Wyniki konkursu „Moja książka życia” część III

W trzeciej części publikacji,  prezentujemy Laureatów dwóch trzecich miejsc i wyróżnienia w Konkursie Klubu Czytelniczego Ex Libris „Moja książka życia”

Podczas spotkania ogłoszono nie tylko ogłoszono wyniki konkursu „Moja książka życia”, ale też odbył sie  się przedpremierowy pokaz filmu „Zenek”, w reż. Dariusza Szada-Borzyszkowskiego. Film poświęcony jest postaci trzynastoletniego Zenka Borowskiego – miłośnika książek i  harcerza, zastrzelonego przez hitlerowca podczas II wojny światowej w Białymstoku.

Program artystyczny „Niepodległa” w wykonaniu zespołu „Podlaskie Korale”, działającego przy Uniwersytecie Trzeciego Wieku uświetnił galę wreczenia nagród.

Oswoić kogoś…

Poznaje się tylko to, co się oswoi […]. Ludzie mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać.
Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi,
więc ludzie nie mają przyjaciół. Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie!


A. Saint-Exupery, „Mały Książę”

Wciąż prześladuje mnie obawa, czy tam powrócił. Choć często patrzę w niebo i podziwiam nieprzebrane roje gwiazd, to przecież nie mogę mieć pewności, że któraś z nich jest tą jedyną – jego gwiazdą. Moje serce przepełnia więc smutek i zmartwienie, że na maleńkiej planecie może być teraz chłodno i  przeraźliwie pusto… Jakże musi nudzić się Róża. I jak bardzo złościć! Bo przed kim ma czuć zażenowanie, kiedy się rozkaszle? Jedyna pociecha to obecność baranka i ufność, że zjada on codziennie odrastające kłącza złowrogich baobabów. Choć… może jest zupełnie inaczej? Może baobaby tak się rozrosły, że w plątaninie konarów nic już nie widać? Pewnie zlikwidowałoby to kwestię przeciągów i jej ciągłego kaszlu, ale przed kim miałaby się wtedy krygować? Pozostaje więc (i jej, i… moja!) bezbrzeżna tęsknota za Małym Księciem, którego los nie jest znany. Ostatni raz widziano go na pewnej dziwnej planecie o nazwie Ziemia. Czy dotarł jednak do Róży, którą pozostawił? Nie wiemy… Chyba że ktoś patrzy codziennie w niebo i potrafi czytać z gwiazd. Bo podobno tylko one znają tajemnicę, jak to jest z tym Małym Księciem i całym jego światem.

Antoine de Saint-Exupery i jego „Mały Książę” – niewielka książeczka z obrazkami, adresowana do… dzieci? Dorosłych? Czy tylko do wybranych? Nigdy nie posiądę pewności, kto w zamysłach autora miał być odbiorcą i czytelnikiem tej bajki-nie bajki. Prawda naczelna jest taka, że wychowują się na niej kolejne pokolenia ludzi na całym świecie. Bo książkę przetłumaczono na ponad 300 języków! Autor w najśmielszych wyobrażeniach nie mógł przewidzieć rozmiarów popularności swego dzieła. Chociaż pozornie to tylko maleńka książeczka z koślawymi rysunkami. Dlatego też i uznanie jej za swoją „książką życia” jest tak pospolite, że aż trywialne. Zapewne znalazłyby się setki tysięcy ludzi gotowych dokonać tego samego wyboru. Nie zraża mnie to jednak, a raczej upewnia co do wartości dzieła i mocy jego przekazu – w każdym czasie i pod każdą szerokością geograficzną, a nadto w odniesieniu do  osób w różnym wieku. Czyli obejmującego wartości nośne, uniwersalne i ponadczasowe.

Z lekturą „Małego Księcia” zetknęłam się po raz pierwszy jako dwudziestolatka. Książkę dostałam od siostry na Gwiazdkę w 1976 roku, ze starannie wykaligrafowaną  dedykacją w środku: „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.  Pierwszy raz zaczęłam czytać książeczkę tak jak każdą „zwyczajną”. Jednak już po kilku pierwszych stronicach musiałam uznać, że zwyczajna to ona nie jest. Już początkowa scena: „Proszę cię, narysuj mi baranka…” – otworzyła oczy na niezbitą prawdę, że ważniejsze od opakowania jest to, co zawiera ono w środku. Czyli coś, czego oczy nie dostrzegają. Ponieważ we wnętrzu narysowanej skrzynki znajdował się ten oto idealny baranek, który codziennie miał pozjadać groźne pędy złowrogich baobabów. I to było pierwsze odkrycie.

Od ponad czterdziestu lat ta zachwycająca lektura towarzyszy mojemu życiu, a prawdy przenikające dzieło uczyniłam przewodnikiem po jego skomplikowanym labiryncie. Książka o wartościach, z całą na nowo odkrytą aksjologią, stała się dla mnie drogowskazem drugim po Dekalogu. Posłużyła także jako skuteczna metoda unikania konfrontacji z brutalnymi realiami codzienności. Bo ucieczka w świat pięknej baśni staje się tu dobrem. Pracę Latarnika Mały Książę uznaje za użyteczną dlatego, że jest… ładna! Albowiem kiedy ten zapala latarnię, to  jakby budził gwiazdę albo kwiat. Tę „nową filozofię” czynię więc  priorytetem również i moich egzystencjalnych wyborów.
Książka  staje się wkrótce kanwą oraz swoistą areną najważniejszej znajomości  mojego życia i miłości do mężczyzny. Fabuła baśni – tak bardzo intrygująca i tajemnicza – daje nam obojgu asumpt do porozumiewania się zaczerpniętymi zeń scenami i frazami jak niezastąpionymi „wytrychami”. Okazuje się, że tym oto sposobem łatwo przekazać znacznie więcej emocji niż za pomocą własnych słów, które w obliczu trudnych relacji są czasem bezradne. A nawiązana relacja okazuje się być właśnie taką. Oto moja tak zwana miłość od pierwszego wejrzenia staje się szybko i szczęściem, i dramatem jednocześnie. Jest w niej coś i z zachwytu nad pięknem kwiatu, i z bólu zadawanego przez ciernie róży. Zupełnie tak samo jak z tą książkową Różą – i pociągającą, i chwilami nieznośną. Nasza znajomość rozwija się i trwa wiele lat. Niestety, nie przekształca się nigdy w realny związek kobiety i mężczyzny. Magia, ulotność, efemeryczność, bazowanie na niedopowiedzeniach i domysłach – to jedyne nasze „realia”. Wieloletnią udrękę i ekstazę potrafi godzić i jakoś tłumaczyć jedynie filozofia czerpana z domyślnej warstwy „Małego Księcia”. Może to infantylne, ale na pewno pomocne. Hołubiliśmy zwłaszcza sceny z Lisem, czyli rozważania o przyjaźni oraz przekaz dotyczący „oswajania”. Zamiast prawdziwej miłości ułożyliśmy jak z nie całkiem dopasowanych puzzli coś na kształt trochę dziwnej przyjaźni. Do dziś żadne z nas nie potrafiłoby ani wyjaśnić, ani tym bardziej precyzyjnie nazwać tego zauroczenia. Najważniejsze było nasze bezgraniczne porozumienie oparte na wyznawaniu prawd zaczerpniętych z arcydziełka Antoine de Saint-Exupery`ego. Stało się ono rodzajem naszej własnej „religii”, która znajdowała swe odbicie także w czynach. Pamiętam, jak na zagranicznych studenckich wakacjach, po nocy ze sporą ilością czerwonego wina, przynoszę mu jego ulubioną gorącą herbatę na poranną poalkoholową przypadłość. Samodzielnie gdzieś na kempingu ugotowaną, co było swoistym heroizmem, gdyż i sama czułam się niewiele lepiej. Usłyszę potem znamienny cytat, że „zwykła woda może przynieść korzyść sercu”. Ze szczęścia wtedy wręcz anielałam! W inną upojną noc na nadmorskiej plaży poprosi mnie, abym często patrzyła w niebo i upewniała się, jaki nastrój mają gwiazdy. Ten daleki rozgwieżdżony nieboskłon staje się swoistą mapą naszych niedookreślonych uczuć i przedziwnych relacji. W ten sposób każe się domyślać, że brak mu odwagi na ujawienie mi zbyt trudnej prawdy o sobie. Raczej pragnie, bym mu wierzyła bez pytań. I ufała, że jest ze mną zawsze, podczas gdy dzielą nas na co dzień dwie setki kilometrów. Rozumiałam, że mentalnie będę wówczas z nim i nieomylnie odczytam na odległość jego aktualny nastrój. Patrzyłam w gwiazdy przez wiele lat i rozmawialiśmy o tym podczas następnych spotkań. Mały Książę stał się naszym łącznikiem, ale też swoistym symbolem tej dziwnej znajomości, którą rozumieliśmy tylko my. To w naszych myślach i sercach obecni byli bohaterowie: Lis, Mały Książę, Róża, niewidoczny Baranek, którego jedynie my widzieliśmy zawsze. Bo „tego, co najważniejsze, okiem zobaczyć nie można”…
Arcydzieło francuskiego pisarza stało się też inspiracją dla moich skromnych poczynań literackich. Impulsem do napisania pierwszego tekstu opartego na przesłaniu płynącym z kart „Małego Księcia” była prośba skierowana do mnie przez człowieka, którego obdarzyłam miłością i przyjaźnią. Nie mogąc zostać jego Różą, stałam się Lisem… Mój wybraniec komponował prostą muzykę do gitarowego akompaniamentu. Wcześniej już napisał takową do kilku moich wierszy. W tekst włożyłam całą swoją moc twórczą. Powstały słowa piosenki, której śpiew już wkrótce rozbrzmiewał w wykonaniu naszej turystycznej studenckiej grupy. Od tamtej pory napisałam kilkanaście wierszy nawiązujących do fabuły i myśli przewodnich zaczerpniętych z treści „Małego Księcia”, którego lektura nieodmiennie inspiruje mnie twórczo. Dokonałam nawet adaptacji (transpozycji) utworu, której celem było przystosowanie go do innej funkcji i struktury rodzajowej. Konkretnie to przeróbka dzieła epickiego na poetycko-dramatyczne. A precyzyjniej – wersja scenariuszowa przedstawienia w formie rymowanej, z podziałem na role, z didaskaliami. Tekst, który potrafią opanować najstarsze przedszkolaki oraz dzieci początkowych klas szkoły. One chętnie bawią się w teatr. Jako pedagog, osoba pracująca przez całe życie zawodowe w przedszkolu, jestem świadoma niedoboru wartościowych przekazów z możliwością ich scenicznej adaptacji. Wysłałam zapytanie do Wydawnictwa MUZA, które jako jedyne posiada licencję na wydawanie polskiej wersji „Małego Księcia”. Niestety, szybko otrzymałam odpowiedź, że nie są uprawnieni do publikowania żadnych adaptacji, a zgodę na takie przedsięwzięcie musi wyrazić Wydawnictwo Gallimard. Cóż, zrezygnowałam z dalszych działań w tym zakresie. We własnej placówce jednak przedstawienie zostało pieczołowicie przygotowane. Zapewniliśmy piękne kostiumy i scenografię, wzbogacając tekst inscenizacji o warstwę muzyczną – piosenki oraz taniec. Widowisko zostało zaprezentowane zarówno na przeglądzie w miejscowym ośrodku kultury, w zaprzyjaźnionych placówkach edukacyjnych, jak i oczywiście we własnym przedszkolu na scenie plenerowej podczas pikniku rodzinnego. Okazało się niebywałym sukcesem, o którym opowiadano w małym miasteczku.

Poza własną twórczością literacką nawiązującą do dziełka „Mały Książę”, zgromadziłam większość nagrań piosenek z nim tematycznie związanych. Niektóre posłużyły jako warstwa muzyczna wystawianego przedstawienia, inne słucham chętnie i regularnie. Potrafią wywołać łzy… Poza piosenkami są filmy zrobione na kanwie treści książki. Obejrzałam i ten, którego scenariusz w miarę wiernie odtwarza treść, jak również i obraz luźniej z tą fabułą powiązany. Niestety, filmy nie wyzwoliły we mnie ani takich emocji, ani  głębszych refleksji. Niebawem w Białymstoku odbędzie się gościnnie spektakl w konwencji Teatru Piasku, który opowiada historię Małego Księcia malowaną na żywo piaskiem, światłem i na wodzie, połączoną z grą aktorów, świateł i cieni oraz techniką szybkiego malowania. Marzę o uczestnictwie w tym wydarzeniu artystycznym. Może się uda.

Moja fascynacja dotyczy jednak przede wszystkim książki. Jej bohaterowie  od dawna są jak starzy dobrzy znajomi – zaglądają do moich okien (okien duszy zwłaszcza), przypominają o swoim istnieniu w różnych sytuacjach. Czasem nawet nie sposób się od nich opędzić. Każda jej kolejna lektura pozwala na odkrywanie czegoś nowego. Podczas ostatniego czytania znalazłam też coś i o nieśmiertelności. Oto nasz mały bohater pod koniec opowiastki próbuje przekonywać narratora, że opuszcza ciało jak nic nie znaczącą powłokę, z jednoczesnym zapewnieniem, że to tylko tak wygląda, jakby umierał. Bo w rzeczywistości powraca na swoją planetę. Co kojarzy się mimowolnie… ze zmartwychwstaniem!

Książkę tę noszę w sobie, jakby krążyła w moim krwioobiegu i przepełniała całe moje jestestwo. Oswoiłam ją i uczyniłam swoim najprawdziwszym przyjacielem. Marzy mi się, by każdy człowiek na świecie mógł choć raz zgłębić tę lekturę. Pragnę, aby nadszedł czas przebudzenia i otwarcia oczu na niewidzialne wszystkim tym, którzy gonią za wartościami pojmowanymi na opak. I dostrzeżenia potrzeby zmiany perspektywy postrzegania świata. Zrozumienia, że są wartości o wiele cenniejsze od bogactw, sławy, oklasków. Zachęcić, aby choć na chwilę zatrzymali się w pogoni za złudnym mirażem. A może to uczynić ta niewielka, mądra książeczka. Ważniejsza od opasłych tomów dzieł uznanych mędrców.  Ona pozwoli odkryć prawdziwą istotę człowieczeństwa. Pomoże spojrzeć zupełnie inaczej  na wiele spraw. Na zmianę zawsze jest czas. Póki są chęci. Póki nie zapadło się jeszcze zbyt głęboko w wygodne kanapy ze wzrokiem utkwionym w telewizyjny czy komputerowy ekran. Warto wziąć do ręki to literackie cudeńko! Ono może odmienić każdego tak, jak odmieniło moje patrzenie na życie i drugiego człowieka oraz relacje z nim. Chyba, że jest się jak kamień porosły mchem. Wtedy już i tym głazem wypadnie pozostać…

Jadwiga Zgliszewska

                                                          Lwie części

Co może być lwie? Jakie właściwie znaczenie ma sformułowanie? Śmiało można stwierdzić, że  określenie odgrywa dużą rolę w  różnych płaszczyznach naszego życia. W celu przybliżenia  sytuacji z zastosowaniem wyżej wymienionego połączenia wyrazów posłużę się sprawą rozwodową, gdzie jedna ze stron zabiera lwią część majątku, natomiast drugiej osobie zostaje to, co ma w tej chwili na sobie i przy sobie.  Należy tez dodać, że  lew jest symbolem władzy, ogromu i odwagi, a więc mówiąc o kimś, że ma lwie serce uznajemy jego wspaniałość.

Moją uwagę przyciągnęła powieść przygodowa w której pojawia się wyrażenie ”lwie serce”. Jest to utwór  z elementami baśni pt. „Bracia Lwie Serce”, napisany przez Astrid Lindgren. Książka wywarła  na  mnie ogromny wpływ, biorąc pod uwagę moje więzy rodzinne i fakt, że mam starszego brata. Wiem jak „miłość” braterska zazwyczaj wygląda w praktyce, więc bardzo łatwo mogę zaliczyć tę powieść do bardzo przyjemnej fantastyki.

W utworze wspominam dwóch chłopców o wielkiej odwadze, ale przede wszystkim o ogromnym uczuciu, które ich łączyło. Była to miłość na miarę lwa. Bardzo rzadko się zdarza, że bezinteresownie człowiek oddaje życie za drugą osobę. Owszem, są takie przypadki, ale jak można mówić o poświęceniu życia, kiedy między rodzeństwem największa bitwa nie toczy się o przetrwanie, jak przed paroma tysiącami lat, tylko o parę skarpetek w innej szufladzie, czy o miejsce w samochodzie. Trzeba przyznać, że często są to problemy na miarę wieku.  Ludzie są bardzo przewrotni i toczą różne walki. Kiedyś potrafili wspólnie walczyć o Jerozolimę, broniąc swoich wartości, a w okresie odbudowy naszego państwa panowie Józef  Piłsudski i Roman Dmowski nie potrafili się porozumieć, bo akurat tak jakoś wyszło, że prowadzili spór o kobietę i potrzebowali mediatora. Faktem jest, że nie byli rodzeństwem. Z doświadczenia wiem, że właśnie dlatego powinno im być łatwiej. Nie musieli się codziennie widzieć, dzielić pokoju, łazienki, tylko z kobietą wyszło nieco inaczej, ale tak już bywa. Z rodzeństwem jest zupełnie co innego. Rozwiązanie musi być na miarę „dzisiejszych czasów” a problemy są często adekwatne do wieku, więc zazwyczaj nasze uczucia, którymi darzymy swoich braci i siostry ogranicza się do oznaczania ich w mediach społecznościowych pod różnymi postami o następującej zawartości: „Oznacz swojego brata albo siostrę – niech wie, że jest lamą”. Osobiście nie mam nic do tych zwierząt,  no cóż więzy rodzinne mogą być zaakcentowane nawet w taki  sposób.

W książce wygląda to zupełnie inaczej – idealnie. Bracia nie toczą ze sobą sporów. Jonatan opiekuje się swoim młodszym bratem Karolkiem, którego często nazywa również Sucharkiem. Opowiada mu różne historie o wspaniałej krainie, w której nie będzie czuł bólu, ani nie będzie miał  żadnych oznak choroby. Przygotowywał w ten sposób Sucharka na śmierć. Bardzo wzruszającym momentem utworu  jest fragment, kiedy podczas pożaru domu Jonatan wbiega, bierze Karola na plecy i razem z nim wyskakuje przez okno i sam ginie. W prawdziwym życiu prawdopodobnie wyglądałoby to tak: Jonatan z ziemi do Karolka na parapecie – Skacz! Skacz! Skacz! A przecież bardzo ważnym elementem w życiu młodego człowieka jest wsparcie ze strony najbliższych. W książce nie ma opisu Jonatana przebywającego w Krainie Cieni, bo niedługo Sucharek umiera i widzimy ponownie dwóch braci razem w cudownej krainie zwanej Nangijalą. Braterska miłość pokonała śmierć? Czyżby?  Nic bardziej mylnego. Idealnie sprawdza się przysłowie „Nie oceniaj książki po okładce”, a szczególnie, że na okładce nie ma nic ciekawego. Dlaczego więc ta książka jest taka wyjątkowa? Pokazuje idealny świat  sielankowej krainy. Nic jednak nie trwa wiecznie, spokój nagle zostaje naruszony przez jakiegoś furiata, zwanego Tengilem. Serio? Ład, porządek, cisza i spokój zostają totalnie zniszczone po jednej stronie gór tylko dlatego, że jakiś dziwak zapragnął władzy. Nie można zapomnieć, że jest to książka dla dzieci, więc idealnie na moim poziomie. Co dalej? Mężni bracia dołączają się do powstańców i razem walczą z tyranem, nie stoją po dwóch stronach barykady jak to często bywa w literaturze, aby spotęgować  dramatyzm. Jest to kolejny argument, który utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to powieść wyidealizowana.

Śmiem twierdzić, iż ów świrnięty władca lubił zwierzęta. Rozumiem go. Sam je bardzo lubię, ale to nie znaczy, że teraz mogę zacząć hodować smoka jak psa i wykorzystywać go do zabijania ludzi. Już sobie wyobrażam, jak by to wyglądało: mój smok nazywałby się Katla, tak jak w książce i każdego wieczoru zastanawiałbym się, kto był dzisiaj dla mnie niemiły. Następnie do Katli – Widzisz tego pana w niebieskim? Nie ustąpił mi dzisiaj pierwszeństwa na przejściu dla pieszych, bierz go. Chora wizja, dzięki której pewnie w kolejnym kraju zapanowałby autorytaryzm. Byłbym następną osobą zaraz po dwóch panach z charakterystycznymi wąsami. Na szczęście nie mam wąsów i smoka, więc wszyscy mogą czuć się bezpieczni.

Dzielni bracia przeżywali wiele wspaniałych przygód. Jedną z nich pokrótce omówię. Pewnego razu chłopcy poszli nad rzekę. Podczas kąpieli zobaczyli płynącego żołnierza Tengila. Ów żołdak płynął stylem na kamienia, czyli głównie z góry na dół i trochę w przód. Jak ludzie o lwim sercu mogliby nie okazać swojej dobroci nawet jemu? Szybko weszli na drzewo pochylone nad rzeką i sprawnie wyciągnęli żołnierza. Jest to piękny przykład miłości bliźniego. W Biblii wielokrotnie pojawia się stwierdzenie, że trzeba miłować wszystkich, a w szczególności swoich wrogów. Książka uczy dzieci już od najmłodszych lat moralności i miłości. Jednak wciąż zastanawia mnie, skąd ten człowiek wziął się w rzece? Skoro ja wiem, że nie umiem pływać, to się nie pcham bez koła ratunkowego do wody. Rozumiem jednak, że nie znano wówczas koła ratunkowego. Jakie to ma odniesienie do mojego życia? Poza tym, że niegdyś zgodnie z bratem orzekliśmy, iż ten wyczyn jest godny medalu z ziemniaka, to nie ma żadnego. Ale bardzo istotnym faktem jest, że dzięki powieści doszliśmy z bratem do porozumienia i wspólnego wniosku.

Pomimo trudności w postaci zdrajcy chłopcom udało się dostać na drugą stronę gór. Poznali tam starszego pana o białych włosach –  Mateusza. Ten fragment ukazuje wzorcowe relacje międzyludzkie pod postacią współpracy międzypokoleniowej dwóch chłopców ze starszym panem. Wspomnianemu starcowi kolor domu idealnie pasował do włosów, ponieważ wszystkie domy po tamtej stronie gór musiały mieć kolor biały. Oczywiście było to polecenie wcześniej wspomnianego, zdrowo walniętego miłośnika zwierząt, który zwał się panem i władcą. Nadszedł czas na walkę ostateczną. Wojska Tengila walczyły przeciwko siłom powstańczym. Jak się można domyślać powieści dla dzieci muszą mieć dobre zakończenie. Zgadza się, Tengil został pokonany razem z jego pieso-smokiem. Niestety Jonatan został poparzony ogniem Katli. Nie ma to jak „pies” ziejący ogniem. Chłopakowi groził paraliż do końca życia. Sucharek wspominając heroiczny czyn brata postanowił wziąć go na ramiona i skoczyć z nim w przepaść, bo przecież śmierć jest najlepszym rozwiązaniem problemu. Okazało się, że chłopcy spadając w przepaść ujrzeli światło. Była to kolejna kraina – Nangilima. Byli jak koty, które mają dziewięć żyć. Tak naprawdę nie wiadomo do końca, czy w następnej krainie nie znalazł się kolejny psychopata i ile jest jeszcze krain.

Reasumując. Co ta książka we mnie zmieniła?  Nadal potrafimy walczyć z moim bratem do ostatniej parówki, czy o koszulkę w innej szafce. Mimo tego omawiana powieść pomogła mi zrozumieć, jak ważne jest rodzeństwo. Zawsze możemy na siebie liczyć zwracając uwagę na prawo, które mówi: „Ja się z nim kłócę i spieram, ale ty nie masz prawa go tknąć”. Jest to piękne prawo, które działa w dwie strony. Obaj wiemy, że jeżeli ktoś zaczepia któregoś z nas, to ma przerąbane i to podwójnie. Pomijając znaczną poprawę relacji  z moim bratem  opowieść zupełnie zmieniła moje postrzeganie śmierci, jako przejście do nowego, lepszego życia tak, jak mówi o tym religia chrześcijańska. Na koniec chciałbym przekazać krótkie przesłanie dla wszystkich rodzeństw: trzymajcie się razem i wspierajcie zawsze w trudnych chwilach!

Jacek Łantowski

Miłość i pasja

Trudno jest mi stwierdzić definitywnie, że jest to moja książka życia. Było ich wiele godnych uwagi i takich, co się pamięta latami i chętnie do nich wraca. Wybrałam jednak do moich rozważań książkę, która wpadła mi w ręce gdy byłam młodą dziewczyną. Bardzo mnie zaciekawiła a sentyment do niej pozostał do dnia dzisiejszego. Zaintrygował mnie sam tytuł „Miłość niejedno ma imię” autora Pierre La Mure. Pomyślałam, o czym może być ta książka, o jakich miłościach i do kogo? Przewertowałam parę kartek i wsiąkłam na dobre. Jest to powieść biograficzna, ciekawie i przystępnie napisana. Przedstawia życie i twórczość wielkiego kompozytora Feliksa Mendelsona, ale także zdradza różne tajemnice odnośnie życia innych żyjących i nie żyjących „Wielkich”  z tamtych czasów. Byłam zdumiona, że można z tak dużym zaciekawieniem czytać biografię. Nie było tam suchych faktów, dat, zdarzeń. Tłem, całej powieści były większe i  mniejsze miłostki Feliksa do różnych kobiet, oczywiście wielka miłość do swojej żony Cecylii oraz pasja do muzyki. Muzyka jest tu wszechobecna. Można powiedzieć, że Mendelson miał dwie miłości: kobiety i muzykę. Jego zaangażowanie do wykonania „Pasji wg św. Mateusza” Jana Sebastiana Bacha, było niesamowite. Natrafił na rękopis tego wielkiego dzieła i czuł się za niego odpowiedzialny. Przekonując Radę  miasta Lipska o konieczności wystawienia tego wspaniałego, wielkiego dzieła, tak argumentował  ”cyt. „Moim zdaniem, panowie, jest to dzieło niezwykłego piękna, jedyne w swoim rodzaju na tle światowego dorobku muzycznego i świat na zawsze pozostanie wam wdzięczny za to, że umożliwiliście przywrócenie go życiu”. Nie było to proste, „Poruszył niebo i ziemię”. Trudno było przekonać zatwardziałych konserwatystów o wydaniu czegoś nieznanego, znalezionego w stertach makulatury, w którą miejscowy rzeźnik zawijał mięso klientom. Trzeba przecież wydać grube pieniądze na zrealizowanie takiego przedsięwzięcia. Spędzało mu to sen z oczu, myślał o rezygnacji, to znowu walczył. Nie poddał się. Pomogło mu w tym też nie bez znaczenia, jego pochodzenie, ponieważ pochodził z bankierskiej, zamożnej rodziny, wsparcie kochającej żony, jego pozycja społeczna i wielki upór. Muzyka Bacha zawdzięcza swój powrót na sceny koncertowe Mendelsonowi, wcześniej praktycznie była nieznana. „Historia nie zna przypadku, by artysta uczynił tyle dla swego poprzednika.”.

Uświadomiłam sobie wtedy jakie ważne w życiu są pasje, zaangażowanie. ale i to że warto i trzeba myśleć o innych i być im pomocnym bezinteresownie, dać im cząstkę siebie. Powinniśmy kochać to co robimy i konsekwentnie dążyć do celu, bo tylko wtedy będziemy szczęśliwi. Zastanawiałam się wtedy nad swoją drogą życiową, nad zawodem  który wybrałam czy oby dobrze. Czy uniosę ten ciężar odpowiedzialności za ludzkie życie?  Nie łatwy to był wybór bo miałam tylko 14 lat gdy rozpoczęłam naukę w Liceum Medycznym, choć zapędy charyzmatyczne miałam od dziecka.

Pamiętam zderzyłam się wówczas z brutalną rzeczywistością. Śmierć, cierpienie i często bezradność. Ogarniały mnie chwile zwątpienia czy oby to ta droga. Słyszałam nieraz jak mówiono :„a co to za zawód, narobisz się i nie zarobisz, taki niewdzięczny i ciężki”. Postanowiłam jakby na przekór wszystkim, skończyć to co zaczęłam. Praca dawała mi bardzo dużo satysfakcji. Nieważne było zmęczenie, stres, mała pensja. Myślałam wtedy czy to pasja, chyba trochę dziwna, raczej misja , posłannictwo, ale byłam szczęśliwa, że udało mi się, choć na trochę wywołać chociażby mizerny uśmiech na obolałej twarzy. W chwili zwątpienia i przysłowiowego „doła”, brałam tę książkę z półki, bo miałam ją w swoich zbiorach i zagłębiałam się w jej treść. Lubiłam po nią sięgać, była moją ulubioną. Odpływałam wówczas w inny świat. Za każdym razem odnajdywałam coś innego, coś co  na nowo mnie zaskakiwało.
Pamiętam, gdy czytałam fragment o koncercie Chopina dla garstki słuchaczy, poczułam ukłucie w sercu, coś we mnie zadrgało. Autor tak opisuje jego grę „…porwany jakąś wewnętrzną pasją, uniósł w górę obie ręce i runął całym swym ciałem na klawiaturę, z której zagrzmiały początkowe akordy ”Etiudy rewolucyjnej” Wzburzone fale dźwięków, zawrotne bogactwo tonów, były jak przeraźliwy, skłębiony krzyk- wezwanie „do broni” rzucone narodowi, który kona. I cały naród w całunie tej muzyki szedł na stracenie. Czytając ten fragment, teraz po wielu latach, jako dojrzała osoba, poczułam i usłyszałam tę muzykę. Moja wyobraźnia zadziałała, miałam gęsią skórkę. Lubiłam i lubię muzykę klasyczną, fortepian ,organy., skrzypce. Chopin był dla mnie i jest wyjątkowym kompozytorem, jak pewnie dla większości. Kiedyś marzyłam o graniu na fortepianie. Szukałam nawet w tajemnicy przed rodzicami szkoły muzycznej, ale niestety na poszukiwaniach i marzeniach się skończyło. Po prostu było już za późno, ze względu na wiek. Marzenia trzeba jednak mieć, nawet jeżeli nie możemy je spełnić. Będąc w Paryżu, po wielu latach odnalazłam grób Fryderyka Chopina na cmentarzu  Pere-Lachaise. Niesamowite uczucie, byłam pod wielkim wrażeniem.
Rozpisałam się o pasji, czas na miłość, chociaż chyba powinnam od niej zacząć, bo która młoda dziewczyna nie myśli o romantycznej i wspaniałej miłości. Pomarzyć dobra rzecz ale w życiu różnie bywa. Tak jak już wspominałam, kobiety nie stroniły od Feliksa  i z wzajemnością. Posiadał wszystkie walory: był przystojny,  z pozycją ,dobrze urodzony, mądry i zamożny. Kiedy znalazł tę jedną jedyną, był szczęśliwym człowiekiem. Nie obyło się jednak bez burz i rozterek miłosnych. Feliks dopuścił się zdrady. a ja czytając o tym, byłam wściekła na nich oboje. Na niego, że podeptał i zaprzepaścił wielkie uczucie, a na nią, że skrywała swoje uczucia i nie pielęgnowała tych uczuć.
Wtedy jeszcze niewiele wiedziałam o mężczyznach i o życiu, teraz wiem, że mężczyzna sam się nie domyśli, trzeba mu wszystko dosadnie powiedzieć. Oboje jednak powinni pielęgnować uczucia i dbać o swój związek. Podobał mi się fragment, gdy Feliks się opamiętał i żałował swego zachowania. Rozważał o miłości, namiętności cyt.: ”Namiętność  przechodzi przez serce jak huragan, wstrząsa nim, zostawia po sobie gruzy, ale mija. Ale poza pożądaniem jest jeszcze inne uczucie: uczucie które obejmuje nie tylko ciało, ale umysł, serce i duszę. Poza pożądaniem, jak słońce poza zasłoną chmur, pali się niezmiennym blaskiem prawdziwa trwała miłość, która łączy dwie ludzkie istoty, nie tylko na to życie ale i na całą wieczność”.
Myślałam wtedy czy oby taka prawdziwa miłość istnieje? Człowiek w życiu błądzi, upada,  ale też się podnosi. Ważne jest przyznanie się przed samym sobą i wyciągnięcie wniosków. Mary Pickford mówi: „Upaść to nie porażka. Porażką jest się nie podnieść”. Dlaczego tak w życiu jest, że doceniamy dopiero po stracie, to co  mieliśmy. Zastanawiałam się długo nad tym,  a temat jest ciągle aktualny. Uważąm że wzajemny szacunek i wsparcie wzajemne w trudnych chwilach cementuje związek.

Na zakończenie coś z humorem, wypowiedź przyjaciela  Feliksa

Miłość to choroba nerwu wzrokowego; dotknięci nią widzimy rzeczy nieistniejące

Halina Wiszowata

Podlaska Redakcja Seniora Białystok
Opracowanie: Jolanta Falkowska

Post Author: Redakcja Białystok