Któż z nas nie lubi wspomnień? Zwłaszcza tych z dzieciństwa i młodości. Radosnych, pogodnych, zabawnych. Szczególnie te z przygodą w tle nie pozwalają o sobie zapomnieć. W wieku senioralnym jawią nam się jakby rajem utraconym. Może dlatego tak chętnie do nich wracamy, przeżywając tamte chwile wciąż na nowo.

taniec

Na początku lat 70-tych ubiegłego stulecia byłam nastolatką u progu pełnoletności. Aż trudno uwierzyć, że od tamtego czasu upłynęło blisko pół wieku! Bo we wspomnieniach wciąż pozostaję pełną marzeń i żądną wrażeń tamtą dziewczyną…

Karnawał to czas zabaw. W mieście odbywały się wówczas dancingi, dyskoteki i prywatki. Na wsi organizowano zabawy taneczne w remizach i świetlicach, a nawet w domach gospodarzy. Wszędzie królowały też bale karnawałowe, a urządzano je nawet w szkołach i przedszkolach. Dzisiaj rozrywki i zabawy z tańcami w roli głównej zmieniły się dość zasadniczo. Bardzo zniwelowały się też różnice pomiędzy rozrywką młodzieży ze względu na jej miejsce zamieszkania. Możliwość szybkiego przemieszczania się sprawia, że każdy dziś bawi się tam, gdzie chce i tak, jak mu się podoba.

Ja swoje dzieciństwo i młodość spędziłam na wsi. Dziś opowiem o jednej karnawałowej zabawie z niejedną przygodą. Były akurat zimowe ferie szkolne, a więc dużo wolnego czasu i mało rozrywek. Niedzielny dzień dobiegał końca, a mróz wzmagał się o zachodzie słońca. Wszędzie pełno śniegowych zasp. Zima o jakiej zaczynamy już powoli zapominać. 

Nic nie zapowiadało niespodzianek i emocji, bo w żadnej z pobliskich wiosek nie było zabawy. Snuła się więc wiejska młodzież z poczuciem pustki i niedosytu. Aż tu nagle do naszego domu wpadła podekscytowana gromadka kolegów i koleżanek z nieoczekiwaną wieścią. Jedziemy na zabawę do wsi oddalonej o kilkanaście kilometrów! Nasi rodzice nie byli tą wiadomością uszczęśliwieni. Martwili się o swoje najstarsze bliźniaczki. Ale gdy się okazało, że konia z saniami użycza sąsiad, zaś jego dorosły syn ma powozić, ustąpili, choć niechętnie. Głównym pomysłodawcą i organizatorem wyprawy był nasz rówieśnik Ziutek, zwany nie wiadomo czemu Czyżykiem. W tej miejscowości miał babcię, do domu której najpierw miał nas dostarczyć, a po tańcach – do rana zatrzymać. 

Zapanowało radosne podniecenie, bieganina, wzajemne powiadamianie się, namawianie, zapraszanie. Akcja, jakiej wcześniej nigdy nie było. Ostatecznie zapełniliśmy całe sanie nawet ponadwymiarowo. Jak to się u nas określało, obsiedliśmy je „od kłonic do kłonic”. Wśród gwaru i śmiechu młodzieży koń ruszył do przodu. Wio, koniku, wio! 

 przejażdżka saniami

Przejechaliśmy własną wioskę, potem następną, minęliśmy nieoświetlony budynek swojej niedawnej podstawówki, a za szkołą skręciliśmy w jakąś mało uczęszczaną drogę przez pola. Ciemność choć oko wykol, nic prawie nie widać. Pasażerowie, opatuleni aż po czubki nosów, wcale się tym nie martwili, ale koń szedł przed siebie na oślep. Robił to z trudem i ospale, bo ciążyły mu te sanie. Nagle wstąpił w jakąś zaspę, potknął się o kamień czy inną przeszkodę, coś mocno podrzuciło powóz i… znaleźliśmy się wszyscy w przydrożnym rowie! Upadek był wprawdzie łagodny, bo sanie przechylały się wolno. Nic się nikomu nie stało poza tym, że nałykaliśmy się strachu. Początkowo śmiejąc się otrzepywaliśmy się nawzajem ze śniegu. Wyciągnięcie sań też nie było wielkim problemem. Potem jednak okazało się, że nie można zaprząc konika. Coś z uprzęży spadło czy też się oderwało. Czarna noc, silny mróz, a my w szczerym polu. Czysta rozpacz! Ani wracać, ani jechać dalej. Chłopcy próbowali coś zrobić, przyświecali latarką, debatowali nad problemem. Zaczynaliśmy solidnie marznąć. I nagle ktoś dostrzegł idącego w naszą stronę mężczyznę. Kiedy nadszedł, okazało się, że to ojciec szkolnego kolegi. Mieszka na kolonii i szedł do wsi na wieczorynki. Pomógł nam zlikwidować problem. Coś tam podwiązał, coś przymocował i można było ruszać dalej. Jakaż była nasza radość i wdzięczność!

Zmęczony konik człapał ponad godzinę, ale w końcu dobiliśmy do domu babci kolegi. Rozgrzaliśmy się trochę, aby prędko udać się do remizy na zabawę. Tak się składa, że nie ma co pisać o niej. Tłumów nie było, kawalerka jakaś oporna, niezbyt chętna do chwytania nas do tańca. Przede wszystkim nie podobał nam się grający zespół i jego repertuar, a na sali było zbyt ciemno i jakoś ponuro. Dosyć szybko odechciało się niektórym tej rozrywki. Ale co można było począć? Nie sposób wszak wrócić prostą dróżką do domu. Chłopcy zdążyli już łyknąć po kilka piwek i nie było o czym gadać, zostajemy do końca i kwita.

Jednak koniec zabawy nie oznaczał końca wyprawy. Wróciliśmy do domu gościnnej babci, na stole było jakieś jedzenie na zimno. Niektórzy znów pili alkohol, ale większość szukała sobie miejsc do spania. Jakich? Cóż, jedynie nieliczni wcisnęli się po kilkoro na jednym czy dwóch łóżkach. Większość z nas ułożyła się pokotem… na podłodze! Do dziś mam przed oczyma pomalowane deski tamtej posadzki, na które przyszło mi patrzeć, nim usnęłam. Leżałam na chodniku-szmaciaku w paski, przykryta jedynie własną kurtką.

Niemrawo wstawaliśmy koło południa, wciąż senni, przecierając oczy. Zwoływaliśmy się, a ciągle kogoś brakowało. Kiedy wreszcie usadowiliśmy się w saniach z naprawioną uprzężą, poprawiły się humory. Zaraz zaczęliśmy przekrzykiwać wyrażając odczuć po imprezie. I co? Okazało się, że po paru godzinach już prawie wszystko było w porządku. Nie narzekaliśmy, tylko większość zaczęła znowu odsypiać zarwaną noc. Z radością wracaliśmy do swoich domów po prawie dobę trwającej nieobecności. Ale za tydzień, gdy ktoś żartem zapytał, czy znów tam pojedziemy, wszyscy gotowi byliśmy to powtórzyć. Młodość jednak rządzi się swoimi prawami.

(fot. pixabay)

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok