Wiosna na wsi sprzed pół wieku

Czy to wiosna jest inna? Czy wieś się zmieniła? Dzisiaj to, co dzieje się na wsi wiosną,  nie przypomina tego, co dawniej, pięćdziesiąt lat temu.

Kiedy słońce przygrzało, dzieci, które nie chodziły jeszcze do szkoły,  dopiero wtedy mogły wyjść na podwórko. Nie każdy miał dobre buty i palto na zimę.  Starsze dzieci  mieć niezbędne ubrania na zimę, młodsze – już niekoniecznie. Najgorzej było z obuwiem. Jakiś cieplejszy kubrak zawsze można było założyć po starszym rodzeństwie, ale buty? O, z butami był problem! Topniejący śnieg i liczne kałuże przyciągały jak magnes, bo wiadomo powszechnie, że dzieciarnia lubi brodzić po wodzie i błocie. Gdy tymczasem… nogi rosły i na wiosnę nijak nie dało się wbić ich w  śniegowce, które się jeszcze nosiło jesienią. Dochodziło do sytuacji tragikomicznych, gdy wbijało się takie buty na siłę, a potem albo one pękały, albo wracało się z zakrwawionymi nogami. Zabaw wtedy dostarczała głównie woda i stopniały śnieg w postaci półpłynnej brei. Kopało się rowki, robiło przepływy, roznosiło starymi metalowymi kubkami lub pustymi puszkami od konserw. Wracaliśmy zazwyczaj – ku utrapieniu rodziców –  zmarznięci, mokrzy i brudni, ale jakże szczęśliwi! Że oto nie musimy już całego dnia spędzać w domu.

Mniej więcej w tym okresie gospodynie nasadzały pierwsze kwoki na jajach. Nazywano je kwoktuchami. Kobiety dopytywały jedna drugą, czy może u sąsiadki już która kwokcze? Kura taka już „się wyniosła” z jaj i dreptała nastroszona, wydając charakterystyczne dźwięki, właśnie zwane kwokaniem. Sadzało się taką na gnieździe z jajkami (kurzymi, kaczymi, indyczymi czy gęsimi) i ona je wysiadywała. Trwało to 3-4  tygodnie, w zależności od tego, jakie ptactwo z jaj miało się wykluć. Pamiętam, że kury wysiadywaczki były tak pilne, iż nie opuszczały swego gniazda ani na krok. Schodziły stamtąd jeden raz dziennie, gdy się im dawało jeść i pić, ale zdarzały się i takie, które trzeba było na siłę wyjmować i przynosić do nakarmienia. W trakcie wysiadywania  oglądano jaja pod światło, czy są „założone”, bo puste lepiej było od razu wyrzucić, aby te zalężone mogły być lepiej wygrzane.

Gospodynie pilnowały pory lęgu, aby wszystkie pisklęta udało się wydobyć ze skorupek żywe. Dzieciaki zaś wyczekiwały tego momentu, bo pisklęta były takie milusie i śliczniutkie! Wysiadywanie wszelkiej maści piskląt trwało całą wiosnę. Chodziło się też je oglądać też do sąsiadów. Każde dziecko wybierało sobie jedno pisklę, nadawało mu imię, hołubiło, czasem w tajemnicy dokarmiało po swojemu, co niekoniecznie dobrze się kończyło. Po kilku dniach od wylęgu maleństwa wypuszczano z kwoczącą mamą na powietrze. Turlał się więc taki długi, najczęściej żółty szereg, pięknie zdobiący żywą zieloną trawkę. Kura-matka zaciekle broniła dzieci, a jeśli ktoś by chciał wziąć małego na ręce – dotkliwie dziobała.

W zagrodzie działy się też inne ciekawe rzeczy, głównie – jak to wiosną – związane z rozmnażaniem. Dzieci wiejskie przyjmowały ten fakt naturalnie. Z jednakową prawie obojętnością obserwowały liczne przypadki parzenia się zwierząt domowych, jak i ich rozród. Biegliśmy czym prędzej oglądać młode: prosięta czy cielęta, rzadziej – jagnięta i źrebięta. Mnożyły się też wtedy liczne koty. Z dużą liczbą ich potomstwa nikt się nie ceregielił. Czasem zostawiano jedno czy dwoje kociąt, pozostałe unicestwiano mało humanitarnymi metodami. Czasem bywaliśmy mimowolnymi świadkami tych wydarzeń. Dzieci wiejskie wcześnie poznawały prawa życia – od narodzin po śmierć. Co do kotów zaś, były one naszymi towarzyszami zabaw i rodzajem maskotek. Głaskaliśmy je, czasem nawet pod włos, układaliśmy w pościeli, a nawet usiłowaliśmy je ubierać. Ciągnięcie kota za ogon to była domena chłopców. Gdy jakiś biedak doświadczał tego zbyt długo i często, powiadano, że kot jest „przerwany”. Miał biegunkę, nie chciał jeść, kulił się w kącie i czasem był to jego koniec. Do dziś nie wiem, czy naprawdę ciąganie było tego przyczyną.

Przychodziła też pora zakładania ogródków – warzywnego i kwiatowego. Przed domem, od ulicy,  rosły tylko kwiatki, najczęściej wieloletnie byliny. Chodziło się do sąsiadów i znajomych prosić o wykopanie kilku pędów ulubionej roślinki. Ludzie nie żałowali i dzielili się. Trochę przyniosło się od szkolnych koleżanek z innych wsi. Wraz z wiekiem opiekę nad kwiatami  przejmowały dziewczyny. Ogródek warzywny był królestwem mamy. Najpierw tata nawiózł go obornikiem, skopał, ograbił. Potem mama brała cebulę dymkę i bez liku torebek z nasionami. Robiła ręką lub patykiem małe bruzdy i powoli siała. Trzeba było znać rozstaw zasiewu. Nie wszystko też robiła jednego dnia, bo na przykład ogórki wysiewała zawsze po kalendarzowej „zimnej Zośce”. Również wtedy przesadzano i rozsadzano rośliny doniczkowe. Kobiety przynosiły sobie wzajemnie nowe odnóżki i sadzonki, często na wzajemną wymianę. Prawie każda starała się, by jej okna, widziane przecież przez wszystkich, prezentowały się jak najpiękniej. A o tym – poza czystością – świadczyły firany oraz doniczkowe kwiaty.

Nie zapominano oczywiście o polach. Rozkrywano kopce i przebierano ziemniaki do sadzenia. Wiele z nich przekrajało się na połówki – w ten sposób przygotowywało się tzw. sadzeniaki. Wywożono obornik. Zewsząd niosła się charakterystyczna ostra woń, która dla nas wcale nie była nadmiernie przykra. Pewnie dlatego, że wchodząc do obory czuło się ją zawsze. Lubiliśmy nawet patrzeć, jak  wyrzucają obornik na podstawiony wóz, potem zaprzęgają konia i wiozą za wioskę. Był to widok powszechny. Na polach tę mierzwę rozrzucano i roztrząsano. Dopiero potem odbywała się orka i zasiew oraz sadzenie kartofli. W tej ostatniej z prac wielokrotnie uczestniczyłam. Polegało to na wrzucaniu w specjalnie wykonaną bruzdę po jednym ziemniaku określonej wielkości, tj. sadzeniaku, czy  wcześniej przekrojonej ich połówce, a następnie zasypywaniu lekko ziemią za pomocą nogi. Dzieci były włączane w prace, które nie były ponad ich możliwości i siły. Wiosenny wiaterek i słoneczko wysmagało nam twarzyczki doskonalej i zdrowiej niż dzisiejsze solaria.

Dzieci pilnie obserwowały, co się z dnia na dzień zmienia w naturze. Dziewczynki czekały, kiedy zakwitną najpierwsze kwiatki na łące, polu i w lesie: pierwiosnki, zawilce, fiołki, bardzo liczne u nas stokrotki i mlecze, a później – niezapominajki, koniczyna i chabry. Z tych ostatnich plotło się wianki, korony, naszyjniki i bransoletki. Lubiliśmy też natychmiast przynosić do domu pierwsze, mizerne jeszcze, egzemplarze wczesnowiosennego kwiecia, aby je czym prędzej ustawiać w dzbanuszki, słoiki i szklanki na ozdobę domów. Chłopców natomiast nęciły wylęgi  dzikich ptaków. Wypatrywali gniazd i co sprytniejsi wdrapywali się na drzewa, sięgając tych lęgowisk i zabierając jajeczka. Zdarzało się później co wrażliwszym płakać, kiedy do gniazda wracała matka i głośno rozpaczała, widząc taki pustostan. Były to czyny bardzo potępiane, a dorośli straszyli, że tym, którzy wybierali i niszczyli jajka w ptasich gniazdach, mogą nawet pousychać ręce! Ale i tak co roku byli tacy, którzy ignorowali ten zakaz.

I tak to całkiem szczęśliwie dorastaliśmy w zgodzie z naturą, w rytmie wyznaczanym porami roku oraz obchodzonymi świętami. Dziś z nieukrywanym rozrzewnieniem wspominam tamte czasy.

(foto: pixabay)

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok

 

 

Post Author: Redakcja Białystok