Wielkanocne obrzędy, zwyczaje i tradycje

Wielkanoc w regionie podlaskim obfituje w wiele tradycji. Ograniczę się tutaj do opisu jedynie tych, w których uczestniczyłam, które celebrowałam lub tylko je obserwowałam. A było tego całkiem sporo.

Bezpośrednim zwiastunem nadchodzących świąt była już Palmowa Niedziela. Już świtem  któreś z rodziców – odchylając po kolei naszą pościel – lekko uderzało witką każde z dzieci, czyniąc zadość utrwalonej tradycji. Było to jednocześnie hasłem do szybkiego ubierania się i  wymarszu gromadką na wieś, aby zacząć  palmowanie w każdym domu. Największą satysfakcję sprawiało zastanie kogoś z domowników jeszcze w łóżku. Zdzierało się ze  śpiocha pierzynę i uderzało niezbyt mocno wierzbowymi palmami, recytując słowa: „Palma bije, nie zabije, niechaj człowiek sto lat żyje. Pamiętajcie chrześcijanie, że za tydzień Zmartwychwstanie”. Nie omijało się żadnej zagrody, bo byłoby to w złym tonie. Wszyscy nam dziękowali i mówili: „Daj Boże za rok doczekali i nas jeszcze zastali”.

Mieliśmy jeden bardzo szczególny dom, do którego każda grupa chciała dotrzeć jako pierwsza. Mieszkało tam dwoje staruszków, których bodaj wszystkie dzieci mieszkały w Warszawie. Starsi państwo  zawsze częstowali nas dużymi czekoladowymi cukierkami! Wtedy  dzieci  wiejskie z takim rarytasem spotykały się kilka razy w roku. Dlatego między innymi czekało się Palmowej Niedzieli i wizyty w domy staruszków.

Palmy do poświęcenia w kościele przygotowywano u nas wyłącznie z witek wierzbowych, koniecznie z listkami. Te w naturze zazwyczaj nie były jeszcze ulistnione, dlatego też kilka tygodni wcześniej wkładano je do wody, by się w stosownym czasie pokryły zielenią. Do kilku pojedynczych gałązek dodawano jeszcze asparagus lub paprotkę z doniczki oraz wiązano i ozdabiano wąską wstążeczką, najczęściej białą. Tylko takie palmy zapamiętałam z dzieciństwa, inne w mojej parafii się nie pojawiały. Z palmą chodziło się na mszę zwaną summą, na pozostałych ich nie święcono. Po przyniesieniu z kościoła wkładano ozdobną wiązkę za poświęcony obraz na ścianie. Posłużyć miała później do poganiania krów, kiedy je pierwszy raz po zimie wypędzano na pastwisko.

Z czystymi oknami i sumieniami rozpoczynało się Wielki Tydzień, a przede wszystkim – Triduum Paschalne. Dziś pamiętam z tego okresu zimny kościół, terkot drewnianych kołatek miast dzwonków w Wielki Piątek oraz adorację krzyża na kolanach przez całą długość świątyni. Potem szpalery strażaków, pełniących nocną wartę  przy Grobie Pańskim. Z Wielkiej Soboty zaś – palenie ognia na zewnątrz kościoła oraz chwytanie jeszcze gorących węgielków, od których zaczynało się palenie pod kuchnią w poranek wielkanocny. A także  święcenie wody i to, że trzeba było dopchać się do beczki, aby jej zaczerpnąć buteleczkę do domu. Była to bardzo długa liturgia i strasznie późno wracało się do domu, trzy kilometry na piechotę.

Wcześniej, przed południem, przywożono do wsi księdza, aby poświęcił pokarmy – święconki. Odbywało się to w wyznaczonym domu. Rano mama gotowała jajka, wyjmowała specjalnie uwędzone małe kółko kiełbaski, kroiła dużą kromkę chleba, w dwa pojemniczki trafiały chrzan i sól. Wszystko układała w koszyczku, sadowiąc w nim jeszcze małą babkę, a na koniec cukrowego baranka.

Wszystko zostało przykryte białą serwetką, przyozdobione jakąś świeżą zielenią, przewiązane wstążką  –  i święconka była gotowa. Ja i siostra, jako najstarsze z rodzeństwa, nosiłyśmy ją tam, gdzie potem przyjeżdżał ksiądz. Na księdza zwykle czekała gromada dzieciarni, żeby po rytuale święcenia zabrać swoje koszyczki z pokarmami do domu. Z koszyka bardzo przyjemnie pachniało kiełbasą, co nęciło wygłodzone już dwudniowym ścisłym postem żołądki, ale nikt by się nie ośmielił nawet kawałeczka skubnąć. Po powrocie do domu często malowało się jajka w cebulaku (inaczej: cebulniku), czyli łupinach dymionej cebuli. Potem można je było wydrapywać w wymyślone wzorki. Była to oczekiwana coroczna zabawa i radość.

Nazajutrz budzono nas o tak wczesnej porze, że było jeszcze ciemno. Jakże ciążyła nam wtedy senność! Ale naprawdę ochoczo przychodziło się stroić do kościoła, na rezurekcję. Tym bardziej, że dość często na to wiosenne święto rodzice sprawiali nam  coś nowego z ubrania, więc chciało się w tym czym prędzej pokazać.

W świątyni panował już inny nastrój, choć przed mszą można jeszcze było pójść do grobu chrystusowego, by na klęczkach się pomodlić. W ciszy oczekiwano na uroczystą procesję. Tę, co to kapłan intonował „Wesoły nam dziś dzień nastał…” i wszyscy ruszali, by aż trzykrotnie, przy śpiewie i w rytm bicia dzwonów, okrążyć procesyjnie kościół. Małe dziewczynki sypały suszone i bibułkowe kwiatki, nieco starsze niosły ogromny różaniec, poduszeczki. Ministranci – figurę Chrystusa Zmartwychwstałego oraz paschał. Przedstawiciele poszczególnych wiosek kroczyli majestatycznie z chorągwiami. Jeszcze odśpiewanie po powrocie do kościoła radosnego „Te Deum laudamus” i już każdy czuł, że jest Wielkanoc.

Kiedyś do kościoła jeździło się jeszcze furmankami. Ambicją powożącego było dotrzeć do domu  pierwszemu, bo miało to oznaczać, że będzie mu się darzyć w tegorocznych zbiorach. Prawie nikt nie żałował więc bicza swojemu konikowi, aby przynajmniej nie zostać w tyle tego wyścigu. Podobnym przesądem był zakaz… polegiwania w pierwszy dzień świąt Wielkanocy. Jeśliby ktoś tak uczynił, wróżyć to miało, że mu zboże wylegnie i zmarnuje.

Tuż po powrocie z kościoła nasz tata, jak każdy gospodarz we wsi, nalewał na talerzyk wodę święconą, brał do ręki kropidło i święcił – najpierw domowników, dom, a potem całe obejście, łącznie ze zwierzętami i budynkami gospodarczymi. Mama w tym czasie nakrywała stół w dużej kuchni, zastawiając go – poza tymi ze święconki – innymi smakołykami. Były to  głównie zimne dania, głównie swojskie wędliny takie jak kiełbasa, szynka, boczek  a także galareta z nóżek. Naczelnym, obowiązkowym daniem w moim domu na Wielkanoc była pieczona na blasze w piecu cielęcina, nazywana „pieczonką”. Bardzo mi jej dzisiaj brakuje. Bo z żadnego pieca nie będzie już tak smaczna.

Po zaspokojeniu głodu przychodziła pora na rarytasy z ciasta, tj. babki i mazurki. Te zaś dzieciaki najchętniej chwytały po sporym kawałku w ręce i pędziły na dwór, by je tam pałaszować razem z rówieśnikami. Wychodząc na podwórko czy na wieś, zabieraliśmy też ze sobą malowane jajka, czyli pisanki. Podstawową rozrywką wielkanocną dzieci było „chodzenie na pobitki”, co oznaczało zabawę czy grę polegającą na tym, że dwójka dzieci uderzała jajkiem o jajko – każde swoim. Wygrywał ten, czyje się nie stłukło. W nagrodę zwycięzca… zjadał stłuczone jajko pokonanego. Pamiętam, że żałowałam, kiedy zbito moje jajko, jeśli  było ładnie pomalowane. Dla ścisłości dodam, że na pobitki można było iść dopiero w drugi dzień świąt. Straszono nas, że gdyby ktoś odważył się to zrobić w pierwszym dniu, będzie sobie przez całe lato obijał o kamienie palce u nóg. Ot, jeszcze jeden przesąd. Wiadomo, że takie obijanie palców naprawdę dotkliwie bolało – wiedziało o tym każde dziecko wiejskie, więc zapewniam, że nie łamaliśmy tego zakazu.

Lubiliśmy, kiedy w Wielkanoc była ładna pogoda, bo wtedy większość czasu spędzaliśmy na dworze.

Dzieci chętnie pielęgnowały jeszcze jeden zwyczaj – tzw. chodzenie „po wykupie”. Mógł się nim cieszyć tylko ten, kto miał blisko chrzestnych, tj. w swojej lub sąsiedniej wiosce. Szło się do takich po to, by dostać ów wykup w postaci głównie jajek, zwykle pisanek, ciasta, cukierków. W tamtych czasach to nas bardzo cieszyło. Czasami chrzestni mieszkający trochę dalej – o ile mieli taką możliwość – przekazywali przez innych ten wielkanocny prezent chrześniakowi, by pośród rówieśników nie czuł się gorszym.

Wielkanocny Poniedziałek  nazywano u nas „oblewanym dniem”. To inna nazwa śmigusa -dyngusa. Nasi rodzice nie lubili Poniedziałku. My – na odwrót! Jedni mieli plastykowe jajka do napełniania wodą z małym otworem, tzw. „jajka-sikajka”. Łatwo się nimi polewało kolegów, ale szybko trzeba było uzupełniać wodę. Odkąd ktoś wpadł na pomysł, na długo przed świętami rezerwowaliśmy sobie opustoszałe pojemniki po szamponie czy płynie do prania, które były giętkie. Z nich to dopiero było lanie! No bo wiaderkiem wolno się było posłużyć jedynie dorosłym kawalerom. Kiedy wracaliśmy mokrzy do domu, mama biadoliła i… to był zakaz wychodzenia na podwórko aż do końca dnia.

Tyle to małych i większych przeżyć związanych z Wielkanocą zachowała moja pamięć. Jakże piękne to były czasy!

 

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok

Post Author: Redakcja Białystok