SREBRO NIE ZŁOTO – prezentacja utworów laureatów V edycji

Już po raz piąty Stowarzyszenie Szukamy Polski i Podlaska Redakcja Seniora, wraz ze współorganizatorami: Książnicą Podlaską i Radiem Białystok, zaprosiła seniorów, piszących prozą lub wierszem, do wzięcia udziału w Konkursie SREBRO NIE ZŁOTO.

W tej edycji  mieliśmy dwie kategorie:  ogólną i specjalną pod nazwą „Właśnie tu”, a uczestnikami mogli być seniorzy stąd pochodzący, tworzący w naszym województwie lub związani z nim w jakiś sposób.

W tym roku wszystkie prace konkursowe opatrzone były godłami, Kapituła nie znała  nazwisk uczestników. Podczas gali poznaliśmy nie tylko uzasadnienia dotyczące przyznania nagród, ale wysłuchaliśmy też fragmentów nagrodzonych prac w wykonaniu członków jury. Na zakończenie uroczystości odbył się koncert poetycki z muzyką autorstwa i w wykonaniu Andrzeja Karolczyka (gitara i śpiew) oraz Marty Bielskiej (skrzypce). Nagrodzone w roku 2018 wiersze recytowała Dorota Sokołowska.

 


POEZJA – Kategoria ogólna


 

I miejsce
– Cezary Kadzewicz z Białegostoku za wiersz „Epilog”

Uzasadnienie Kapituły:
– Podjęcie przez autora dość trudnej formy poetyckiej, świadczy o bezspornym talencie.
Na szczególną uwagę zasługują metafory, a także puenta. Autor potrafi skupić uwagę czytelnika, ale też każe poczuć ten sam żal za straconym niefrasobliwie uczuciem.

 

Epilog

Oddalamy się od siebie,
Bezgranicznie siebie pewni,
W złości szeptach zasłuchani,
Dumni, gniewni.

Pośród tego co otacza
Nas bolesnym zapomnieniem,
Jak dwa światy w niemym filmie,
Słów milczeniem.

Plącząc ścieżki pokręcone,
Tak niedawno proste jeszcze,
Oddalamy się od siebie
Myśli deszczem.

Nienawykli do ustępstwa,
Gubiąc niegdyś ważne daty,
Oddalamy wciąż od siebie
Uczuć, światy.

Zaślepieni niemą złością,
Tłokiem myśli chromych zżarci,
Rozmieniamy się na drobne
Tak uparci.

I zamknięci w swym uporze,
Obciążeni słów brzemieniem,
Rozrzucamy w morzu złudzeń
Serc kamienie.

Tak bezwolnie osadzeni
W niepamięci, jak w żałobie
Zatapiamy się w łez lustrze,
Każde w sobie.

Czasem tylko w samotności
Śledząc przeszłość jak film dziwny
Przełykamy smutku gorycz
Tak bezsilni.

Dziś już nie wiem jak to nazwać,
Jaką myślą się posłużyć,
Aby cofnąć czasu przepaść,
Coś zrozumieć?

Co się stało z tą miłością
Która krew burzyła w żyłach,
Czy nieprawdą w uczuć rzece
Tylko była?

Cezary Kadzewicz


 

II miejsce
– Jolanta Maria Dzienis z Białegostoku za wiersz „Majowe Filippi”

Uzasadnienie Kapituły:
– Na tle majowych krajobrazów pojawia się zachęta do radości życia. Wydaje się banalna, tymczasem autor podejmuje próbę zachęcenia czytelnika, do kontemplacji życia i szczęścia. Tekst rytmiczny, łatwo wpadający w ucho.

 

 

Majowe Filippi

Powietrze Filippi pachnie jaśminami
W słonecznej ulewie roziskrzoną wonią
Jak cień chodzi za mną między ruinami
Od oczu je odpędzam spoconą dłonią

Powietrze Filippi złoci się i jarzy
Aromatem pyłków jaśminom skradzionych
Ocieram ukradkiem z rozpalonej twarzy
Kropelki zapachu, jak wiatr morski słone

Powietrze Filippi brzęczy miodną pszczołą
Wplątaną w jaśminów majowych wspomnienia
Echem wraca przekaz listu apostoła
Niech pragnienie szczęścia  nigdy się nie zmienia…

Jolanta Maria Dzienis

.


III miejsce
– Elżbieta Kasperek z Białegostoku za wiersz „Kobiety”

Uzasadnienie Kapituły:
– To nagroda za Tekst uświadamiający czytelnikowi nieuniknione. Poprzez pochylenie się nad wiekiem, starością. Poprzez wyłuskanie jej najbardziej szarych cieni, zwraca uwagę na kruchość ludzkiego istnienia. Refleksyjny, mądry wiersz.

 

 

Kobiety

Stare kobiety w zimie
chodzą ostrożnie, powoli
i z cichą godnością
Żeby nie upaść
nie wybić
nie złamać
Żeby nie popaść
w poniżenie
bo się boją, co pomyślą ci
co za firanką, zasłoną ,za górą
Co potem powiedzą znajomym,
dzieciom, rodzinie
Co zakopią w śniegu, w błocie
i pod lodem
czego zapomną, nie zrobią, przegapią
nie dojrzą
życie pomiędzy bólami jest dobre
na końcu świata, gdy cisza dzwoni
aż myśli przychodzą z oddali …
A one
mieszają zupę w tysiącach garnków
z poprzedniej epoki
i tylko czasami
są niewidoczne
gdzieś na krawędzi naszych oczu
stawiają z namysłem kroki w śniegu
gdy tak daleko od buta do ziemi.

Elżbieta Kasperek


PROZA – Kategoria ogólna


I miejsce
Janina Jakoniuk z Białegostoku za utwór „Niespodzianka”.

Uzasadnienie Kapituły:

– To nagroda za umiejętność zajmującego opowiadania o sprawach prostych – takich jak przyjaźń czy podróże, ale jednocześnie wplatania tematów, z którymi trudno sobie poradzić, takich jak zdrada, samotność, inna miłość. Bohaterka opowiadania musi mierzyć się w przyszłości z dylematem poradzenia sobie z traumą tego, co zastała we własnym łóżku. Proza napisana intrygująco i niebanalnie, z literackim zacięciem i dobrymi dialogami.

 

 

Niespodzianka

Samolot odlatywał przed północą. Miały mało czasu na to aby się spakować i dojechać do lotniska. Na szczęście mąż Beaty, zaoferował, że odwiezie je  samochodem. Międzynarodowe lotnisko Rzym-Fiumicino im. Leonarda da Vinci było oddalone od miejsca ich zamieszkania o około 30 km. Zważywszy na pośpiech w jakim się obie pakowały chętnie skorzystały z jego propozycji.
Joanna przyleciała do Rzymu na zaproszenie Beaty, która mieszkała tu już od paru lat. Wyszła za mąż za Włocha, uroczego Roberto i zamieszkała  początkowo z jego rodziną, a od roku wynajmowali oddzielne mieszkanie na  Via della Monti. Beata była malarką, ale, że z malarstwa nie da się wyżyć, nawet we Włoszech, pracowała na pełnym etacie w szkole jako nauczycielka rysunku. Roberto był informatykiem więc powodziło im się na tyle dobrze, że mogła zaprosić Joannę. Joanna bardzo się cieszyła z tego przyjazdu i wiele sobie po nim obiecywała. Przez cały tydzień włóczyły się z Beatą po wiecznym mieście, oglądały zabytki, muzea, wystawy malarskie. W przerwach zjadały coś w przytulnych  restauracyjkach, piły wino i rozmawiały, rozmawiały, rozmawiały. Czasami dołączał do nich Roberto i w trójkę świetnie się bawili. Niestety, wczoraj Beata odebrała telefon od siostry z Warszawy i wszystko się skończyło.  Jej młodsza siostra dzwoniła z informacją, że ich mama miała  atak serca i jest w szpitalu.  Beata po rozmowie z Roberto  natychmiast postanowiła lecieć. Kłopot zrobił się natomiast z gościem. Wprawdzie obydwoje proponowali Joannie pozostanie, a nawet Roberto oferował, że weźmie parę dni wolnego i będzie służył za przewodnika, ale Joanna odmówiła. Beacie powiedziała szczerze, że nie zostanie z jej mężem sama, bo „ nie chce kusić licha”.W związku z tym musiała przebukować bilet powrotny. I tu okazało się, że nie jest to wcale takie proste. Na szczęście Roberto dokonał cudu. Udało mu się nie tylko zakupić bilet Beacie na następny dzień, ale także zmienić termin powrotu Joanny na ten sam dzień co bilet Beaty.  Leciały więc do Warszawy obie.

Na lotnisku Joanna zaopatrzyła się w upominki siostrze i siostrzenicy. Swemu partnerowi Zbyszkowi, kupiła prezent już wcześniej, piękny pulower. Kosztował dużo, ale był bardzo elegancki. Siostrze kupiła perfumy, a Zuzi, siostrzenicy, śliczną sukieneczkę.

Po odprawie paszportowej i kontroli bagażu przyjaciółki odnalazły swoją bramkę i mając jeszcze prawie godzinę do wejścia na pokład, postanowiły wypić kawę i coś przekąsić przed lotem.

– W Warszawie będziemy grubo po północy – odezwała się Beata, pałaszując sałatkę jarzynową.
– Czy Zbyszek po ciebie wyjedzie na lotnisko?
– Och, nie będę go obciążać tym problemem. Wezmę taksówkę. On tak ciężko pracuje, rano musi iść do pracy… niech śpi. Zresztą nie zadzwoniłam do niego i nie poinformowałam, że wracam wcześniej. Miałam to zrobić teraz, ale chyba się rozmyśliłam. Zrobię mu niespodziankę!
– No, no!  – zaśmiała się Beata.
– A wiesz, ja mam jeszcze jedną niespodziankę dla Zbyszka. Powiem ci, bo nie mogłabym wytrzymać, żeby się z tobą tą sensacją nie podzielić. Jakoś w domu przy Roberto i w tym zamieszaniu z pakowaniem nie było okazji…
-Łał! Zamieniam się w słuch! – Beata przerwała jedzenie i czekała.
– Wiesz, jakoś ostatnio opóźniał mi się okres…
– Oho! Dawaj dalej!
– No i przedwczoraj wstąpiłam do apteki. Kupiłam testy …
– Nie gadaj! I co? Jesteś??? – Beata z wrażenia aż wstała z krzesła.
– No właśnie… jestem.
– O ja cie! Joaśka! Będziesz mamą! Ale , ale, a co z tatusiem? Nie pytam, czy to Zbyszek, bo na pewno!  Ale przecież nie macie ślubu!
– Myślę, że to nie będzie problemem. Dotychczas nie nalegałam na zalegalizowanie związku, bo było mi tak dobrze, ale teraz trzeba będzie to zmienić. Chyba.
– I co? Nie dzwonisz do ojca swego dziecka?
– Myślę, że tę nowinę lepiej będzie powiedzieć osobiście. Przypuszczam, że się ucieszy, no bo swoje lata już mamy, to kiedy jak nie teraz? A i jakaś stabilizacja już jest…
– Super! Ale nowina! Nie zapomnij zaprosić mnie na matkę chrzestną!
Joanna obiecała Beacie, że oczywiście, będzie matką chrzestną i obie pogrążyły się w rozmowie. Tymczasem zaczęto przyjmować pasażerów na pokład samolotu. Niestety,  miejsca miały daleko od siebie, nie mogły więc kontynuować swojej rozmowy. Całą podróż rozmyślała jak to zaskoczy Zbyszka, kiedy mu powie i jak on zareaguje na tę rewelację. Byli ze sobą już ponad rok. Najpierw tylko się przyjaźnili. Poznali się na jakiejś imprezie u jej znajomych. Impreza była drętwa i Joanna nudziła się, dopóki nie przysiadł się do niej Zbyszek. Okazało się, że mają podobne zainteresowania, podobne poglądy i bardzo ciekawie im się rozmawiało. Po imprezie, zachował się jak dżentelmen i odwiózł taksówką do domu. Wymienili się telefonami. Na drugi dzień  zadzwonił, aby się dowiedzieć, czy wszystko jest ok. Podobało jej się, że jest taki opiekuńczy i zaprosiła go na kawę do swego domu. Przyszedł z kwiatami. To też jej się spodobało. Ale pomimo ciekawie prowadzonych rozmów, nie zauważyła, aby ją „podrywał”. Po prostu fajnie się rozmawiało. Umawiali się najpierw dość rzadko. Wolał  spotykać się w jej mieszkaniu, a ona nie miała nic przeciwko temu. Zawsze też przygotowywała coś smacznego do przegryzienia. Czasami przynosił wino, ale zawsze był „taki dobrze ułożony”. Nie wykorzystywał sytuacji i nie starał się zaciągnąć jej do łóżka. Nawet to ją trochę dziwiło. – Widocznie nie za bardzo mu się podobam – myślała. A on podobał jej się coraz bardziej.  Z biegiem czasu bardziej się do siebie zbliżyli. Kilka razy pozostał u niej na noc, a od paru miesięcy przeprowadził się do niej i mieszkali już razem. Był trochę dziwny, ale tłumaczyła to sobie jego nieśmiałością. Nigdy przez ten okres się nie kłócili. Nawet przedstawiła go swoim rodzicom, co wywołało u niego zażenowanie. Ojciec Joanny, czynny zawodowo nadinspektor policji, nie byłby ojcem, gdyby nie zasięgnął od razu informacji o „człowieku”. Ale nie znalazł nic, co byłoby podejrzane i zagrażałoby córce.  Bardzo jej się też podobało, że Zbyszek nie zwraca uwagi na jej koleżanki, które robiły do niego słodkie miny. Koleżanki zazdrościły, że taki przystojny i „nie do ugryzienia”, a ona pęczniała z dumy. A teraz układała sobie w głowie, jak to będzie: praca, ciąża no i ślub. Ani się obejrzała, kiedy podano komunikat, że samolot podchodził do lądowania. Spojrzała na zegarek. Była godzina druga piętnaście, a jeszcze przejście przez kontrolę paszportową, odbiór bagażu… więc jeśli uda jej się dotrzeć do domu będzie pewnie koło czwartej.

Po załatwieniu wszystkich tych spraw, dziewczyny pożegnały się czule, obiecując sobie, że będą w kontakcie i udały się każda w swoją stronę. Po Beatę przyjechał szwagier i czekał już na nią w sali przylotów. Proponował Joannie podwiezienie, ale ona podziękowała, nie chcąc robić kłopotu i poszła na postój taxi.

Taksówka podjechała niemal pod same drzwi  jej bloku. Taksówkarz był miły i wniósł jej bagaż aż do windy. Mieszkała na drugim piętrze. Cichutko, żeby nie zbudzić Zbyszka otworzyła kluczem drzwi i zapaliła boczne światło w przedpokoju. Postawiła walizę pod ścianą i zdziwiła się widząc na wieszaku jakąś obcą kurtkę i dodatkową parę męskich butów. – Czyżbyśmy mieli gościa? – pomyślała i ostrożnie uchyliła drzwi do sypialni. To co zobaczyła, zupełnie ją zamurowało. W jej łóżku spał Zbyszek, a przytulona do niego jakaś druga osoba. Nie wiedziała co ma zrobić? Stała i patrzyła. W głowie jak błyskawice kłębiły się myśli. -No nie! Nie daruję mu tego! – Weszła energicznie do sypialni,  zapaliła światło i zawołała:
– Zbyszek! Co to ma znaczyć? Jak mogłeś!!! – Zbyszek otworzył oczy, ale zaraz zamknął, bo raziło go światło, natomiast tą drugą osobą okazał się  na oko dwudziestoparoletni mężczyzna, który usiadł na łóżku i zawołał:
– Zibi! Co jest grane? Co to za baba? I skąd się tu wzięła?
Joannę jakby ktoś dźgnął szpikulcem w serce.
– To moje mieszkanie! Wynoście się stąd! Natychmiast! Obaj! Daję wam 5 minut na ubranie się!
– A potem co zrobisz, paniuńciu? – bezczelnie odezwał się obcy. Zbyszek, jakby do niego dopiero dotarło co się stało, usiadł na łóżku i zdziwiony patrzył na Joannę. Po chwili, chyba oprzytomniał, bo się odezwał skruszonym głosem:
– Aśku, ja ci to wszystko wytłumaczę… uspokój się tylko.
– Co to za jedna? – pytał obcy.
– To moja dziewczyna … niestety.
– Co takiego? Dziewczyna? W co ty pogrywasz stary?
– Pięć minut! – krzyknęła Joanna i wyszła do kuchni. Wyciągnęła komórkę i zadzwoniła do ojca. Odebrał dość szybko, widocznie już  nie spał.
-Tato! Przepraszam, że cię budzę, ale w moim mieszkaniu jest dwóch facetów i to gołych. Przyjedź, proszę, bo nie wiem czy dam sobie radę…
– Joanna? A to ty już wróciłaś? Co za faceci? A gdzie Zbyszek?
– Właśnie Zbyszek i jakiś drugi.
– Zaraz tam kogoś poślę i sam też przyjadę,  spokojnie Malutka.
Ojciec rozłączył się, a  Joanna stała w tej kuchni w płaszczu i z rozdartym sercem, nie wiedząc co ma dalej zrobić. Panowie tymczasem szukając swojej garderoby kłócili się szeptem. Zdecydowała, że nie zechce już więcej widzieć Zbyszka. Weszła do przedpokoju, zdjęła z wieszaka klucze do mieszkania swoje i te z których on dotychczas korzystał i wsunęła je do kieszeni płaszcza. Zbyszek tymczasem już ubrany próbował nawiązać z nią rozmowę.
– Asiu, ja wiem, że jesteś na mnie zła, chciałem ci o tym powiedzieć, ale jakoś nie mogłem…
– Zejdź mi z oczu! Brzydzę się tobą! Nie może mi się w głowie pomieścić, że byłam taka ślepa!!! Wynoście się!
– Ale gdzie ja mam iść w nocy…? dlaczego nie zadzwoniłaś, że wracasz…?
Joannę wzięła taka złość, że jeszcze ją obwinia, że  chwyciła stojącą na stole szklankę i cisnęła nią  w  Zbyszka. Ten uchylił się i szklanka rozprysła się na podłodze.
– Ty draniu! Ty kłamco! Ty…! – zabrakło jej słów. Na szczęście ciszę nocną przerwał sygnał samochodu policyjnego. Po paru minutach rozległo się stukanie do drzwi. Zbyszek i jego partner zdębieli, przy czym ten drugi okazał się bardziej rezolutny.
– Zibi!? Kto tam jeszcze?- ale Joanna już otworzyła drzwi i do mieszkania wpadło czterech zamaskowanych policjantów. O nic nie pytając, błyskawicznie założyli delikwentom kajdanki i siłą wypchnęli z mieszkania. Zbyszek nie odezwał się ani słowem, za to jego kolega szarpał się i wyzywał Joannę i wszystkich pozostałych. W tym momencie wszedł do mieszkania ojciec. Ogarnął spojrzeniem mieszkanie i Joannę, której dopiero teraz „puściły nerwy” i odezwał się do policjantów:
– Wsadźcie ich na razie do aresztu, zaraz tam przyjadę. – A do Zbyszka rzucił wrogo:
– A z tobą to sobie porozmawiamy!
Zbyszek skulił się jak zbity pies. Jego kolega natomiast próbował się bronić krzycząc, że oni są niewinni, nic nie zrobili… itp. Policjanci wyprowadzili aresztowanych do samochodu, a ojciec zajął się płaczącą Joanną.
– Cicho córuniu! Ciii…opowiedz mi teraz wszystko po kolei.- podsunął Joannie krzesło. Sam również usiadł. Joanna nie mogła się opanować. Płakała, a on głaskał ją po głowie i czekał.
– Mam nadzieję, że nic ci złego nie zrobili?- zapytał widząc, że córka jest jeszcze w płaszczu.
– Och! Tato! Jak on mógł? A ja mu tak wierzyłam … i byłam taka szczęśliwa… – Joanna na nowo zaniosła się płaczem.
– No ale ja muszę mieć jakieś podstawy do aresztowania… rozumiesz chyba. Zdrada, to za mało…
– Za mało? To powiem ci więcej tato! Ja jestem z tym …. w ciąży… to co ja mam teraz zrobić…?
– O! k…! No to ładny pasztet! – zawołał. – Dobra. Ty odpocznij, prześpij się, a ja sobie „pogadam z zięciem”.
– Chyba nie zasnę, zresztą gdzie? W tym samym łóżku? Och! Tato! Jaka ja byłam głupia, że nic nie zauważyłam wcześniej…
– Nie martw się! Coś wymyślimy!- Ojciec wstał, pocałował ją w czubek głowy i wyszedł.
Joanna zdjęła w końcu płaszcz i usiadła w fotelu. Nie miała siły aby cokolwiek zrobić. W tym momencie zadzwonił  nastawiony przez Zbyszka budzik. To ją trochę otrzeźwiło.

– Co za pech! I co ja teraz mam począć z tą „niespodzianką”? A gdyby  nie ojciec? Co byłoby dalej? Jak poradziłabym sobie z tą „parą”? Aż boję się o tym myśleć! Dobrze, że mam oparcie w ojcu. Jakoś dam sobie  radę… Ludzie mają gorsze nieszczęścia… – pomyślała i rozpłakała się na nowo.

Janina Jakoniuk

 


 

II miejsce
– Krzysztof Broda z Białegostoku  za utwory „Codzienność” i „Strych”

Uzasadnienie Kapituły:

– Za odważne poruszanie trudnej tematyki, skupianie się na detalach życia, które niszczą bądź budują egzystencję. Za umiejętne opisywanie świata z perspektywy „zbieracza śmietnikowego” jak i fanatyka muzyki. Dobre pisarstwo włada czytelnikiem, który kończąc lekturę – żałuje, że musi rozstać się i z bohaterami i z pisarzem. W tym przypadku –bardzo chce się wiedzieć, co było dalej. Gratulujemy i niecierpliwie czekamy na więcej!

 

 

Codzienność

Szedł chodnikiem wzdłuż bloku, w którym mieszkał. Szedł dobrze znaną sobie drogą do miejsca, które wzbudzało w nim odrazę. Szedł do śmietnika – miejsca, gdzie znajdował mnóstwo niepotrzebnych już nikomu rzeczy, a które dla niego stawały się często bardzo cenne. Już dawno przestał czuć do siebie pogardę za to, co robił. Grzebanie w pojemnikach traktował jako źródło drobnego dochodu, jako uzupełnienie niezwykle skromnego budżetu domowego. Często spotykał takich samych, jak on „śmietnikowych zbieraczy”. Nigdy
z nikim nie zagadał, nie spytał jak leci, choć miał świadomość, że każdy z nich skrywa jakąś tajemnicę, ma jakąś swoją opowieść, jakąś historię, czasami tragedię. Nie chciał jej poznawać, chciał być i był sam. 

„Gdzieś obok…”

Dziś ponownie szedł do biura, w którym przepracował tyle lat. Nie był tu już parę miesięcy. Przestał tu pracować, od kiedy lekarz stwierdził, że traci wzrok w lewym oku za przyczyną chorego nerwu wzrokowego, co kwalifikowało go do renty inwalidzkiej. Ubrał się odświętnie, w rękach niósł nieodłączną skórzaną teczkę, a w niej drugie śniadanie. a w niej drugie śniadanie. Był wściekły, nie znosił  takich imprez, ale wiedział, że czekają na niego. Dostał kwiaty, kubek z przykrywką i śmieszny zegar z kukułką, który miał odmierzać mu nowy, inny czas. Obdarzyli go też mnóstwem nic nie znaczących, kurtuazyjnych słów i garścią wymyślnych życzeń.

Wychodząc na ulicę poczuł się bardzo zmęczony i samotny. Zrezygnował z autobusu, postanowił iść piechotą. Przecież nigdzie się już nie spieszył. Mijał znajome miejsca i nieznajomych ludzi. Wszyscy, których kochał, znał, którzy byli mu bliscy, znikali z jego życia, jak śnieg znika pod wpływem pierwszych wiosennych promieni słońca.  Szedł przed siebie, nie wiedząc po co, dokąd i co spotka u celu…  

  „Nadzieja”

I znów się spóźniał. Oczekiwanie na znajomy samochód, którym jak co miesiąc przyjeżdżała renta. Pieniądze, które dawały mu odrobinę normalności w jego życiu. Renta nie była wysoka. Po zrobieniu opłat i wykupieniu leków zostawało nie więcej niż 600 złotych na życie. Nagle u wylotu ulicy ujrzał znajome auto. Listonosz był jedynym człowiekiem,
z którym co miesiąc zamieniał kilka zdań.
– Przepraszam za spóźnienie, samochód mi nie chciał odpalić, stary już – rzekł listonosz na powitanie, sięgając do torby. – Dziś 1126 złotych panie Marku, była podwyżka, 21 złotych miesięcznie z wyrównaniem od września – dorzucił, odliczając pieniądze.

– No to poszaleję – odrzekł z gorzkim uśmiechem, chowając starannie banknoty. – Dzięki i do zobaczenia za miesiąc – rzekł, podając dłoń na pożegnanie. Czując uścisk męskiej ręki i  słysząc przyjacielskie: „Do zobaczenia panie Marku, niech się pan trzyma!”, poczuł ukłucie żalu, że… Tak dawno nie słyszał swojego imienia, wypowiadanego przez kogoś. Teraz wróci do zimnego, pustego mieszkania, w którym nikt na niego nie czeka. 

„Samotność”

Nigdy nie znosił pogrzebów. Żartował nawet, że na swój też się nie wybiera. Nie cierpiał słuchać tych słów o zmarłym, tych śpiewów i modlitw, tych wszystkich ludzi poubieranych na czarno, którzy przyszli na cmentarz często z ciekawości, a ich rozpacz jest wyłącznie na pokaz. 

Dziś żegnał Marię – swoją ukochaną żonę. Kobietę swojego życia, z którą przeżył tyle szczęśliwych lat. Ostatnie dwanaście była przykuta chorobą do łóżka, cierpiąca i obolała. Jej śmierć przyniosła im ulgę – jej w cierpieniu, jemu w trosce o nią. Szedł za trumną, rozmyślając o swojej przyszłości, o tym, jak teraz będzie wyglądał jego świat, jak da sobie radę bez Niej? Dziś został sam jak palec. 

„Nikt, czy ktoś?”

– Cześć Marek, czy to ty? – usłyszał nagle. Wcisnął głowę w poły zniszczonej kurtki, chcąc się zapaść pod ziemię. Był ubrany jak co dzień, idąc do „swojej pracy” – postrzępione dżinsy, poplamiona kurtka i czapka z pomponem. Pachniał starym, skwaśniałym, cieknącym ze starych puszek piwem.
– Cześć stary – wydusił z siebie, poznając kumpla sprzed wielu lat.
– Marek, co porabiasz? Jak ci leci ?- rzucił, zaciekawiony wyglądem kumpla.
– Ano żyję jakoś… Jestem na rencie. Trochę dorabiam tu i tam – odpowiedział, nie mogąc ukryć zakłopotania.
–  Może walniemy po piwku? Ty, co tak wyglądasz, jakbyś wyszedł ze śmietnika?- spytał ponownie, taksując ubiór spotkanego.
– Nie piję od lat – cukrzyca. Trochę śmierdzę i tak wyglądam, bo grzebię w śmieciach, muszę z czegoś żyć.
– Żartujesz? No tak… Może w czymś ci pomóc ?- spytał niepewnie, nie oczekując odpowiedzi. – Dobra, to na razie. Jakby co, to dawaj znać – dorzucił pospiesznie i nie podając dłoni odszedł. Ktoś…

„Dylemat”

Jak co ranek wyruszył na „obchód” znaną trasą – od śmietnika do śmietnika, koło ławek, gdzie wieczorami odbywają się młodzieżowe spotkania przy piwku. Gdy miał dobry dzień, zbierał około 100 puszek, co dawało jakieś 15 – 16 złotych zarobku. Pieniądze te wydawał na wzbogacenie dziennej racji żywności. Najczęściej była to przeceniona wędlina i owoce (uwielbiał te zupełnie brązowe banany).
Pogoda była „pod zdechłym Azorkiem” – zimno i siąpił drobny deszczyk, a przecież był dopiero koniec września. Zebrał już prawie pół torby na kółkach puszek.
– Będzie dzisiaj niezły zbiór – pomyślał. Wśród śmieci dostrzegł czarną reklamówkę z krzykliwym zagranicznym napisem, wykonanym w jaskrawych kolorach. Leżała przysypana resztkami jedzenia i strzępkami jakiegoś ilustrowanego pisma. Wyciągnął ją przy pomocy swojego „pogrzebacza” (jego własny wynalazek, żeby nie trzeba było „nurkować” do pojemnika). Była dość ciężka. Zajrzał do środka i oniemiał z wrażenia. W środku było kilka paczek sklejonych taśmą banknotów stu i dwustu złotowych! Na oko było tego kilkanaście paczek.
– O Jezu! – jęknął. Zamknął oczy i znów otworzył. – To musi być jakiś cholerny majątek!- pomyślał i rozejrzał się niepewnie wokoło. Nic się wyjątkowego nie działo. Przejechał jakiś samochód, ktoś prowadził dziecko do pobliskiego przedszkola, grupka chłopaków spieszyła się, zapewne spóźniona do szkoły, nic niezwykłego.
Wrzucił reklamówkę do torby. Sięgnął do kieszeni kurtki, gdzie w papierośnicy, która była prezentem od żony, schował na specjalne okazje kilka papierosów (nałóg pozostał, jak wspomnienie dawnych czasów i dowód, że stać go jeszcze na drobne szaleństwo). Zapalił.  Zaciągnął się ostrym dymem papierosowym, którego kłęby wypuścił przez nos. Głęboko się zamyślił…
Kompletnie nie wiedział co ma zrobić. Odnieść na policję, ukryć znalezisko, a może dać ogłoszenie? Pieniądze kusiły, ale rozsądek nakazywał co innego. Szedł wolno w stronę domu, ciągnąc wózek z dzisiejszym „urobkiem”, który wydawał mu się jakoś szczególnie ciężki. Nagle przystanął. Sięgnął znów po papierosa. Zaciągnął się dymem i z ulgą stwierdził, że już wie, co ma zrobić. Już wiedział…

 

STRYCH

Jest w naszym mieście miejsce niezwykłe, o którym marzy niejeden meloman. Zwykły strych w zabytkowym domu na jednej z głównych ulic, na który ktoś zakochany
w muzyce przeniósł kawałek muzycznego Chicago. To miejsce jawi się jako prawdziwy bluesowy pub.
Przed wejściem szyld – fruwająca gitara, która intryguje i zachęca do wejścia. Już za progiem ogarnia przybysza wszechobecna muzyka – monotonny puls czarnego bluesa, ostre dźwięki metalowego rocka lub spokojne, ciepłe folkowe frazy. Idąc krętymi schodami na piętro mija się ściany pokryte plakatami zapowiadającymi przyszłe koncerty. Strych wita przytulnym mrokiem, lekko rozświetlanym nastrojową grą świateł. Z boku sowicie zaopatrzony bar,  zdobny w najprawdziwsze gitary i przeróżne inne instrumenty.
Na ścianach, jak w galerii obrazów, wiszą portrety muzyków, największych
z wielkich. Wśród plejady gwiazd można znaleźć zdjęcia genialnego mańkuta Jimiego, zamordowanego przez fanatyka beatlesa Johna, wirtuoza gitary Joe Bonamassy, Slowhand Erica, ojca polskiego bluesa Tadeusza Nalepy, czy wreszcie białostockiej legendy „Skiby” Skibińskiego, a także wielu, wielu innych dawnych i współczesnych mistrzów. Obok sław zdjęcia i autografy znanych, mniej znanych i zupełnie nieznanych gości, którzy występowali na malutkiej, klubowej scenie.

*

Siedział, jak zahipnotyzowany. Nigdy nie sądził, że z elektrycznej gitary można wydobyć tak niesamowite dźwięki. Instrument w rękach artysty „malował” kolejne obrazy
i muzyczne pejzaże. Jej brzmienie, raz rzewne pełne nostalgii i zadumy, za chwilę zmieniało się w chichot ucieszny i radosny, by po chwili znów popaść w nastrój uroczysty
i pompatyczny. Ale na scenie stał przecież absolutny mistrz i niezwykły wirtuoz!  Kolejne frazy budowały się w cudowny nastrój utworu. Gitara najpierw zabrzmiała jak harfa swym śpiewnym, głębokim tonem, by za chwilę strzelać ostrymi, przeszywającymi dźwiękami, na podobieństwo kul karabinowych. Finał koncertu, to cudowna melodia zbudowana na kilku prostych akordach i rytmie pulsującym jak serce, gasnącym stopniowo, jak światła na scenie… 

Z odrętwienia wyrwała go burza oklasków i niezwykły, wręcz histeryczny aplauz publiczności. Ludzie gwizdali, krzyczeli, bili brawo, tupali nogami, uderzali dłońmi w oparcia siedzeń – wybuchło istne piekielne szaleństwo.
– Muszę kiedyś tak zagrać, muszę, muszę –  składał sobie w myślach deklarację, bijąc brawo tak mocno, że aż dłonie stały się czerwone i piekły jak poparzone.  

Wyszedł z koncertu jak zahipnotyzowany. Od tej chwili o niczym innym nie potrafił myśleć ani o niczym innym marzyć…

*

Siedział  wciśnięty w najciemniejszy kąt. Zamówił piwo, choć wcale nie miał na nie ochoty. Chciał powstrzymać drżenie dłoni. Miał nadzieję, że zimna szklanka da ukojenie. Siedział samotny i czuł się bardzo samotny… Nikt nie zwracał na niego żadnej uwagi. Rozbawiony, lekko podchmielony tłumek kłębił się wokół baru. 

Swój skarb zamknięty w czarnym futerale postawił koło krzesła. Nie spuszczał z niego wzroku. W pubie panował radosny gwar wyczekujących na dzisiejsze jam session, czyli wspólne, radosne muzykowanie wszystkich chętnych i potrafiących zagrać na jakimkolwiek  instrumencie. On też cierpliwie czekał na chwilę, o której marzył od lat. 

Może to będzie dzisiaj?- jego głowę świdrowała ta natrętna myśl.  

Pociągnął łyk piwa. Było gorzkawe i lekko kwaśne. Na niewielkiej klubowej scenie rozpoczęło się bluesowe jam session. Zespół, który rozpoczął muzyczną zabawę zapraszał kolejnych muzyków do wspólnego muzykowania.

Nagle zabrzmiało cudowne „Rock my baby”. Gitarzysta grał  motyw przewodni
z dużą biegłością i bluesowym luzem. Poszczególne frazy przeboju splatał
z cudownie falującym  rytmem utworu, co doprowadziło do „rozkołysania” słuchaczy. Ci szybko podchwycili proste słowa i cudowna muzyczna zabawa trwała w nieskończoność, przy akompaniamencie bluesowych improwizacji. Utwór zakończył się aplauzem i radosnym entuzjazmem słuchaczy. On zaś słuchał i patrzył zachwycony i sparaliżowany tym, co widział
i słyszał. Czekał na swoją chwilę, na swoje pięć minut, o czym marzył od wielu dni. Słuchał
i czekał…

*

… i nareszcie przyszedł ten dzień – 18 urodziny! Czuł się dorosły, czuł, że cały świat leży u jego stóp. Nareszcie będzie mógł wszystko…

 Przy stole siedziała cała rodzina. Brakowało tylko stryjka, ale on zawsze się spóźniał, nawet na Wigilię, śluby czy pogrzeby. Na niego czekał najbardziej. Brat ojca, będąc bezdzietnym  kawalerem darzył go prawdziwą miłością i przyjaźnią. Co roku dostawał od niego niezwykłe prezenty. Raz był to prawdziwy indiański łuk ze strzałami, przywieziony przez znajomego z USA, innym razem klatka z chomikiem, czy prawdziwa kolarska wyścigówka.
– Co wymyśli tym razem?- myślał, pochłaniając kolejny kawałek urodzinowego tortu.
Z zadumy wyrwał go dzwonek do drzwi. W przedpokoju prawie zderzył się z gościem, który trzymał pod pachą wielkie tekturowe pudło, starannie zawinięte w kolorowy papier.
– Słyszałem, że w tym domu jest jakiś solenizant, który z dzieciaka staje się mężczyzną -zażartował zdejmując kurtkę. – W dodatku podobno nieźle radzi sobie z grą na gitarze. Czy to aby prawda?
– To chyba o mnie chodzi wujaszku! – odrzekł zaciekawiony pakunkiem.
– Jeśli tak, to proszę. Coś, co powinno ucieszyć przyszłą rokową gwiazdę –  rzekł z uśmiechem, wręczając mu pudło.
Nerwowo rozerwał papier, uchylił wieko. W pudełku leżała nowiutka, biało –czerwona, najprawdziwsza gitara Fender Stratocaster Plus Deluxe. Instrument, o jakim marzył od lat!
Drżącymi rękoma sięgnął po instrument. Nie mogąc wydusić z siebie słowa podzięki, wziął gitarę i zagrał dobrze znany mu motyw utworu, który tak bardzo zmienił jego życie. Po policzku spłynęła mu łza radości…  

*
Przez moment zapomniał, gdzie jest. Kolejne solo perkusisty przywróciło mu świadomość. Niezwykle szybkie tremolo werblowe przykuwało uwagę słuchaczy, którzy właśnie pojawili się na sali. Przybyło też kilkoro nowych słuchaczy. Zaczęło się robić trochę tłoczno. Narastał gwar rozmów, a nad nim dominował dźwięk bluesowych fraz.
Nagle… Nie miał wątpliwości, że to TEN właśnie utwór! To była chwila, na którą czekał cierpliwie tak wiele minut. Sięgnął po futerał. Trzasnęły zamki i delikatnie, z jakąś niezwykłą miłością i pieszczotą sięgnął po swój czerwono-biały instrument. Zarzucił pasek na ramię i ruszył ku scenie. Nie musiał się przeciskać, gdyż każdy nowy, biorący udział w jam session muzyk budził zainteresowanie i ciekawość słuchaczy. Natychmiast utworzyli oni ścieżkę do przejścia. Dotarłszy do sceny ujrzał przyjazne i zapraszające gesty muzyków.  Zespół przerwał na moment grę, dając czas na podłączenie nowego instrumentu. Chwila na trzy próbne akordy i kiwnął głową, że jest gotów. 

Usłyszał odgłos pałeczek perkusisty, który nabił rytm i tempo utworu. Zagrał pierwsze dźwięki. Najpierw trochę bojaźliwie i ostrożnie. Z każdą kolejna frazą swobodniej
i z niezwykłą precyzją.  Jego Fender cudownie „zaśpiewał” motyw przewodni znanego utworu. Słuchacze zamarli z wrażenia. Niejednemu wydało się, że Mistrz wstał z grobu
i zaszczycił wszystkich swą obecnością. On dalej grał, jak natchniony. Środkowa część utworu, to ponad pięciominutowa improwizacja, którą budował w sposób zachwycający. Każda nuta była starannie wypieszczona. Jego palce z dużą prędkością i niezwykłą precyzją wędrowały po gryfie. Słuchacze mieli wrażenie, że za chwilę rozżarzone struny zaczną dymić. Dobrnął do końca. W czasie gdy brzmiał ostatni akord, otarł pot, który zalewał mu twarz.
Na sali zapanowała tak niespotykana w tym miejscu cisza, którą nagle przerwał trzask wyłącznika gitary. Jego gitary. Ruszył do stolika. I nagle – wybuch entuzjazmu zgromadzonych słuchaczy. Cały strych zadrżał. Ludzie bili brawo, coś krzyczeli podnieceni, tupali… W pewnym momencie chaos wrzasku przerodził się w jednostajne i rytmiczne: „Je-szcze-jeden! Je-szcze-jeden!”
On nie zwracał już na to uwagi. Był rozgrzany, spocony, zmęczony i niezwykle szczęśliwy. Dla tej jednej chwili warto było mozolnie ćwiczyć aż do krwi, aż do bólu opuszków palców. Wrócił do stolika. Zapakował swój skarb i wśród entuzjazmu, ale
i zdziwienia, niezatrzymywany przez nikogo wyszedł na ulicę. Owiał go ożywczy, wieczorny chłód. Roztrącił grupkę palaczy stojących pod fruwającą gitarą-szyldem i poszedł przed siebie, otulony mrokiem  nocy. Miasto zapadało w sen…

Krzysztof Broda


III miejsce
Jadwiga Zgliszewska z Białegostoku za utwór „Kukułka”

Uzasadnienie Kapituły:

– Historia inspirowana prawdziwymi zdarzeniami i bohaterką, która istniała naprawdę. Nagradzamy za umiejętność spojrzenia z dystansu na sprawę burzliwego życia Klary, psychologicznego wytłumaczenia jej romansów, a przede wszystkim, że autorowi (autorce?) udało się także zrobić z tej historii literacką opowieść z przesłaniem, że zawsze jesteśmy obserwowani przez innych ludzi

 

Kukułka
(Historia prawdziwa)

 

Była przeciętnym wiejskim dzieckiem, nie wyróżniającym się niczym spośród grona rówieśników. Drobna blondyneczka o chłopięcej fryzurce z grzywką, w granatowym fartuszku z białym kołnierzykiem, jak i pozostali uczniowie. Nauka szła jej opornie. Zdaje się, że w podstawówce repetowała jedną czy nawet dwie klasy. Żyli z rodziną w wydzielonej, dobudowanej części chałupki krytej słomianą strzechą – jeden pokój dla rodziców i dwójki dzieci, jej i brata. Młodsza siostra urodziła się wtedy, gdy już zamieszkali w nowym domu, niespełna dekadę później.

Nadali jej rzadkie i trochę ekstrawaganckie imię: Klara. Niektórzy we wsi nigdy o takim nawet nie słyszeli. Wkrótce – nie wiedzieć czemu – stało się ono synonimem nie tyle dla dziewczynki, co dla… jej matki! Ta rzeczywiście wyróżniała się z okolicznego tłumu. Błyskotki, apaszki, wisiorki i korale, kapelusiki, falbanki i feeria barw. Eleganckie buciki zawsze na najwyższym obcasie, nienaturalnie wyprostowana sylwetka i buńczucznie podniesiona głowa z trwałą ondulacją. Odnosiło się wrażenie, że ta kobietka o niewielkim wzroście ma o sobie nadmiernie wysokie mniemanie. Jak i lekką pogardę dla młodych kobiet, swoich rówieśnic, w szaro-burych płaszczach, pantoflach na płaskiej podeszwie i chustkach na głowach. One wszystkie jak spod matrycy, a jedynie ona taka krucha, w barwne piórka przebrana i przyciągająca uwagę. A że ogół nie lubi inności, bardzo szybko stała się obiektem kpinek, ironii, niewybrednych żarcików, ploteczek.  I… faktyczną nosicielką imienia swojej pierworodnej córeczki, przysposobionego w sposób zupełnie niezamierzony. Bo to odtąd matkę właśnie na długie lata „ochrzczono” Klarką. I pod tym imieniem znała ją cała okolica. Niektórzy po latach bardzo się dziwili odkrywając, że tak naprawdę nosi imię zupełnie inne. Chociaż w swojej wsi była po prostu Antosiową i to sąsiadom wystarczało. 

Klara-matka, czy raczej Zofia – jak nazywała się zgodnie z metryką – dbała o czystość i porządek, opiekowała się dziećmi, służyła wręcz mężowi. Była u niego pod przysłowiowym pantoflem. Mąż, początkowo zakochany, stopniowo zaczął „czepiać się” o wszystko. Była szybka i obrotna we wszelkich pracach polowych, więc chętnie wynajmowaną ją na zarobek przy każdej robocie. A mimo to nie cieszyła się powszechnym szacunkiem i nie znalazła należnego uznania w społeczności wiejskich gospodyń. Bo była inna? Na pewno tak! Czy jej zazdrościły? Raczej nie. Uważały za niegodną ich towarzystwa. Choć spotkania w różnych okolicznościach były nieuniknione, z Zośką jakoś nikt się nie liczył. No bo pomimo dziwactw w ubiorze, ta nie znała się na zegarku, nie pamiętała dat urodzin własnych dzieci, a nawet nie potrafiła… liczyć pieniędzy! Po prostu miała wyraźne braki w zakresie intelektu, a do tego jakąś skazę osobowości. Ale to nie o niej ta opowieść, lecz o jej pierworodnej córce. 

Klara „właściwa” –  czyli ta młodsza, córka – coraz bardziej nie radziła sobie z nauką. Jakby na przekór umysłowi, znacznie wyprzedzał go przedwczesny  rozwój biologiczny. W jej głowie krążyły jakieś myśli zgoła niedziecięce. Już jako dziesięciolatka raczyła gromadki dzieci, również nastoletnich, swymi opowiastkami mocno podbarwionymi  erotyzmem. Fantazjowała. Dzieciaki słuchały tych jej historyjek z otwartymi buziami i lekkim niedowierzaniem. Kilka lat później rozsiewała wieści, że przespała się ze swoim nauczycielem! Częściowo nawet temu wierzono, bo nauczyciel młody i samotny, a uczennica nad wyraz rozwinięta. Kipiała wręcz seksapilem, ubierała się wyzywająco i nieustannie prowokowała płeć męską. Nikt jednak nie mógł do końca wierzyć „głupiej Klarci”. To i owo docierało do jej rodziców, a wówczas ojciec przemienił się w surowego Cerbera. Pilnował swojej pierworodnej, by nawet za furtkę nie wyszła, zamykając tę na kłódkę. Nigdy nie pozwalał córce pójść na zabawę taneczną, nawet w swojej wsi. Dlatego Klara, gdy raz na jakiś czas się spod kurateli ojca wyrwała, przechodziła samą siebie. Panowało może trochę przesadzone przekonanie, że jeśli tylko jakiś chłopak chciał, to ją miał…

Opóźniony start do szkoły ponadpodstawowej, jakiejś zawodówki, połączony z wyjazdem do dużego miasta, staje się początkiem wielkiej wolności Klary. Tu nikt nie może jej kontrolować, a przede wszystkim – raczej żadne wieści o jej prowadzeniu się nie dotrą do apodyktycznego ojca. Klarcia od początku zachłystuje się długo wyczekiwaną swobodą. Jest nad wyraz dojrzała, potrafi być zalotna, umie eksponować swoje kobiecie walory i… wabić! Amatorów oczywiście nie brakuje, ale są to „uliczni” zalotnicy. Jeden z ówczesnych znajomych powiedział, że do lasu mieli ją wozić rzekomo „wszyscy taryfiarze z postoju”. Choć trudno oczywiście to zweryfikować.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Oto do wsi przedarła się wieść, że Klara jest w ciąży! Czy ona sama wiedziała z kim? Trudno powiedzieć. Wiadomo tylko, kto się z nią wtedy ochoczo ożenił. Bardzo przyzwoity i atrakcyjny mężczyzna, mądry i… kształcony! Do tego jeszcze świadom faktu, że Klarunia nosi bynajmniej nie jego dziecko. Nie pomagają rozmowy ze wspólnymi znajomymi. Waldek jest tak zakochany, że przyjmuje Klarę z wielkim brzuchem i jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, że zgodziła się go poślubić. Pozorna idylla trwa kilka lat. W tym czasie szybko przychodzi na świat nieślubny syn, potem jeszcze dwie córeczki – kobieta więc już po trzykroć zostaje mamą. Odwiedza rodzinę, babcia i dziadek cieszą się wnukami, wszystko zdaje się wracać do normy. Niestety, nie dla Klary! Zdradza męża od dawna. Wychodzi na przykład z dzieckiem do znajomych, gdzie je pozostawia pod byle pretekstem i ulatnia się na randki z innymi. Oszukuje małżonka na wszystkie możliwe sposoby, jakie tylko w jej głowie mogą się zrodzić. W międzyczasie przeżywa dramat, umiera jej najmłodsza, kilkumiesięczna córeczka. Może z bólu po stracie rzuca się w wir następnych romansów? 

Kolejny to ten z mężczyzną, który jest w wieku jej rodziców. Klara nie omieszka tego za każdym razem podkreślać, uznając być może ów związek za jakiś rodzaj nobilitacji. Cezary – to dla niego pozostawia męża i dzieci. Dwójka kilkulatków zostaje tylko z ojcem, choć dla starszego chłopca ojcem biologicznym on nie jest. Po jakimś czasie Waldek wiąże się również z kobietą, by wspólnie tworzyć rodzinę dla dzieci z ich poprzednich małżeństw. Wychowują je wzorcowo. Dzieci Klary i Waldka mają trochę szczęścia, bo dorastają w normalnej rodzinnej atmosferze. Kończą studia, wkraczają w dorosłe życie. Było – minęło. Patrząc z boku, można by ten etap uznać za zamknięty. Inna sprawa to ich ówczesne samopoczucie oraz jak się później osobowościowo ukształtowały. Ale przecież to nie o nich, ale o ich matce opowieść.

Ze starszym partnerem Klarka pozostaje w związku bezdzietnym. Poświęca się pielęgnowaniu jego chorej matki inwalidki oraz prowadzeniu domu. Pracuje ciężko, ale nie narzeka. Jednak – podobnie jak i poprzedniemu – nie jest mu wierna. Zawsze musi mieć kogoś w odwodzie. Spotyka się więc i teraz z innymi. Ona musi to robić! Całe życie dowartościowuje się w taki sposób. Ale po śmierci matki Cezarego kończy się ich związek. Czyżby potrzebował tylko młodej, energicznej dziewczyny do zajmowania się matką? Być może. Choć… przecież z innych jej „walorów” też korzystał!

Tymczasem Klara zakochuje się kolejny raz. Teraz, jakby dla odmiany, w kawalerze o całą dekadę młodszym od siebie. Janek także świata poza nią nie widzi. Ani jej oczywistych defektów w sferze umysłu, ani zachowań, ani jakichkolwiek innych wad. Cóż, miłość jest naprawdę ślepa. Dość szybko pobierają się i równie prędko przychodzą na świat ich dwie córeczki, jedna po drugiej. O swoich dzieciach z pierwszego małżeństwa kobieta zdaje się w ogóle nie pamiętać. Jeszcze tylko babcia usiłuje jakoś złapać kontakt, ale jest to niezwykle trudne i niebawem całkiem wygasa. Klarusia oddaje się córkom z najnowszego związku. To dorodne dziewczynki, lecz coraz częściej zaniedbywane. Czasem nie mają nawet kromki chleba… Znajomi trochę pomagają, litując się nad dziećmi. Kobiety i jej zachowania zaczynają mieć na serio dość! Zresztą po kilku latach ją i dzieci zostawia młody mąż. Odchodzi do innej. Klara rzuca się w wir życia w szemranym towarzystwie. Już nie tylko w swoim mieście. Jeździ z dziewczynkami do bliższej i dalszej rodziny, żeby chociaż nakarmić je i siebie. Alkoholem też nie pogardzi, choć nigdy nie stała się pijaczką. Dzieci są skazane na przebywanie i nocowanie wśród obcych ludzi. Aż pewnego razu pozostawia córki w pijackiej melinie i… ulatnia się! Znika jak kamień w wodę. Ktoś z sąsiedztwa w małomiasteczkowej społeczności dostrzega dramat kilkuletnich dziewczynek. Sprawa dociera do miejscowego ośrodka pomocy społecznej. Dzieci zostają natychmiast zabrane z tego niechlubnego przybytku. Dokąd? Tego nie wie nikt. Najpewniej do jakiegoś ośrodka opiekuńczego. Może zostały adoptowane? A jeśli, to czy obie trafiły do jednej rodziny i miały szansę wychowywać się razem? Pytania pozostają otwarte. A dziewczyny są już dorosłe. Chyba nie pamiętają swoich biologicznych rodziców. Wszystkim znajomym jest ich wielki żal.

Po porzuceniu – w dwu różnych „gniazdach” – czwórki swoich dzieci, Klara-kukułka błąka się po szerokim świecie. Powraca do panieńskiego nazwiska. Chodzą słuchy, że mieszka w stolicy z jakimś bogatym starszym panem. Wciąż się ukrywa, bo jest poszukiwana w związku z nieuregulowaną sytuacją córek z ostatniego związku. Po latach sprawa przycicha. Mam nadzieję, że ta wyrodna matka została pozbawiona praw rodzicielskich, co zwiększyłoby szansę dziewczynek na adopcję.

 W swojej najbliższej rodzinie kobieta pojawia się na pogrzebie zmarłego nagle ojca. Zdumienie jest wielkie, bo przyjeżdża… z kolejnym mężem i synkiem! Nie wiadomo nawet, czy ktokolwiek z bliskich wiedział coś o tym wcześniej. Jak na nią przystało, nawet pogrzeb wykorzystuje, by „się pokazać” w swojej rodzinnej wsi. Paraduje ulicą, odwiedza znajomych, chwali się obecnym mężem i rocznym Romusiem. Zdaje się, że ułożyła sobie życie. W pewnym sensie tak i jest, choć i z tym mężem rozstaje się po paru kolejnych latach. Zmienia miejsca zamieszkania. Za pieniądze z niewielkiego spadku po ojcu kupuje nawet mały drewniany domek na wsi. Pracuje dorywczo, w tym – u rolników. Nie mieszka tam jednak dłużej. Dziś żyje w jednym z niewielkich miast powiatowych. Porzuciła wielkomiejskość. Jest z mężczyzną i prawdopodobnie pozostaje z nim w związku małżeńskim, bo znów zmieniła nazwisko. Ma przy sobie jedynego, najmłodszego syna, kilkunastolatka. Więcej dzieci nie będzie, bo Klara dobiega sześćdziesiątki. Urodziła ich aż sześcioro, porzucając jak kukułcze jaja. Jedno zostawiła. Czy Romek wie, że ma rodzeństwo?

            Klara… Kobieta dziwna, kobieta piękna, ponętna, z niesamowitym seksapilem – obiekt pożądania wielu mężczyzn. I głęboko nieszczęśliwa, nie potrafiąca stworzyć trwałych więzi ani dłużej wytrwać w żadnej relacji. Postać niezwykle barwna, toteż i łatwo o niej pisać. Choć zapewne głośno nigdy by się do tego nie przyznała, przegrała życie. Nikt z rodziny się dziś doń nie przyznaje – ani żyjąca matka, ani rodzeństwo. O czwórce porzuconych i zapomnianych dzieci nie wspominając. Znajomi zamykają przed nią drzwi. A przecież była królową, przynajmniej we własnym mniemaniu. Tak upadają królowe! Piękności? Naiwności? Czy zwyczajnie – własnej lekkomyślności i głupoty? A może tylko po prostu jest ofiarą tego, że nie potrafiła naprawdę kochać?

 Jadwiga Zgliszewska

 


POEZJA – kategoria specjalna „Właśnie tu”


I miejsce

– Jolanta Maria Dzienis z Białegostoku  za wiersze „A ta moja ziemia…” i „Targ w Tykocinie”.

Uzasadnienie Kapituły:

– Wiersze, które  wprowadzają w atmosferę ziemi podlaskiej tak barwnie i skutecznie, że czytelnik zdecydowany jest odwiedzić ten region i, idąc tropem autora, zakochać się w nim.  Każdy wers jest dowodem na fascynację urodą i wdziękiem Podlasia. Zgrabnie opisany folklor, a także krajobrazy.

 

A ta moja ziemia…

Po ziemi podlaskiej trzeba chodzić boso
Dłońmi muskać chmury wplątane we włosy
Łowić woń powietrza w nozdrza rozszerzone
Pieśni rzewne śpiewać z miłości zrodzone

Nad podlaską ziemią marzenia szybują
Razem z motylami baśń o życiu snując
Z pszczołami zbierają pyłek pracowicie
Z maków rozsypanych w chlebodajnym życie

Na ziemi podlaskiej szumią bujne puszcze
I rwące strumienie niepokornie pluszczą
Na łąkach złociście plenią się nawłocie
Wśród których żab szuka laskonogi bociek

I tę moją ziemię obdarzyłam szczerze
Uczuciem, jakiego nie potrafię zmierzyć
Za nią dzięki składam w modlitwach do Boga
Wszędzie, gdzie mnie wiedzie życia kręta droga

Targ w Tykocinie

Na targ do Tykocina dzisiaj się wybrałam
I ani przez chwilę nie pożałowałam!
Porcelanę kupiłam, niech się chińska schowa,
Piękną jak malowanie, uwierzcie w me słowa.

Potem dzbanek do wina ochoczo nabyłam,
I antałek do piwa też, jak już tam byłam!
Do kwaszenia ogórków garniec też mnie skusił,
Będą takie przepyszne, jak te od mamusi.

Doniczka wiklinowa w rowerek zaklęta,
Świątki, diabełki, lalki, przeróżne zwierzęta,
Koszyczek na owoce i na zakupy kosz,
Oj, przydałby się do wydania dodatkowy grosz!

Gliniane dwojaczki, misy wypalane,
Kupuję jak szalona, oszczędność mam za nic,
I nabyłabym jeszcze różnych rzeczy z tysiąc,
Bo było w czym wybierać, mogę wam to przysiąc,

Lecz fletni usłyszałam kojącą muzykę,
Jakby ktoś chciał przywołać swoją Eurydykę,
Potem łódką po Narwi rejs krótki odbyłam,
A wszystko dzięki temu, że na targu byłam!

Jolanta Maria Dzienis


 

II miejsce 

– Marek Górynowicz z Kleosina za wiersze „Dawidowicze” i „Supraśl”

Uzasadnienie Kapituły:

Nostalgiczne, miło snujące się wspomnienia, do chwil zapomnianych, oddalonych w czasie.  Zręcznie użyte metafory, oraz wyjątkowy, osobisty stosunek autora do wspomnień, nastrajają, i pozwalają na podróż wstecz. Zadowalające jest też zachowanie poprawności stylistycznej, a także zgodności treści z tematem.

 

 

Dawidowicze

Został tylko stary zegar
opuszczony przez zlepki kukułki
pajęcza nić na srebrnej ikonie
zimny piec mrokiem płonący
sztuczne kwiaty co dawno przekwitły

Został obraz z przodkami rodziny
mętne lustro bez blasku odbicia
kartki wspomnień w słonej zalewie
kilka wierszy gromnica i Biblia

Biały obrus tęskniący za chlebem
rzędy cieni samotnych aniołów
skrawek okna pływający w kroplach
deszczu pustki padającej ciszy

Supraśl

w słodyczy herbacianej
zima dzwoni mrozem
na modlitwę sobotnią
Hospodi pomiłuj

w klasztornych ścianach
ikony czytają wiersze
samotnym by odkryli świat na nowo
zagubionym ku przestrodze

w gromadce poszarzałych łabędzi
idziemy zamarzniętą rzeką
na drugą stronę
na chwilę
ogrzać się młodością

w ciszy ulic kocie łapki
uciekają do nieba
na mlecznej drodze
memłają różowe języczki

Marek Górynowicz


III miejsce

– Bożena Klimaszewska z Obuchowizny za wiersze „Szymborskiej” i „Historia zwykłych ludzi”

Uzasadnienie Kapituły:
Pełne wdzięku, sentymentalne wspomnienie Noblistki, uznać należy za godne. Obok zaś – historia zwykłych ludzi – zachęca do refleksji nad własnym życiem. Poetycka forma wydaje się być jedyną z możliwych, celnie opisującą blaski i cienie ludzkiej egzystencji. Teksty zadowalająco poprawne. Budzą zadumę i nostalgię.

 

 

 

Szymborskiej

Szymborską – bez obrazy
Czytam na „klopie”
Co prawda Ona dawno już
W niebie na urlopie

Zapewne dziurę wierci
W brzuchu Pana Boga
W jakiej to postaci
Zejdzie znów na ziemię
Lub na czyich nogach

Czy będzie tylko listkiem
Drżącym na wietrze
Żuczkiem w czarnym garniturze
Jaszczurką która zgrabnie
Wspina się po murze

A może dym puści z papierosa
Pióro zatknie we włosach
Nie zostanie kurą domową
Bo w głowie znów ma poezję
I to całkiem nową

Historia zwykłych ludzi

W przyszłości ktoś
Wyrzuci nasze fotografie
Nie będzie się głowił
Nad naszą historią
Bezmyślnie
Zgniecie nasze twarze
Oderwie nam dłonie
To ostateczna śmierć
Koniec
Chociaż niepamięć ludzka
Jest gorsza
Nam nic już nie zaszkodzi
My wciąż
Uśmiechnięci i młodzi
Parami trafimy do kosza

Bożena Klimaszewska


PROZA – kategoria specjalna „Właśnie tu”


Halinka Bohuta-Stąpel

I miejsce

Halinka Bohuta-Stąpel z Wilkanowa – za utwór „Raport z wojenki ludzko-ludzkiej”
Uzasadnienie Kapituły:
To bardzo ciekawe spojrzenie na historię z perspektywy rzeki. Nagradzamy za reportersko-literackie przypomnienie czasu wojny, jakiego doświadczali tutejsi mieszkańcy, wraz z zapamiętanym językiem obydwu najeźdźców. Za zbliżenie tragicznej i wielkiej wojny do losów zwyczajnych ludzi mieszkających nad Narwią i Supraślą. Za szczerość opisu, a przede wszystkim zachowanie w pamięci wspomnień wiązanych z tamtym czasem. Wojna, dzięki tej opowieści, jest realnym konfliktem, który nie tylko może zdarzyć się każdego dnia, ale też dosięgnąć każdego z nas.

Raport z wojenki ludzko-ludzkiej

         Gdyby nie to, że opisane tu sytuacje naprawdę wydarzyły się podczas ostatniej wojny, to treść opowiadania mogłaby uchodzić za ckliwy banał

                                                                         1/3

 Nurt Narwi nie jest narowisty, a i wpadająca do niej Supraśl jest leniwa i obojętna na wszystko .

Wlecze się szarą wstęgą między łąkami i nic jej nie obchodzi, co wyprawiają dwunogie istoty depczące trawę po obu jej  brzegach. A depczą ją stopami bosymi albo stopami uzbrojonymi w żołnierskie buciory. Albo stopami owiniętymi burą onucą.

Jeszcze podczas pierwszych dni tego lata młodzież wiejska i chmara dzieciaków mąciły nurt rzeki beztroską kąpielą i pluskaniem, za nic mając dochodzące od wschodu pomrukiwania dział i trwają-cą kolejne lato okupacyjną rzeczywistość. Ale ostatnie wieczory i ranki są inne, cisza przysiada nad brzegiem Supraśli jak wiejska szeptucha i zda się zaklinać rzeczywistość, lecz spłoszona umyka jak bezradny znachor, który widzi, że nie zdoła rozprawić się z tym cyklicznie nawracającym choróbs-kiem, jakim zawsze była i jakim zawsze będzie wojna.
Rosjanie przegonili Niemców na zachodni brzeg, a sami rozłożyli się na wschodnim. Obie strony respektują nocną ciszę, a i pobliska wioska też szykuje się do snu, płytkiego snu, nerwowego snu, mąconego troską o jutro. Lipcowy dzień pachnie zbożem, a noc dławi się spóźnionym jaśminem i wczesną lipą, które także, jak i ta leniwa rzeka, za nic mają okupacyjną rzeczywistość i ich kwiet-na biel zda się nie dostrzegać bezsensu ludzkich poczynań. A ludzkie poczynania zawierają się w trzasku krótkich rozkazów – nie strzelać, czekać.
Na zachodnim brzegu obowiązuje karne :
Jawohl! , a na wschodnim  posłuszne: Tak, toczno!

Ludziska z wioski nie boją się Rosjan, bo i mowa ich jakaś taka prawie swoja, choć  i na Niemców nie narzekali, bo obyło się bez gwałtów i przemocy, tylko kwatery trzeba było im dać, no i zapew-nić żarcie. Aliuta  musiała wyszykować najlepszą izbę dla tego ich dowódcy, ale gorzej było z jedzeniem, bo to przednówek, zboże stoi w słońcu i pokornie czeka na sierpniową rzeź, a zapasy zeszłorocznej mąki kończą się, więc jedyne dostępne pożywienie to mleko albo maślanka. Bo taki Niemiec to ani spojrzy na zalewajkę na lebiodzie. Ten dowódca  przysłał najpierw swojego adiutanta, żeby ten załatwił wszystko z zakwaterowaniem i wyżywieniem.

A ten adiutant to ma gębę jakby nie nordycką. Rozsiadł się na ławie i uważnie obserwuje krząta-ninę obu kobiet, jak ciekawski, młody buldog.
Aliuta do matki:
Mamu, a gdzie poszewki z bawełny, bo jak te lniane go w dupę pogryzą, to jeszcze nas gotowi rozwalić…
Olga zaciska usta i wyciąga ze skrzyni białą bawełnianą pościel.
Na!
Aliuta wymienia siano, energicznymi kuksańcami upycha je równomiernie w brzuszysku siennika.
– A może będzie maślankę jadł? Czort jewo podieri… – ni to pyta, ni to głośno myśli.
– A bo ja wiem? Toż oni chyba nie nauczone kuszat’ takie nasze frykasy! A my, ot co,  kartoszki nagotujem, maślanką polejem
ot i wsio!
Olga ledwie tłumi irytację.

                                                                 2/3     

– A będzie taki jeden z drugim chciał to jeść?
– w głosie Aliuty pobrzmiewa nie tyle troska, co skrywany strach. – Hmm,
kartofli i maślanka…
No i wtedy odzywa się ten adiutant.
– Maszlanka i Kartoffeln to topsi, to baldzo, baldzo topsi! Tak jeść, jeść – a potem srać!
Aliuta prycha śmiechem, Olga posyła jej grom karcącego spojrzenia, a ten Niemiec o wyglądzie młodego, poczciwego buldoga leci dalej:
– Ja byla ze Szlonsk, verstehen? Ja ze Szlonsk, moja Mutter byla polska!
I dalej do Aliuty:
– Ty moja Schwester, a ten Krieg to baldzo, baldzo żle
Aliuta ta aż poczerwieniała, ma ochotę przywalić rondlem w jego kanciasty łeb.
– A nasz sobaka jest twoja “szwester”, szkopie, a nie ja – mruczy pod nosem, ale tak, żeby to tylko Olga usłyszała, a nie ta szkopska małpa.
No a potem Niemcy poszli sobie za rzekę, a przyszli ruskie. A ci to nawet rosół z lebiody jedli i nie narzekali. No, może z tym “poszli”, to trochę nie tak – Rosjanie katiuszami przegonili Niemców, ale wioskę wzięli bokiem, chałupy stoją nienaruszone, nawet odłamkami nie draśnięte. A teraz jedni i drudzy siedzą po obu stronach rzeki już trzeci dzień. Jednych od drugich oddziela tylko  wstęga sinawej rzeki i jak cisza wieczorna zapada, to ruskie słyszą brzęk niemieckich menażek. A kolację przynoszą im w dwojakach wioskowe dzieciaki. Aliuta prowadzi ich całą chmarę i tylko palec do ust ściągniętych w ciup przykłada, nakazując ciszę, bo choć Niemcy podczas “gościny” w wiosce nikogo nie skrzywdzili, to jednak to wredne szkopy. A siedzą tak blisko, choć za rzeką, zaledwie na odległość strzału.

Ruskie chłepcą rosół z lebiody, zapijają maślanką. Ot, zakurit’ chocziet sia.. Ale nie lzia, ogniki papierosów mogłyby sprowokować Niemców, choć to wieczór. A wieczorem poprzedzającym poranny atak dowódcy  rozdzielają po ćwiartce wódki na łebka. Zawsze wieczorem, zawsze po kolacji, nawet po bardzo postnej. I tak jest w każdej armii. Bo kto by na trzeźwo strzelał do ludzi, których wcześniej na oczy nigdy nie widział…
Aliuta zbiera pospiesznie dwojaki, bo tego wieczoru wóda idzie w obieg. Cieszą się nią tylko młodziki, co to prochu jeszcze nie wąchali, ci bardziej doświadczeni nalewają ją do blaszanych kubków i piją z ciężkim westchnieniem, atmosfera zaczyna nasiąkać wonią podłego alkoholu, rozlewanego po stakanczikam. I wtedy zza rzeki, z jej zachodniego brzegu, dochodzi do ruskich zawołanie w  ich języku, ale wykrzyczane twardo, z obcym akcentem:

Wanka, Wanka, daj zakuryt!

Ruscy już sobie golnęli, Aliuta  wie, że lepiej jest teraz niepostrzeżenie się ulotnić, ale niemiecka zaczepka skierowana do Rosjan tak ją zaskakuje, że przygarnąwszy do siebie gromadkę dzieciarni zatrzymuje się i ciekawie nadstawia ucha.
Szmerek i chichoty poszły po ruskich okopach. No to teraz kolej na Rosjan:
Hans, Hans, bitte rauchen!
I tu rechot podchmielonych mężczyzn okopanych na wschodnim brzegu Supraśli.

                                                                        3/3

Mija kilka sekund i Aliuta z przerażeniem dostrzega lecący w kierunku ruskich stanowisk niewielki przedmiot. Granat! – pierwsze, co jej przychodzi na myśl, więc instynktownie kuli się i usiłuje objąć ramionami całą gromadkę zaskoczonych dzieciaków.                                                           

Ale to nie granat, Rosjanie rozpakowują “przesyłkę” – papierosy. W ładnym pudełku, pachnące, zawinięte w mocny papier, całość dociążona niewielkim polnym kamykiem. No to Rosjanie owijają papierem garść machorki i wraz z kamykiem przerzucają na zachodni brzeg, a potem śpiewają rzewnie,  na kilka głosów, zaciągając się “trofiejnymi” papierosami:

                               “Wieczernij zwon, wiczernij zwon,

                                 kak mnoga dum zawodit on…”

A nad ranem rozpętuje się piekło. Front walk przewalający się to na jedną to na drugą stronę rzeki nie oszczędza wioski. Ludzie chowają się do piwnic, ziemianek – gdzie kto może, a dźwięk moź-dzierzy rżnie powietrze na strzępy, przy wtórze rechotu erkaemów.
Aliuta i Olga razem z innymi babami uciekły do chałupy Bondarczuka, bo ta jest podpiwniczona. 

I ta cudza piwnica zdaje się być bezpieczniejszym schronieniem przed świstem kul niż ich własny dom, dość solidny dom, nie jakaś tam  piatistienka. Ludzie stłoczeni w piwnicy oświetlonej tylko nikłym ognikiem świeczek trwają w milczeniu, przerywanym czasem westchnieniami: “Hospodi, pomiłuj” lub “Boże ty mój” w zależności od tego, czy ktoś chodzi do cerkwi, czy do kościoła.
A jak wreszcie wszystko ucichło i  jak cisza znów podeszła pod próg i ludzie zaczęli przeła-zić do izby przez właz umieszczony w podłodze, to oczom ich ukazał się dziwny widok. W izbie tej, na dwu jej krańcach, pod ścianami, siedzi dwóch przerażonych chłopców, takich coś około osiemnastki. Obaj są ranni, bo krew nasączyła lewy rękaw jednego, a ten drugi podwinął nogę aż pod brodę i, ściskając ją, usiłuje zatamować krwotok. Obaj mają na sobie strzępy mundurów. Dwóch bardzo różnych mundurów. Dwóch wrogich sobie mundurów. I tylko te mundury ich różnią – chłopcy są tej samej postury, wzrostu, obaj jasnowłosi, obaj niebieskoocy, obaj dziecięco przerażeni.

Anu, Aliuta, ruskiego trzeba opatrzyć – decyduje stary Bondarczuk.

Dziewczyna rozejrzawszy się pobieżnie dookoła i nie znalazłszy niczego, co mogłoby sprawdzić się jako bandaż, oddziera kawałek dołu swojej kretonowej sukienki i opatruje ranę na ramieniu Rosja- nina. Niemiec patrzy na nią błagalnie, ale stary Bondarczuk spluwa na podłogę:

– A szkopowi soli sypnąć na ranę, ot co!

Po ludziach wyłażących z piwnicy idzie szmerek, ale Aliuta urywa drugi strzępek sukienki, podcho-dzi do Niemca i opatruje go tak samo dokładnie, jak tamtego.

– Zabrać im giwery, nichaj idut k‘ jebieni matieri, do swoich !– stary Bondarczuk podnosi z podłogi broń, odrzuconą na bok przez obu chłopaków.
– Ot, ty durak – Olga puka się w czoło. – Toż jak oni  wrócą do swoich bez tych swoich „cacków”, to czapa!

Bondarczuk marszczy brew, skrobie się w poorane zmarszczkami czoło, ale Olga już człapie do niego i nadstawia fartuch.
Anu, dawaj! – dyryguje stanowczym głosem, bo stanowczy jest charakter poleskich bab.
Bondarczuk posłusznie opróżnia magazynek pepeszy i mauzera, naboje sypią się na podołek Olgi niczym ołowiana fasola, kobieta aż przysiada pod ich ciężarem.
Anu paszli, czort was padieri! – warczy stary, rzucając rozładowaną broń pod nogi młodzików. 

Chłopcy, ucapiwszy giwery, rzucają się w zarośla za domem jak wypuszczone z klatki króliki. Kuśtykając umykają każdy w swoją stronę.

Halinka Bohuta-Stąpel


II mejsce

Agnieszka Ruczaj z Białegostoku za utwór „18 grudnia Roku Pańskiego 2019”.

Uzasadnienie Kapituły:
Ból po starcie nie da się zmierzyć, a pustki nigdy nic nie wypełnia. Z tematem straty najbliższej osoby mierzyli się najwięksi i zwyczajni ludzie. Już sam tytuł, który przenosi nas w czasie w nieznaną jeszcze przyszłość i pokazuje, że bez względu na upływ dni – nic się nie zmienia.
Nagradzamy za prostotę opowieści o tym, jak boli utrata babci. Za głębokie przeżycie, przynależne każdemu człowiekowi, który rozstaje się z bliską osobą. I za formę, która – będąc listem pisanym do babci – zbliża czytelnika do najszczerszego bólu”

 

18 grudnia roku Pańskiego 2019

Kartka z pamiętnika odnosi się zwykle do wydarzeń przeszłych, prawda? Bo po co ktoś, jakkolwiek nawet obdarzony niezwykłą fantazją i poczuciem humoru, miałby opisywać dzień, który jeszcze nie nadszedł. Cóż… Zaczyna mieć to sens chyba dopiero wówczas, kiedy człowiek uświadomi sobie, że taka data może nigdy nie pojawić się w jego osobistym kalendarzu odmierzanym uderzeniami serca. Bo dzisiaj jestem – a jutro? Tego nie wiem. Nie mogę być pewna nawet kolejnej sekundy. A co dopiero dnia za kilka miesięcy…

Kalendarz w Twoim domu zatrzymał się w październiku 2017 roku. Wtedy trafiłaś do szpitala i nie było komu zrywać kolejnych kartek. A przecież dawniej codziennie to robiłaś, starannie czytając proponowane przez autora przepisy kulinarne, porady dotyczące zdrowia oraz aforyzmy. Dziwiłaś się, dlaczego inni tego nie studiują… Bo przecież każdy nowy wschód Słońca to szansa na to, by się czegoś dowiedzieć. Kolejna strona wyrwana z tej przedziwnej książeczki będącej zbiorem kolejnych dni, tworzących coraz to nowe tygodnie i lata, kryje w sobie mądrość. Z jakiego więc powodu tak niewielu przywiązuje do tego wagę? Pewnie wydaje im się, że mają jeszcze czas. Że zdążą jeszcze przeczytać te wszystkie zapisane drobnym drukiem karteczki. O, jak złudna to nadzieja! Ty dobrze o tym wiedziałaś.

Od pewnego czasu miałam świadomość tego, że niedługo może Cię zabraknąć. Czy się z tym pogodziłam, czy się przygotowałam? Nie. Na to zawsze jest zbyt wcześnie. Choć ludzie, próbując znaleźć słowa pocieszenia, mówią, że dożyłaś pięknego wieku. Tak. Ale czy to ma zmniejszyć ból…? I czy w ogóle powinno? Gdybym miała zażyć środek znieczulający, który pozwoliłby mi nie cierpieć, gdy odeszłaś, nie zrobiłabym tego. To nie byłoby w porządku wobec Ciebie. Tyle długich lat poświęciłaś, żeby świat przyjął obecny kształt (tak, każdy ma na to wpływ). A ja miałabym tak po prostu zapomnieć o Tobie jak o jakimś marnym filmie – zaraz po literach końcowych? Nie. Tylko wątpliwej jakości sztukę można zepchnąć gdzieś w otchłanie nieświadomości. Twoje życie było poematem. Takich dzieł się nie zapomina.

Powtarzałaś zawsze, chyba za jakimś kaznodzieją, że życie się nie kończy, ale zmienia. Co to dla Ciebie oznaczało? Wierzyłaś, że Tam – w krainie, gdzie nie ma jutra, a cała przeszłość i przyszłość staje się teraźniejszością – czeka na Ciebie Dobry Bóg. Że trafisz do świata, w którym nie ma już cierpienia i kłótni. Gdzie nie ma bólu, jaki naznaczył krzyżem wiele lat Twojego życia. Bo On jest Miłością i przytula do Swojego miłosiernego łona tych, co mu ufają. Mam nadzieję, że tak się stało.

Ale po przekroczeniu przez Ciebie tego progu, dokładnie 18 grudnia 2017 roku, nie tylko Twoje życie się zmieniło. Teraz nic nie jest już takie samo. Dom wypełnia pustka i obcy chłód. Nie słyszę już, jak od rana śpiewasz kolejne zwrotki piosenek z lat młodości (choć wierzę, że teraz Tam słychać Twój śpiew…). Może jeszcze kiedyś będzie nam dane zaśpiewać razem.

Czasem jeszcze z Tobą rozmawiam. Myślę, że cieszyłabyś się z moich sukcesów, dlatego Ci o nich mówię. Myślę, że na mnie patrzysz, opiekujesz się mną i nie przestajesz kochać. Tak bym chciała się z Tobą spotkać… Nie musieć przeżywać już kolejnych takich świąt – tak pustych, a jednocześnie wypełnionych po brzegi. Ale żalem i bólem. Jest grudzień, dwa lata po Twojej śmierci. Cały ten bożonarodzeniowy klimat, choinki i dźwięk kolęd już od dawna mi towarzyszą. Ale ja wcale nie chcę z nimi obcować. Stoję gdzieś pośrodku tego przedświątecznego zgiełku w poczuciu, że nikt mnie nie rozumie. Bo przecież mówią, że to czas radości… A ja po raz kolejny mierzę się z nicością. Bo nie ma ludzi niezastąpionych, wiesz? Gdy ktoś odchodzi pozostawia po sobie przestrzeń, która nie nosi w sobie nawet najmniejszego znamienia jakiejkolwiek obecności. Skoro nie ma tam absolutnie nic, to dlaczego tak boli? Czy niebyt może zadawać rany? Najwidoczniej może, choć wszyscy tak bardzo chcielibyśmy, by tak nie było.

Kiedyś śpiewałaś mi na dobranoc: „Śpij, dziecinko moja mała, czas na Ciebie już. Ja Cię będę kołysała, a Ty oczka zmruż. Ja Cię będę kołysała, a Ty oczka zmruż…”. Żałuję, że nie zdążyłam nauczyć się wszystkich zwrotek… Mam nadzieję, że Tam będę miała na to szansę. Nie chcę już więcej zasypiać bez kołysanki.

Agnieszka Ruczaj



III miejsce

– Regina Świtoń z Knyszyna  za utwór „Nad Błękitną Tonią”

 Uzasadnienie Kapituły:
Ładny, literacki opis wojny buduje tu narrację opowieści z perspektywy córki. Wielka historia dosięga zwyczajnych ludzi, łamie ich życia, zmienia bieg normalnych zdarzeń,  wykoleja codzienność, nie pozwala żyć normalnie, spokojnie – w cieniu „błękitnej toni”. Literacka opowieść o stracie i nigdy nie zatartym bólu, a także nostalgiczne wspomnienie ojca, którego spotkać można już tylko we wspomnieniach. Nagradzamy za poruszające serce przeżycie wojenne, jakiego mogliśmy doznać, czytając ten tekst.

                                                                

Nad ,,Błękitną Tonią”

Na dwukołowym ,,pegazie” mknę do krainy stawów. Droga jak wstęga zadymiona jasnością południa, nasyca aromatem lipowym. W mgliście liliowej dali pięknieje panorama miasteczka. Przede mną zwierciadło ,,Błękitnej Toni”. Obłoki odbijają twarze w tafli wód, pióropusze łabędzi donośnym furkotem rozbijają ciszę. Zdaje się, że za chwilę w fanfarach pobliskich drzew zaskrzypią schody i ujrzę pogodną twarz staruszka. Uśmiechnie się i powie:

,,Tego się nie da opisać jak bardzo kochało się pierwszy, najważniejszy w życiu dom.

Dusza wrastała w przestrzeń Podlaskiej Ziemi i nasycała się nią do syta”.

Dziś nie ma tu białego dworku ani ogródka uśmiechniętego pachnącą rezedą.

Wtopiona w locus amoenus pod sędziwym klonem przysiadam.

Zdaje się, że z szeptem wiatru w symfonii trzcinowiska, snuje się opowieść o tamtych ludziach.

Była druga połowa października 1939 roku, kiedy młody Adaś wrócił do rodzinnego domu. Nie zdążył wziąć udziału w wojnie z Niemcami. Miał za sobą obłędny rajd na Wschód w poszukiwaniu Warszawskiej Legii Akademickiej, do której był przypisany jako student trzeciego roku SGGW. Niestety, nie zdołał odnaleźć jednostki wojskowej.

Podróżując funkcjonującymi pociągami, śpiąc wśród rzeszy uciekinierów na podłodze, jako typowy maruder brudny, głodny był, ale szczęśliwy, że wraca do domu.

Czyż mógł  przewidzieć, że jego dom nie istnieje? Zajął go sztab Krasnej Armii.

Rodzinę wsparła pomocą służba folwarczna. Niemal na rękach udało się przenieść resztki dóbr ruchomych do pobliskiej oficyny. Przybysz z trudem rozpoznał swoją matkę.

Przywitała go kobieta przygnieciona bólem i troską o los swoich pięciorga dzieci.

W końcu października Adam otrzymał list od koleżanki z gimnazjum, z którą  pracował niegdyś w redakcji ,,Głosu Uczniowskiego”. Była to wyrwana z zeszytu kartka, zapisana krótkimi zdaniami. Danusia prosiła o pomoc. Jej matka, właścicielka majątku położonego około sześciu kilometrów od Tykocina, została aresztowana przez nowe władze miasta.
W  pustym dworze lipnickim narażona na odwiedziny krasnoarmiejców, Danusia została tylko ze swoją siostrą. Na szczęście zaufanemu fornalowi udało się wywieźć dziewczęta do Choroszczy. Otoczenie wprowadził w błąd informując, że panienki pojechały do szosy warszawskiej, a stamtąd zabrano je do stolicy, do matki.

Siostry rozpoczęły pracę w szpitalu w tzw. ,,psychuszce”. Danusię, po dwóch latach studiów na wydziale farmacji, zatrudniono jako pomoc w miejscowej aptece. Aleksandra trafiła gorzej, bo jako ,,mediestra” na najtrudniejszy wydział II –  dla psychicznie chorych.
Ale czuwało nad nimi nachylenie Boga. Dziewczęta znalazły pomoc w rodzinie krawcowej Anny Rojeckiej, choć nie było wtedy bezpiecznym udzielanie pomocy tzw. ,,biełaruczkom”.
Wkrótce nad zacnymi gospodarzami i ,,bieżenkami” zawisło zagrożenie.
W lutym 1940 roku NKWD zabrało mieszkającą na parterze rodzinę lekarzy o nazwisku Magalif. Byli to Żydzi – uciekinierzy z Warszawy. Wywieziono ich w dalekie tajgi Rosji. Wobec prawdopodobieństwa powrotu NKWD i wywózki, wobec stałego napięcia w jakim żyły dziewczyny, trzeba było zdecydowanie działać.
Uradzono, że należy sforsować granicę sowiecko-niemiecką. Danka i Aleksandra dotarłyby do matki ulokowanej u rodziny, a Adam do majątku w Suskach koło Długosiodła.
I tu poznajemy głównych bohaterów solidarności, na której budowała się siła oporu przeciwko najeźdźcy. Pan Jakacki opowieścią przenosi nas do Bagienek, gdzie w sąsiadującym z Lipnikami zaścianku szlacheckim zamieszkiwały różne koligacje rodu Gąsowskich. Ten ród pomógł wcześniej matce Danki i jej trojgu pozostałym dzieciom przedrzeć się przez granicę sowiecko – niemiecką do Generalnego Gubernatorstwa.
To właśnie z Bagienek dziewczęta lipnickie miały ważne informacje o przebiegu tej przeprawy. Od nich też młodzieniec otrzymał adres do Piotra Gąsowskiego. Tu miał powołać się na znajomość domu lipnickiego z rodem Gąsowskich i prosić o pomoc w przeprawie na polską stronę.

Nasilało się zagrożenie. Nocne ,,prowierki” urządzane przez ,,lokatorów”  domu, stawały się coraz bardziej natarczywe.
Krytycznego wieczoru podczas kolejnego sprawdzania zapytano Adama, czy jest zameldowany w pobliskim miasteczku w wojenkomacie, bo rysuje się przed nim zaszczytna możliwość wejścia do Krasnej Armii. To był  impuls do kolejnej wędrówki.
Matka przygotowała ekwipunek na drogę. Świetliki gwiazd zaglądały do okien, kiedy żegnała syna. Wyruszył na nieznany los, do nieznanych ludzi.
Na rynku w Tykocinie zatrzymał go milicjant. Pytał skąd i dokąd idzie. Adam wiedział jak być ,,nijakim”. Wytłumaczył się chłopskim sloganem, że podąża do rodziny pomagać w młocce. Około sześciu kilometrów od miasteczka minął drogę do Lipnik i dotarł do celu.
W tamtych czasach wchodząc do domu witało się domowników pełnym szacunku pochwaleniem Jezusa Chrystusa. W odpowiedzi na te słowa młodzieniec usłyszał od gospodarza sakramentalne na wieki wieków. Wiedział, że jest pośród swoich.
Nie da się zapomnieć nauk jakich udzielał mu główny gospodarz – Józef Gąsowski.
Codziennie trzeba było walić cepem w rozścielone na klepisku snopy żyta. Prosta słoma szła na poszycie dachów. Adam musiał nauczyć się także koszenia, klepania kosy, naprawiania narzędzi i uprzęży, przebierania ziemniaków, a nawet pasienia krów, co wbrew pozorom okazało się czynnością daleką od bezmyślności. Dawało bowiem możliwość medytacji nad pogmatwanym losem.
To były trudne miesiące. Oddalała się perspektywa pomyślnego przejścia prze granicę, podobnie jak powrót do rodzinnego domu.
W czerwcu 1940 roku wszyscy przeżyli dramat – upadek Francji. Żadnej nadziei.
W tych ciężkich chwilach chłopiec w szczególny sposób otoczony był troską rodziny, która traktowała go jak własnego syna. Kiedy w niedługim czasie opuszczał ten dom nie wiedział jak dramatycznie potoczą się losy jego mieszkańców.
W czerwcu1940 roku wrócił do kuzynów zamieszkałych w Rudzie. Tutaj na wsi zagrożenie poborem do Krasnej Armii było dużo mniejsze, aniżeli w miasteczku.
Adam był tylko jednym z licznych młodych mężczyzn, których nie próbowano werbować do wojska. W mniemaniu Sowietów taki ,,awans” należał się przede wszystkim miejskim paniczom.

Pozorny spokój zburzył ranek 22 czerwca 1941 roku. W dniach poprzedzających tę datę władze bolszewickie nasiliły wywózkę Polaków na Wschód. Dla bezpieczeństwa, podczas takich nocy wszyscy sypiali poza domem w kopach siana, przyległych do torów kolejowych.
Krytycznego ranka obudził ich nalot samolotów i huk bomb.
Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Ten obraz wbił się w serce bolesną rysą.
Czerwcowego ranka torami Białystok – Grajewo zdążył jeszcze przed frontem przejechać bardzo długi pociąg towarowy. Na nieludzką ziemię do Rosji wiózł tysiące Polaków.
Adam słyszał żałosne jęki, krzyki a nawet pieśni religijne zesłańców.
Nie wiedział jednak, że w owym strasznym pociągu do Ałtajskiego Kraju, znalazło się troje Gąsowskich: Piotr, Helena i jego gospodarska ,,nauczycielka” – młodziutka Bolcia.
Kiedy po latach  sięgał pamięcią tamtych czasów i nieżyjących już bohaterów dramatu, dokonywał gorzkiego osądu. Uważał, że tacy jak on –  młodzi ,,bezpizorni” –  osłaniani od represji bolszewickiej, budowali los deportowanych.

Czy byli temu winni?

Droga Córuniu ( tam mnie nazywał w listach):

Miałem bezsenną noc. Wrócił mi cykl wspomnień. Takt stukotu trzech grabowych bijaków jeszcze mam w uszach. Oczy przestawały widzieć przyjazną stodołę. Przesuwały się postacie moich rodziców i Danci, którą tak wówczas prawie beznadziejnie kochałem. Czy byłaś wygnana z własnego domu? Z węzełkiem w ręku, z odgłosem pięknych melodyjnie, ale też już nienawistnych rosyjskich piosenek?

Wspomnienia nanizane na źdźbła czasu kontempluję wzruszeniem.

Nad ,,Błękitną Tonią’ pamięć opłakuje cisza.

Regina Świtoń


Nagrodę specjalną Książnicy Podlaskiej im. Łukasza Górnickiego w Białymstoku otrzymała Jolanta Maria Dzienis z Białegostoku.

Nagrodę specjalną  Polskiego Radia Białystok otrzymała Jadwiga Zgliszewska z Białegostoku.

W kolejnym artykule przedstawimy laureatów wyróżnień Podlaskiej Redakcji Seniora.

Dziękujemy wszystkim autorom za udział w V edycji konkursu SREBRO NIE ZŁOTO i zapraszamy za rok!

Jolanta Falkowska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok

_

Post Author: Redakcja Białystok