpiły wyposażone w prawa wyborcze, jeśli w III Rzeczpospolitej sprawowały najwyższe urzędy państwowe, to chyba warto tej ich walce, pracy i narastającej samoświadomości przyjrzeć się nieco bliżej, co poniżej staram się uczynić.
Wojciech Więckowski

Zosia Więckowska z „zadatkiem” na autora „Przekładańca”

Zofia Joanna (ur.1936)

No i wiemy już, że omodlone na wysokim brzegu Jastrzębiej Góry dziecko żołnierzem nie będzie. Może być żołnierką, co sugeruje jej drugie imię, z rozmysłem przez Mamę Halę nadane a przywołujące na pamięć Joannę d’Arc, ale póki co Zosia nic o tym nie wie. Tańczy ze mną na prywatkach urządzanych przez Jaśka razem z jego Akademicką Drużyną Harcerską. Jasiek dołączył nas do tego studenckiego towarzystwa, choć ja jestem jeszcze w podstawówce, a Zosia skończyła już uniwersytecką Fizykę. Dostała się na tą Fizykę w 1954 roku, bez egzaminu i bez opinii ZMP, jako laureatka Olimpiady Fizycznej, a od 1959 roku jest już ważną panią asystent. Tańczę więc na Jaśkowych prywatkach z panią asystentką w ślicznej, taftowej spódnicy

Pani asystent

ale tłumu adoratorów wokół niej nie spostrzegam. Pamiętam raczej jej koleżanki, a zwłaszcza szkolną jeszcze przyjaciółkę Krysię i jej opowiadanie o tym, jak absolutnie niechcący wypaliła mężowi dziurę w wyjściowych spodniach, gdy ją przekonywał, że można się nauczyć prasowania męskich spodni. Ale, choć wówczas jestem tego nieświadomy, w uniwersyteckiej pracowni, którą przez rok 60/61 w zastępstwie nieobecnego profesora kieruje, Zosia ma też kolegów. I to dobrych kolegów, którzy wiedzą, że jej idolem jest Róża Czacka – atrakcyjna, bogata hrabianka, która ociemniawszy wchodząc w dorosłe życie, nie potraktowała tego jak wyroku skazującego lecz jako powołanie. Założyła Towarzystwo Opieki Nad Ociemniałymi (1910 r.), Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża (1918 r.) i opierając się na tych instytucjach stworzyła Dzieło Lasek, by pomagać ociemniałym na ciele, a także ociemniałym duchowo (tak określała szukających sensu życia lub sensu cierpienia). I akurat w nawale końcowych kolokwiów zaliczeniowych Zosia odbiera wiadomość o śmierci Matki Elżbiety (takie imię zakonne przybrała Róża) Nie śmie nawet myśleć o wzięciu wolnego, ale koledzy przekonują: „Zośka, to dla ciebie ważne, jedź ty na ten pogrzeb”. Więc jedzie, uprzytomniwszy sobie po drodze, że skoro Matka Elżbieta dokonała ofiary życia, to ona też chce powiedzieć Bogu całkowite TAK. Tę ważną w życiu chwilę będzie pamiętała tak, jak pamięta się uroczyste śluby. Zapamięta też niezmierzoną rzeszę ludzi przybyłych na pogrzeb – PKS uruchomił dodatkowe kursy a po pogrzebie, zatłoczonymi do granic możliwości autobusami rozładowywał to zgromadzenie.

Laski już przed wojną stały się ważnym ośrodkiem inteligencji katolickiej. Mama Hala, jako komendantka Warszawskiej Chorągwi Harcerek jedną z odpraw kadry chorągwi zorganizowała w laskowskim Domu Rekolekcyjnym. W czasie okupacji, w okresie konwersji na katolicyzm, odbyła w Laskach rekolekcje. Gdy po odwilży ’56 r. pracowników zabezpieczających przed komunalizacją przeniesiono do mieszkań służbowych i Dom Rekolekcyjny powrócił do swoich funkcji, Mama Hala ponownie odwiedziła Laski w trybie rekolekcyjnym, a przy okazji, na kilka wrześniowych dni zapisała Zosię. Zosia już w domu rodzinnym miała kontakt z niewidomym – dziadek Wacław ociemniał pod koniec okupacji i na reaktywowanej Politechnice wykładał fizykę przy pomocy asystenta „obsługującego tablicę”. Zaś w duchowość Lasek wprowadził ją tomik wierszy Siostry Nulli, który wypożyczony przyjaciołom rodziców, wrócił do domu w nowej, płóciennej oprawie. To był jej pierwszy podręcznik modlitwy. W czasie studiów zaczęła bywać w Laskach regularnie coraz poważniej rozważając wstąpienie do Zgromadzenia. 

Zosia z młodszym rodzeństwem

Jednak Mama Hala poważnie niedomaga i Zosia podejmuje pracę na Uniwersytecie by móc zaopiekować się trójką młodszego rodzeństwa. Tak więc jedną ręką wykonuje obowiązki asystenta, drugą ogarnia rodzeństwo, trzecią – w zastępstwie profesora –kieruje Pracownią a czwartą… Nie, nie, czwartą może czasem potrzymać czytaną książkę lub – co bardzo lubi – zacerować skarpetki. Laski może wspomagać ręką trzecią, bo profesor powrócił z zagranicy i zajął się Pracownią.

We wspomaganie laskowskiej szkoły wrobiła Zosię Dyrekcja, gdy Siostra Pia w stanie przedzawałowym wylądowała w zakładowym szpitaliku. Tak więc przyjechawszy co wtorek do Lasek, Zosia biegnie do Infirmerii, gdzie s. Pia mówi jej z której szafy co wyjąć, jak uczniom pokazać i objaśnić, a potem dopiero idzie do szkoły. To był cenny kurs tyflodydaktyki po którym od września ’63 r., porzuciwszy Uniwersytet, Zosia zostaje nauczycielką laskowskich szkół. I już na pierwszej sesji organizacyjnej widzi, że to ma sens – siostra Administratorka wprowadziła do pokoju nauczycielskiego sześciu świeżo upieczonych absolwentów Zasadniczej Szkoły Zawodowej, którzy z dumą poinformowali, że są już pracownikami „Waryńskiego”.

Funkcjonalny dla niewidomego ucznia model naczyń połączonych zbudowany z dwu lejków połączonych wężem gumowym. Umieszczenie lejków w łapach statywu uwalnia ręce ucznia od trzymania, by mógł manipulować i obserwować skutki swego działania

Zosia szybko orientuje się, ze lekcje fizyki to świetna okazja, by dziecko niewidome zapoznało się ze zjawiskami, przedmiotami i urządzeniami, które dzieci widzące poznają mimochodem i przy okazji. Ponieważ dydaktyka fizyki dla niewidomych jest już zaawansowana i nie musi wymyślać jej od nowa, skupia się na realizowaniu nauczania poprzez możliwie jak największa ilość doświadczeń. Wielką radość sprawiało uczniom, gdy na pracach ręcznych wykonywali model potrzebny w Pracowni, a potem tego modelu używali na lekcji. Zaś wyciąganie wniosków z pomiarów i zapisywanie ich w formie zasady uświadamiało uczniom, że prawa fizyczne są syntetycznym opisem wyników obserwacji i badań, a nie regułą z nadania lub umowy społecznej. Z uczniami ZSZ jeździ do Instytutu Fizyki na popularne wykłady z pokazami przeznaczone dla licealistów. Wykładowcy byli bardzo życzliwi. Po wykładzie niewidomi uczniowie mogli podejść do stołu pokazowego, obejrzeć aparaturę i niektóre doświadczenia.

 Laskowskie szkoły pracowały pod stałą presją władz oświatowych, dążących do ograniczenia wpływu Zgromadzenia Sióstr na uczniów. Zatem po dwu latach pracy kierujący szkołą pan Serafinowicz, wiedząc że Zosia po przywdzianiu habitu nie będzie dopuszczona do egzaminu na nauczyciela szkół specjalnych, kieruje ją zawczasu na dwuletnie studia w Państwowym Instytucie Pedagogiki Specjalnej i przydziela jej 2 godziny fizyki w 7 klasie specjalnej (dla dzieci z opóźnieniem edukacyjnym), by mogła napisać sensowną pracę dyplomową. Zdobywaną wiedzę Zosia wykorzystuje na bieżąco – mnie zapisuje na zajęcia z logopedą, dzięki czemu dziś można zrozumieć co mówię, zaś pomagając w lekcjach Michałowi uważnie dawkuje trudności i starannie wyważa proporcje między pracą a zabawą. Natomiast praca dyplomowa służyła młodszym kolegom, nauczającym przedmiotów przyrodniczych i technicznych, jako podręcznik metodyczny.

Po latach pracy, w tym jednym roku połączonym ze studiami w PIPS-ie, Zosia obejmuje dyrektorstwo Zasadniczej Szkoły Zawodowej. Tymczasem wiosną ’67 ja wracam po zdaniu matury z radomskiego internatu do rodzinnego domu i mogę przejąć wiele obowiązków, zaś jesienią Michał, który dzięki zosinej pomocy będzie szczęśliwie kończył podstawówkę, decyduje się na wyjazd do szkoły w Nowym Targu na spotkanie ze sztuką lutniczą. Zosia, wypełniwszy misję rodzinną, wstępuje do Postulatu.. Jako postulantka odchodzi z dyrektorowania ale dalej pracuje jako nauczycielka. W następnym roku przerywa pracę w szkole bo zostaje przyjęta do Nowicjatu w klasztorze przy kościele św. Marcina na Piwnej. Po roku wraca do pracy w Laskach już jako Siostra Elżbieta.

Akurat w reformie programowej zmniejszono w ZSZ ilość godzin na przedmioty ogólnokształcące, a zwiększono na teorię zawodu.

Siostra Elżbieta wspomina:

Co dawać niewidomym uczniom, którzy nie będą wykonywać szeregu czynności swego zawodu i nie należy ich mordować szczegółową ich metodyką? Wstawiliśmy 2 godz. chemii i 2 rysunku zawodowego a ja podjęłam się rysunku, bo już miałam praktykę pracy z niewidomymi. Potraktowałam przedmiot jako rewalidacyjny a nie zawodowy. Podzieliłam klasę na grupy ćwiczeniowe nie według zawodów, lecz według technik pracy: niedowidzacy rysują miękkim ołówkiem na papierze a niewidomi rysują pustym długopisem na arkusiku folii termokurczliwej leżącym na gumowej rysownicy. Nie musiałam realizować żadnego programu ministerialnego, więc po prostu uczyłam rysowania i rozumienia przestrzeni w tym tempie, w jakim uczniowie pojmowali i to było w końcu najwartościowsze w tym przedmiocie. Równolegle z bieżącą pracą dydaktyczną i wychowawczą oraz rozwijaniem dydaktyki i jej dostosowywaniem do zmieniającego się rynku pracy, nauczyciele laskowscy pracowali nad pokonaniem kolejnej bariery formalnej. Potykali się o tą barierę co bardziej zdolni i ambitni absolwenci Zasadniczej Szkoły Zawodowej, którym w rozwoju kariery zawodowej przeszkadzał brak matury. Niektórzy uzyskiwali maturę w trybie wieczorowym lub zaocznym w szkołach dla widzących, ale było to trudne. W roku ’74 otwarto w Laskach Liceum Zawodowe w zawodzie mechanik urządzeń elektronicznych, co było osiągnięciem w skali krajowej. Do programu włączono rysunek zawodowy. W pionierskiej klasie była grupa uczniów, którzy już ukończyli pierwszą, drugą, a nawet trzecią klasę ZSZ. Program można było wzbogacić o trudniejsze zadania. Spróbowałam nawet rysowania w rzucie ukośnym. Dobrze już wprawieni uczniowie narysowali pod moje dyktando prosty przedmiot, ale konwencji nie zrozumieli. To oczywiste. Reguły rysowania w rzucie ukośnym wynikają ze sposobu, w jaki soczewka oka tworzy obraz na siatkówce patrzącego. Lub soczewka aparatu fotograficznego na kliszy. Niewidomy nie używa żadnej soczewki przy oglądaniu przedmiotów i ten sposób rysowania jest dla niego zupełnie obcy. Nie należy go więc używać także przy tworzeniu ilustracji dla niewidomych.

W roku ’82 s. Elżbieta obejmuje kierownictwo Działu Tyflologii. W Szkole Podstawowej prowadzi tylko fizykę w jednej klasie, od 6. do 8. i powrotem. Coraz bardziej interesował Ją problem: czy uczniowie młodszych klas rozumieją przedkładane im rysunki? Czy oglądając rysunek wyobrażają sobie narysowany przedmiot, czy tylko zapamiętują kształt rysunku? W 1993 zamiast fizyki podejmuje nauczanie rysunku we wstępnej klasie siedmiolatków. Działała wspólnie z nauczycielką prowadzącą tą klasę. Obserwując pracę dzieci skonstatowały, że nie rozumieją one prawidłowo prostych terminów relacji przestrzennych, odnosząc te terminy wyłącznie do relacji w czasie. Wykorzystywały więc rysunek do ćwiczenia tych pojęć w przestrzeni. Dlatego przez pewien czas tematem ćwiczeń w rysowaniu i czytaniu było położenie rysunku na arkuszu rysunkowym: przy brzegu bliższym mnie, dalszym, lewym, prawym, w lewym bliższym rogu. Pierwszym rysowanym i czytanym obiektem były sztywne jesienne liście. Obecność koleżanki prowadzącej klasę okazała się bezcenna.

Siostra Elżbieta wspomina:

Rozdałam uczniom brajlonowe podobizny liści czterech drzew i zapytałam z jakich drzew to liście? A Koleżanka dyskretnie uprzedza: „Oni tego nie przerabiali.” Trzeba było błyskawicznie zmienić scenariusz lekcji. Na szczęście za oknem Pan Woźny grabił topolowe liście. „Panie Tomaszu, proszę prędko zebrać 12 liści, tylko zielonych lub żółtych, by się dzieciom w palcach nie kruszyły”. Rozdałyśmy po liściu. Dzieci, pod naszym kierunkiem, obejrzały swoje liście szczegółowo; ogonek, czubek, podobny do serca kształt. Dopiero wtedy poleciłam: proszę wskazać na brajlonie, który rysunek przedstawia liść topoli? Dzieci sprawnie odnalazły właściwy rysunek. Wykonały też dodatkowe ćwiczenie: „każdy kładzie swój liść ogonkiem do siebie, ogonkiem w kierunku od siebie, ogonkiem skierowanym w lewo, w prawo”. Kiedyś z tego obracania liścia ogonkiem, kubeczka uszkiem, obracania się twarzą w kierunku uogólni się – tak trudne dla niewidomego dziecka – pojęcie kierunku. A dopiero później, na kolejnych lekcjach przyszła kolej na rysunki przedmiotów wyraźnie trójwymiarowych.

Pani Dyrektor chętnie przysyłała nam praktykantki. Bywały dociekliwe:

-Dlaczego siostra nie realizuje po prostu programu rysunku dla dzieci widzących?

– Widzi pani, z dzieckiem widzącym zaczynamy od podobizn przedmiotów z jego otoczenia, bo dla dziecka rysunki są podobne do przedmiotów.

-A dla niewidomego nie są podobne?

-NIE SĄ. Obraz przedmiotu jaki soczewka oka tworzy na siatkówce jest fizjologicznie identyczny i istotnie podobny do obrazu na siatkówce, jaki tworzy się, gdy dziecko patrzy na dobry obrazek. A dziecko niewidome nie jest uzależnione od działania soczewki. Ogląda np. jabłko dotykiem obejmującym palców i doświadcza okrągłości, gładkości i miłego zapachu jabłka. A co odczyta opuszkami palców na rysunku?

-Aha! Na gładkim tle szorstką plamę, która nie pachnie!

-Czyli odbiera wrażenia zupełnie inne, niż przy oglądaniu jabłka. Dziecko niewidome może tylko zapamiętać, że tak rysuje się jabłko.

-To tak, jak zapamiętać, że po angielsku jabłko nazywa się apple.

-No właśnie! Ale jak już poćwiczy angielski, skojarzenie będzie automatyczne. Przy czytaniu i rysowaniu linii i figur unikamy dysonansu między wrażeniem z oglądania konkretnego przedmiotu a wrażeniem z oglądania jego rysunku. Dziecko czyta linie i figury, rozmawia o ich kształcie i – co ważne – położeniu. Czyli uczy się pojęć geometrycznych i – co jest dla niego szczególnie cenne – przestrzennych. A później zacznie przyswajać rysunek, który opowiada o przedmiotach.

Praca w tyflologii ma charakter odmienny od szkolnej. Tyflos to po grecku ślepiec. Stąd tyflologia, jak za Sizeranne określała ją Matka Róża Czacka, to wiedza o sprawie niewidomych – ich problemach edukacyjnych a potem zawodowych, socjalnych, psychicznych oraz o kłopotach ludzi widzących ze zrozumieniem tych problemów. Bowiem niewidomych należy wychowywać do takich ról społecznych, do jakich są zdolni, zaś społeczeństwo należy wychowywać do zaakceptowania niewidomych w tych rolach. Trzonem materialnym Działu jest Biblioteka Tyflologiczna, a wachlarz interesantów jest bardzo szeroki. Często czytelnik nie tylko wypożycza książkę, ale konsultuje temat, co pozwala poznać ciekawych ludzi. Dział wspomaga tyflologicznie laskowskich pedagogów, studentów różnych uczelni i inne zainteresowane osoby. Dział uczestniczy w edukacji tyflologicznej społeczeństwa przyjmując liczne wycieczki: od wycieczek pierwszoklasistów po kluby seniora i koła naukowe studentów. Wystawę prostych pomocy technicznych i prac ręcznych uczniów, które do niedawna znakomicie obrazowały szkołę, dziś w znacznej części uzupełniają filmy. Dzięki nim można zainteresowanym pokazać dużo więcej, nie niepokojąc dzieci.

Siostra Elżbieta wspomina:

Pamiętam, że kiedy jakaś babina z grupy parafialnej napierała się, by koniecznie zobaczyć niewidome dzieci, zapytałam idącego obok niej dziesięciolatka: „A ty byś chciał, żeby do was, do klasy, co tydzień przychodziła wycieczka i was oglądała”? – „Ja bym też nie chciał” odpowiedział chłopiec. I istotne było właśnie to „ja też”.

Osobną kategorią interesantów okazali się magistranci, chcący robić badania w laskowskich szkołach i internatach, czyli Ośrodku Szkolno-Wychowawczym. Najczęściej przychodzili z sensownym tematem i przemyślanym programem badań. Niektóre zawiązane z tej okazji przyjaźnie przetrwały lata. Zdarzały się też i niewypały. Dzwoni telefon: „jestem studentem 4. roku psychologii. Potrzebna mi jest 40-osobowa, jednorodna grupa niewidomych do przeprowadzenia badań naukowych.” Odpowiadam: „Proszę pana, klasy szkolne liczą u nas przeciętnie 12 uczniów. Grupa 40-osobowa to będą cztery roczniki więc to już nie będzie grupa jednorodna”. Student upiera się: „ja potrzebuję …, ja potrzebuję”. Po paru takich wypowiedziach słyszy: „Proszę zauważyć, że my jesteśmy zakładem szkolno-wychowawczym DLA niewidomych dzieci, a nie zakładem hodowli materiału do badań psychologicznych.” Student zdziwił się: „ach, tak?” i to był koniec rozmowy.

W 1983 r. mgr kartografii Henryk Górski został wydelegowany do Kopenhagi na międzynarodową konferencję tyflo kartograficzną. Po jego powrocie zlecono mu zorganizowanie w Państwowym Przedsiębiorstwie Wydawnictw Kartograficznych produkcji polskiej tyflomapy. Laskowscy uczniowie byli pierwszymi konsultantami projektowanych znaków kartograficznych. W Polskim Związku Niewidomych powołana została Komisja kierująca merytorycznie redagowaniem kolejnych map. Ocenie i korekcie niewidomych czytelników podlegał każdy szczegół mapy. Siostra Elżbieta – córka geografów – uczestniczyła w pracy Komisji, w potem kolejnych zespołów powoływanych przez różnych sponsorów do redagowania kolejnych map i atlasów. Dziś siostra Elżbieta, już jako emerytka, stara się przekazać młodszym swoją wiedzę i doświadczenie.

Na zakończenie powyższego, skondensowanego do granic możliwości, opowiadania o Zofii Joannie pozwolę sobie na mały wtręt osobisty: „Zosia moja siostra Elżbieta” – jak lubię Ją tytułować – wiernie towarzyszy mi na mojej, cokolwiek wyboistej, drodze religijnej. A nigdy nie czyni tego z wyżyn swego stanu duchownego, lecz zawsze z głębi swego serca i rozumu. I zawsze służy mi recenzencką pomocą, gdy zdarzy mi się „popełnić” jakiś tekst zahaczający o teologię. Charakterystyczna była Jej uwaga, gdy przy okazji tekstu o redagowaniu Księgi Rodzaju w czasie niewoli babilońskiej dywagowałem nad istotą Objawienia: „Ja z własnej woli złożyłam ślub posłuszeństwa, więc obowiązuje mnie oficjalna Nauka Kościoła. Ty, z pozycji chrześcijańskiego liberała, możesz pisać to, co jest twoim przekonaniem, byle rzetelnie i w swoim imieniu.” I to jest esencja szacunku dla niepodległości bliźniego. Szacunku „wyssanego z mlekiem matki”. Bo Mama Hala o swojej modlitwie na wysokim brzegu Jastrzębiej Góry, w której prosiła, by dziecko które nosi pod sercem było żołnierzem Chrystusa, opowiedziała córce dopiero wówczas, gdy Zosia złożyła śluby wieczyste.

(foto: z archiwum rodzinnego Autora)
_

Wojciech Więckowski
Współpracownik Podlaskiej Redakcji Seniora Białystok

Post Author: Redakcja Białystok