Polki Niepodległe. Przekładaniec bez lukru – opowiadanie szóste

Ucieszyła mnie bardzo wiadomość, że w konkursie „Srebro nie Złoto” wprowadzono w roku świętowania setnej rocznicy odzyskania niepodległości kategorię „Polka Niepodległa”. Bowiem mało komu określenie „niepodległość”, wiązane zazwyczaj z pojęciami takimi jak Ojczyzna, Naród czy Państwo, kojarzy się z pojedynczymi osobami. A organizatorom konkursu się kojarzy. I mnie też. Powiem więcej: uważam, ze niepodległe państwo może być utworzone tylko przez ludzi, którzy sobie wywalczyli, wypracowali niepodległość osobistą. A taka walka, taka praca trwa latami. Jeśli zatem do budowy II Rzeczpospolitej Polki przystąpiły wyposażone w prawa wyborcze, jeśli w III Rzeczpospolitej sprawowały najwyższe urzędy państwowe, to chyba warto tej ich walce, pracy i narastającej samoświadomości przyjrzeć się nieco bliżej, co poniżej staram się uczynić.
Wojciech Więckowski

 

 

 

Helena z Wernerów Więckowska

Helena zwana Halą (1910 – 1996)

Sylwetka z epizodów

Nie będę owijał w bawełnę i powiem od razu: ta Helena o której tu piszę, to moja Mama. To od niej dowiedziałem się o łańcuszku matek, babć i pra…prababć po kądzieli, które swym najstarszym córkom nadawały naprzemiennie imiona Helena i Zofia. Włożyła to w moją świadomość jako rzecz ważną – że nie było to jakieś babskie fiu-bździu, ale nić przewodnia, na którą nizały one etos kobiety mądrej, dobrej, świadomej swej wartości i swej roli w społeczeństwie. Nić mająca pokazywać, że wartości i tradycje dziedziczymy nie tylko – wraz z nazwiskiem – po mieczu, ale – co nie mniej ważne – również po kądzieli. Natomiast zupełnie nie pamiętam okoliczności, w jakich mi o tym przekładańcu opowiadała. I nie tylko o przekładańcu – gdy czytałem napisaną przez jej brata a mojego wuja Stanisława Wernera książkę „Korzenie” stwierdziłem, że większość opisanych w niej historii jest mi dobrze znana, choć w większości przypadków zupełnie nie potrafię odtworzyć okoliczności, w jakich tę wiedzę asymilowałem poza tym, iż były to okoliczności wskazujące, że ma to mi być przykładem a nie powodem do zadzierania nosa. Bo Mama miała zadziwiającą umiejętność skutecznego przekazywania wiedzy i wartości ot tak, jakby mimochodem, rzekłbym; epizodycznie. By zobrazować zatem Jej wierność tradycjom w przekładańcu zawartym oraz Jej wkład w ich pomnażanie, pozwolę sobie kilka takich epizodów* przytoczyć.

Jako czwartoklasista przeczytałem w „Wypisach” sienkiewiczowski opis Bitwy Grunwaldzkiej. Byłem zafascynowany. Swoją fascynacją podzieliłem się z Mamą, która akurat szykowała kolację.
– O! Wam nawet całkiem porządne lektury w tej szkole dają” – skwitowała Mama, obierając dorsza z ości.
A ja od tej pory wiedziałem, że trzeba uważnie przyglądać się lekturom, bo mogą nam dawać też nieporządne.

Z literaturą wiąże się też jedno z jej wspomnień o moim dziadku Wacławie Wernerze – gdy wyjeżdżał do Fryburga kończyć doktorat, by nie tracić kontaktu z językiem ojczystym, zabrał ze sobą „Pana Tadeusza” i „Słówka”**. Stąd to, co dla moich rówieśników było obowiązkową lekturą szkolną, dla mnie miało posmak historii rodzinnej. Tym bardziej, że okoliczności czytania były nietypowe; musiałem sobie coś złamać albo uciąć, bo siedziałem w ogródku na fotelu w charakterze rekonwalescenta, a Mama z wielkim pietyzmem położyła mi na kolanach albumowe wydanie „Pana Tadeusza”. Do dziś, gdy chcę napisać coś ważnego wierszem, wychodzi mi trzynastozgłoskowiec.

Prace terenowe w okolicach Zawichostu

Mama ceniła sobie śpiewanie, choć wokalistką rewelacyjną nie była. Jednakże turnusy terenowych praktyk studenckich (których przeprowadziła ponad dwadzieścia) wspominała nie jako pracowite albo leniwe, zdyscyplinowane lub rozlazłe, lecz jako rozśpiewane lub nierozśpiewane. Bowiem w pracy terenowej, jak wspomina jej wychowanka i współpracownica***, Helena stosowała metodykę harcerską (Przed wojną „zaliczyła” funkcje harcerskie od zastępowej do komendantki Warszawskiej Chorągwi Harcerek – w stosownym umundurowaniu pokazuje Ją fotografia na winiecie) Zaś grupa rozśpiewana to taka, w której udało się wytworzyć życzliwe i serdeczne relacje wzajemne. A praktyki te, poza funkcją dydaktyczną (i formacyjną), były częścią szeroko zakrojonego programu badawczego – hydrograficznej mapy Polski. Mama, kontynuując swą pracę magisterską a później również doktorską, stworzyła na Wydz. Geografii U.W. zalążek cenionej dziś szkoły hydrograficznej.

W naszym fińskim domku nie było zwyczaju przygotowywania kolacji – szkoda było czasu na szykowanie kanapek dla dwojga rodziców i pięciorga dzieci. W spiżarce stała taca z tym co było do jedzenia i chleb schroniony przed obsychaniem w blaszanej wazie z pokrywą. Do kolacji przykrywało się stół ceratą, wystawiało tacę i chleb, deskę i ostry nóż do krojenia oraz stosowną liczbę talerzyków i sztućców. Każdy sobie krajał, smarował, nakładał. Przedłużało to kolację, ale warto było. To przy kolacji relacjonowano, co kogo dziś ciekawego spotkało. To przy kolacji dowiedziałem się co to jest gra półsłówek oraz zauroczyłem się czytanymi przez Jaśka wierszami Załuckiego. Gdy trafił się kolacyjny gość, procedura zmieniała się nieznacznie – wystawiano jeden talerzyk więcej, stąd goście, wiedząc że nie sprawiają kłopotu, zjawiali się dość często.

Nie przypominam sobie, by Mama przykładała się do mego wychowania religijnego – odpytywała mnie z paciorka czy katechizmu. Natomiast pamiętam, że pacholęciem będąc, towarzyszyłem Jej w czasie wizyty u siwiuteńkiego już ks. Jana Ziei. Po wizycie Mama, z namaszczeniem z jakim przekazuje się informacje najważniejsze, powiedziała:
– Ksiądz Jan wprowadzał mnie do Kościoła Katolickiego.

Na codzienną rodzinną kolację zaszedł nasz najstarszy brat Janek z dopiero co poślubioną Majką, która w dość egzaltowanych słowach wyrażała swe zdziwienie, iż taka katolicka rodzina, że z daleka to czuć, akceptuje rozwód tatkowej siostrzenicy. Mama, nie przerywając smarowania kromki chleba, odrzekła w tonacji codziennej a oczywistej:
– Z tego co mi wiadomo, Anka nie deklaruje się jako katoliczka.

Na strychu znalazłem jakąś dziwną książkę. Podzieliłem się tym odkryciem z Mamą.
– A, to mój szkolny egzemplarz Pisma Świętego. W zasadzie nie powinno go być w domu, bo nie ma „Imprimatur”, ale niech tam sobie leży – stwierdziła.

Od zawsze, a przynajmniej od czasu, gdy rodzice kupili pierwsze wydanie „Tysiąclatki”, Mama znajdowała chwilę czasu, aby przed wyjściem do pracy na Uniwersytecie przysiąść na tapczanie i, korzystając z wykazu drukowanego w „Tygodniku Powszechnym”, przeczytać fragmenty Pisma przypisane w liturgii na dany dzień.

W pierwszy poniedziałek po 8 marca 1968 r. mieliśmy Studium Wojskowe. Szeptanką przyszła wiadomość, że SGGW przystępuje do strajku solidarnościowego z Uniwersytetem. Pobiegłem do domu przebrać się z munduru , zjeść obiad i wygrzebać na strychu jakieś farby – bo pewnie trzeba będzie namalować jakieś plakaty. Zawiązując buty melduję, że pewnie nie wrócę na noc. Gdy się podniosłem, przy mnie stała Mama, położyła mi rękę na głowie i kciukiem nakreśliła na czole znak krzyża. Może to megalomania, ale gdy biegłem przez Pole Mokotowskie na ten strajk, miałem przed oczyma długie szeregi młodych Polaków, żegnanych i błogosławionych przez matki takim krzyżykiem.

Studium Wojskowe było instytucją służącą głównie indoktrynacji politycznej i podśmiewanie się z panów oficerów należało do dobrego tonu. Relacjonuję kiedyś Mamie jakieś durne działania dyscyplinujące naszego dowódcy kompanii. A Mama po chwili namysłu: „Słuchaj, a może on chce was czegoś nauczyć?”. I nie wiem czemu to pytanie skojarzyło mi się z faktem historycznym, że podchorążowie, inicjujący Powstanie Listopadowe, wojskowe nauki pobierali w carskiej szkole.

Nauczycielka tajnych kompletów

O tym, że Mama w czasie wojny, mając pod opieką dwoje małych dzieci i męża w niemieckiej niewoli, była czynna w tajnym nauczaniu, dowiedziałem się z rozmowy rodziców. Tata przekonywał Mamę, by zapisała się do ZBOWiD-u, gdyż jest to jedyna droga uzyskania statusu kombatanta dającego istotny dodatek emerytalny.

I jeszcze migawka z życia Mamy, która dotarła do mnie w trakcie pisania „Przekładańca”: Wakacje roku 1936 Hala spędza w Jastrzębiej Górze. Już wie, że jest matką. Stojąc na wysokim brzegu, wpatrzona w bezkres Bałtyku modli się, by dziecko które urodzi było żołnierzem Chrystusa. Ale o tym czy modlitwa ta została wysłuchana, cierpliwy czytelnik dowie się niebawem.

 

 

____________________

* Dwa epizody opisałem szerzej w „Moich Legendach”: „Mamine kochanie” oraz „Legendy Wojciecha Więckowskiego”

** W tym miejscu musiały na siebie nałożyć się Mamie dwa różne wspomnienia, bo Fryburg był w roku 1908, zaś I wydanie „Słówek” w 1913.

*** Małgorzata Gutry-Korycka w „Przeglądzie Geograficznym”, marzec 1997

 

(foto: ze zbiorów rodzinnych Autora)
_

Wojciech Więckowski
Współpracownik Podlaskiej Redakcji Seniora Białystok

_

Post Author: Redakcja Białystok

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.