Spotkanie pod starym dębem

Były późne lata osiemdziesiąte, kiedy zawędrowałam do Kleszczel. Zamieszkałam w tej miejscowości. A gdy już osiedliłam się na dobre, zaczęłam przyglądać się kulturze mieszkańców. Była ona zupełnie inna niż w mojej okolicy, nawet język był inny. Ludzie natomiast jak ludzie, zwyczajni, ze swoimi wadami i zaletami, jak wszędzie.

Kleszczele przypadły mi do gustu. Takie wesołe, małe miasteczko położone w dolinie. Jest tu rzeka, blisko puszcza, a niedaleko również granica z naszą sąsiadką, Białorusią. Żeby było weselej i ciekawiej, opiszę, w jaki sposób znalazłam się w tej miejscowości. Otóż moja druga połowa otrzymała pracę w Państwowym Ośrodku Maszynowym. Z Hajnówki trzeba by było dojeżdżać, a ja też szykowałam się do zmiany pracy, miałam pracować w innej szkole. Natomiast mieszkanie w Kleszczelach wynajęła mi i opłacała szkoła.

A było to mieszkanie, że ho, ho… Na końcu ulicy Dobrowodzkiej stał mały drewniany domek z malutkimi okienkami i, co najważniejsze, kryty słomą. Wyglądał jak chatka z bajki. Kochałam ten domek i byłam w nim bardzo szczęśliwa. Zimą było tu cieplutko jak w uchu, a latem zawsze chłodno. No i nie bolały kości.
Zdarzyło się kiedyś w niedzielę, że do mojego domu zapukali jacyś dwaj obcy panowie. Jeden z nich zapytał, czy będzie mógł narysować ten domek. Oczywiście, wyraziłam zgodę. I tak domek ten został uwieczniony na rysunkach profesora Henryka Wilka.
Kleszczele w moim życiu odegrały szczególną rolę. Wiąże się z nimi szereg anegdot i wesołych historyjek. I tak na przykład:
Kiedyś zaproszono mnie na wesele, a ja jeszcze nie potrafiłam mówić gwarą, ale już ją rozumiałam. Pracowałam w tym czasie w Szkole Podstawowej w Dubiczach Cerkiewnych. Poszliśmy na to wesele, a fajnie tam było, a wesoło. No to i potańczyłam, i pośpiewałam, a i podjadłam przepysznych specjałów. No i o stosownej porze wróciłam do domu. Wiadomo, jutro do pracy. Rano stoję na przystanku i czekam na autobus. Dwie panie opowiadają dosyć głośno o jakiejś nauczyciele ze Śląska, co to niby tak napiła się na weselu, że nic, tylko śpiewała. Po chwili do mnie dotarło, że ta pijana nauczycielka to właśnie ja. Słucham i uszom nie wierzę. Odwracam się i pytam:

– A czy wy, panie, znacie tę nauczycielkę?
– Nie –  odpowiedziała jedna z nich. – Znajete, ja ono toje czuła!
Wtedy odrzekłam:
– To wiecie, panie, tą nauczycielka jestem właśnie ja.

No, niezbyt mądre miny miały obydwie. Nie wiem, co było dalej, bo przyjechał autobus, ja wsiadłam i odjechałam, a one z głupimi minami stały dalej. Całą drogę do pracy mnie to męczyło, aż wreszcie postanowiłam nauczyć się tej fajnej, śpiewnej gwary. Wiedziałam, że mi się przyda i nie pomyliłam się.
Najbardziej odpowiadały mi kleszczelowskie wieczory, dobrzy sąsiedzi, ławeczki przydomowe i pogaduchy. Wiadomo i  poplotkowało się, i pośmiało, ale nigdy nie było to złośliwe. Latem chodziło się do puszczy na grzyby i jagody. Zimą trzymano się domu, ale bywało, że spotykano się po chatach na wieczorkach. Późną jesienią zbierano się u sąsiadów. A to kiszono kapustę, a to skubano pierze. Płynęła daleko pieśń, bo i się śpiewało. Było biedniej, ale i weselej. Nikt się nie wywyższał. Sąsiad pomagał sąsiadowi. Nie tak, jak dzisiaj.

Jak zapamiętałam Kleszczele? Ano, jako takie żywe miasteczko, gdzie zderzyło się kilka kultur: białoruska, polska, ukraińska. Kiedyś w Kleszczelach mieszkało też wielu Żydów. Z najstarszych źródeł historycznych, jakie udało mi się wyszperać, dowiedziałam się, że znajdowało się tu aż 135 karczm. Byłam zdumiona. Rozmawiałam z księdzem prawosławnym Mikołajem i dowiedziałam się, że Kleszczele były bardzo żywym i dużym miasteczkiem. Niestety, obecne nastąpiła ogromną migracja ludności w poszukiwaniu pracy i lepszego życia poza Polską.

O malowniczości Kleszczel stanowi przede wszystkim ich położenie geograficzne. Miejscowość ta leży w dolinie,  skąd drogi prowadzą do Hajnówki, Siemiatycz, Bielska Podlaskiego i na Białoruś. Otoczona jest lasami,  jakby wbudowano ją w Puszczę Białowieską. O dawnej świetności świadczą odrestaurowane domy pożydowskie i mój stary rozłożysty dąb daleko, daleko na łące.

Doskonale pamiętam spotkanych tam ludzi. Dziś są albo staruszkami, albo już dawno przeszli na tamtą stronę, a po nich pozostały tylko mogiły – medaliony. Ludzie ci potrafili jak nikt opowiadać o dawnych czasach, tych carskich, a także wojennych i powojennych. Pamiętam wiele ciekawych historii, o których można pisać i pisać.

Pamiętam moich gospodarzy, Pawła i Marysię, dwoje zwyczajnych ludzi, a jakże cudownych, ciepłych i dobrych. Ona gospodyni domowa i rolniczka. Któż nie pamięta jej ogrodów pieczołowicie pielęgnowanych. On rolnik, a także pracownik kolei. Hodował konie, a były one na schwał. Był Kubuś, koń szeroki w kłębach i była klacz Basia. Śmialiśmy się, bo ta zmyślna bestyjka uwielbiała kraść papierosy, a wynalazła je wszędzie, w każdej kieszeni.

Najbardziej kochałam czas sianokosów. Pędziłam wtedy ze szkoły jak na skrzydłach, aby tylko zdążyć na czas. Moi gospodarze mieli łąkę pod lasem. Chętnie tam bywałam. Był to dla mnie czas pracy i relaksu. Pracowaliśmy i śpiewaliśmy. Echo naszych pieśni niosło się daleko. Nieraz słuchali nas inni, bo z pieśnią dużo lżej się pracowało. Bywało, że w niedzielne popołudnie wybieraliśmy się na piknik, rozkładaliśmy koce pod rozłożystym dębem, siadaliśmy, zjadaliśmy posiłek i opowiadaliśmy różności. Zabawa była przednia.

Dziś już i drzewa nie są te same, postarzały się. Nie ma już mojej Marysi, osoby, która zawsze umiała doradzić, a jak trzeba było, to i pocieszyć. Nie ma też wesołego Pawła. Odeszli, a dąb pozostał i szumi, szumi … „Hej, ja tu jeszcze jestem”. A przecież to też już staruszek. Żyj, żyj mój kochany, jak najdłużej. Pewnie gdybyś potrafił mówić, powiedziałbyś niejedno o zawiedzionej, a może o szczęśliwej, miłości. O rozbrykanych dzieciach, które już dziś są dorosłe. A może opowiedziałbyś o zawierusze powstańczej czy tez wojennej.
I tylko słychać w szumie twoich liści:- —-Widziałem, widziałem, słyszałem, słyszałem …
Te moje cudowne Kleszczele zapewne nadal będą się zmieniały, ale przeszłość żyje we wspomnieniach. Przyjdą inni ludzie i też będą opowiadać o tej pięknej, spokojnej podlaskiej ziemi, którą ja, Orynka, zapamiętałam.

fot: pixaby.com

Irena Piwowar
Orynka

 

 

Post Author: Redakcja Białystok