Wyróżnienia w IV Edycji Konkursu SREBRO NIE ZŁOTO

Wyróżnienia Podlaskiej Redakcji Seniora w IV Edycji konkrsu SREBRO NIE ZŁOTO w kategorii Polka Niepodległa – wiersz

Jolanta Maria Dzienis z Białegostoku za wiersz „Babcia” w kategorii Polka Niepodległa a dodatkowo za wiersze w kategorii ogólnej SREBRO NIE ZŁOTO: „Odrobiny słońca” i „Ptakiem być

Babcia

W ogródku Babci kwiaty kwitną w stałych porach
Każdy o odpowiednich zapachach, kolorach
Trawy puszą się w różnych odcieniach zieleni
Tworząc wizję magiczną, aż się w oczach mieni

A Babcia rozstawiając drewniane sztalugi
Akwarele szykuje, pędzel jeden, drugi
Wodę w słoiczki wlewa, kapelusz nakłada
Słucha, co o pogodzie Czarna Hańcza gada

Nic jej w chwili natchnienia nie może zaskoczyć
Sprawnie barwy dobiera, mrużąc piwne oczy
Po czym kładzie na płótno drobnymi plamkami
Aż obraz jej rozbłyśnie zgodnie z zamysłami

Późnym wieczorem, kiedy ostatni wnuk zaśnie
Tworzy kartki świąteczne, wprost z krainy baśni
Sypie na nie subtelnie pył zaczarowany
Z bombek złotych utartych w moździerzu miedzianym

Gdy zaś zegar wybija dwunastą godzinę
Przychodzi czas współpracy z profesorem Zinem
Kreśli dla niego piórkiem budowle drewniane
Z okolic Suwalszczyzny starannie wybrane

Taką Babcię pamiętam, damę w każdym calu
Artystkę, feministkę, pełną godnych zalet
A że węglem nie władam, ani też farbami
Zostawiam wam jej portret słowem malowany

Jolanta Maria Dzienis

***

Odrobiny słońca

Zanim nadejdzie pożegnania pora
Puszczy Augustowskiej pogrążonej w śnie
Znajdziesz mnie nad brzegiem każdego jeziora
W bezmiarze szafirowym zatopioną, gdzie

W przejrzystej głębi słońca odrobiny
Migocą, kusząc złotem rozsypanym
Muskam je leniwie w upalne godziny
Przesiewając wodę pomiędzy palcami

Napełniam kruszcem niespokojne zmysły
Spragnione lśnienia w codziennej szarości
Spijam z fal rozbryzgów ulotne pomysły
Magiczny eliksir bezgrzesznej młodości

Wiatr pyłem słońca, z powietrza zebranym
Znaczy szlak złoty na otchłani ścieżce
Kusi, by wyruszyć w Posejdona bramy…
Pobiegnę po skarby, lecz nie dzisiaj jeszcze…

Jolanta Maria Dzienis

***

Ptakiem być…

Morskie, ciężkie fale, jak ptaki zmęczone
Godzinami lotu po rozgrzanym niebie
Do stóp przypadają, słońcem wygładzone
Z sykiem umykając przy schwytania próbie

Słona bryza duszne powietrze przesyca
Z bogactwem zapachów Orientu się miesza
A mnie tęskno do blasku chłodnego księżyca
Pragnę swoje zmysły Podlasiem nacieszyć

Senne kwiaty Arabii żarem napełnione
Nie zastąpią w niczym kolorowej łąki
Wieczorem mgieł gęstych srebrem otulonej
Rankiem rozbudzanej piosenką skowronka

Śnią mi się suwalskie, burzliwe jeziora
Z żywicznie pachnącą puszczą dookoła
Słodycz poziomek, zaraz nadejdzie ich pora…
Wracam z bocianami, Podlasie mnie woła!

Jolanta Maria Dzienis

Daniela Bednarek z Zelowa za wiersz „Święta świętością syna” w kategorii Polka Niepodległa

  Święta świętością syna

Pamięci Marianny Popiełuszko

Cicha pokorność bólem zgieta
i pracowita tak jak nikt .
Pobożna dobroć, prawie święta.
Na kolorowej chuście łzy.

Wiara ją z kolan unosiła,
choć nie raz trudno było iść,
trwała przy Synu jak Maryja,
aż po ostatnie ziemskie dni.

Matka ze wszystkich mam najlepsza,
co na Golgotę niosła krzyż
swojego Syna – Męczennika
i współcierpiała razem z nim.

Ile ty, matko, wycierpiałaś,
ile wylałaś gorzkich łez,
z których Różaniec Przenajświętszy
oplótłby ziemię wzdłuż i wszerz.

Matko, świętością Syna święta,
z Rożańcem szłaś do nieba bram.
Tyś Jego świętość wymodliła.
Ofiara krzyża spełnia się nam.

Daniela Bednarek

                  

Irena Świerżyńska z Białegostoku  za wiersz w kategorii Polka Niepodległa „Matko sama szukaj raju”

Matko sama szukaj raju

Matko sama szukaj raju
pąki rosną kwiaty blisko
Ktoś – pomoże
dal rozjaśni

Orzeł Biały i korona złota
tło czerwone
pamięć, chwała, krew i łzy
siła honor i Ojczyzna
głośno wszędzie

tam
za ramą cisza dzwoni
szukaj, daj
otwórz ciepłe drzwi

jest i było
stop
wszystko

odszedłeś za wcześnie
nie pora
nie czas na tamto
westchnienie i tamten las
tu i tam
krzyż i głaz
tylko
ptak śpiewa

Irena Świerżyńska

Wyróżnienia Podlaskiej Redakcji Seniora w IV Edycji konkrsu SREBRO NIE ZŁOTO w kategorii Polka Niepodległa – proza

Władysław Amielańczyk z Sokółki za prozę w kategorii Polka Niepodległa „Oczekiwanie”

                                  Oczekiwanie    

 Podlasie, tak jak pozostałe regiony ściany wschodniej naszego kraju, zawsze uważane było za biedne i zacofane. Małe rozdrobnione gospodarstwa rolne z trudem pozwalały utrzymać wielodzietne rodziny. Dzieci wysyłano do szkoły zimą, w pozostałych porach roku służyły do pracy.

Nauka uważana była za stratę czasu. Analfabetyzm był powszechny.
Takie były też wioski obecnego powiatu sokólskiego. Rozbiory, wojny odcisnęły tu szczególne piętno. Bardzo powoli, niejako wbrew woli mieszkańców, docierała tu nowoczesność.

Zamiana sierpa na kosę przychodziła z dużymi oporami. Uważana była za grzech i zagrożenie utratą kłosów. Młóciło się cepem, żeby było dokładniej, z mniejszą stratą ziarna. Podobnie było w innych dziedzinach życia. Odważnych, próbujących coś zmienić, nie było wielu. Jeszcze przed II Wojną Światową, nie widząc szans, wyjechali za chlebem do USA, Kanady, Argentyny.
Po wojnie start do rozwoju, kariery życiowej, również był ograniczony. Szansę stwarzały pojawiające się jednostki wybitne, zarażające optymizmem, pomysłami, jak iść do przodu nie czekając, aż ktoś inny podaruje lepsze życie. Często były to kobiety.
Rodzina Genowefy była dość typowa dla ówczesnej rzeczywistości. Dziewczyna z dwunastoosobowej biednej rodziny, poślubiła chłopaka o podobnym statusie.

Mąż Wiktor pracowity, uczciwością uosabiający dziesięcioro bożych przykazań, pogodzony z istniejącą rzeczywistością. Genowefa różniła się od męża ciekawością życia, świadomością istnienia innego, lepszego świata, rozkochana w książkach, zaszczepiająca tę miłość swoim dzieciom. To ona była inicjatorką zmiany – wyjazdu na Ziemie Odzyskane, przeprowadzki niewyobrażalnej dla Wiktora. Była też odpowiedzialna za organizację całego przedsięwzięcia.

Dla męża argumentem przeważającym było zapewnienie, że wyjazd będzie czasowy, tylko po to, by zdobyć środki na stworzenie warunków do godnego życia. Po powrocie w rodzinnej wsi, którą opuścili na cztery lata, nie zmieniło się wiele.

Zebrane pieniądze wystarczyły na rozpoczęcie budowy domu na swojej ziemi. Oboje, a szczególnie Genowefa, przeżywali bardzo brak wykształcenia. Sześć klas szkoły powszechnej przed wojną to było wszystko, co mogła osiągnąć. Czuła więc potrzebę ustawicznego dokształcania się. Czyniła to poza codziennymi obowiązkami gospodyni, żony, matki, ciężko pracując w ciągle powiększanym gospodarstwie rolnym.
Marzenia Genowefy o edukacji skupiły się głownie na dzieciach, których urodziła pięcioro. Wykształcenie całej piątki stało się głównym celem małżonków.

Mimo materialnych niedostatków, bez obecnego 500+, cała piątka ukończyła wyższe studia. W tamtych czasach było to ewenementem zarówno w bliższej jak i dalszej okolicy.
Po osiągnięciu wieku emerytalnego i zredukowaniu gospodarstwa rolnego do minimum rozpoczął się dla Genowefy kolejny etap życia. Czas wypełniony nową pasją, pracą społeczną wśród kobiet wiejskich, działalnością w organizacjach rolniczych najpierw wiejskich i powiatowych, później wojewódzkich, i centralnych. Tej bezinteresownej pracy na rzecz wsi poświęciła się bez reszty.

Zyskując szacunek i podziw kobiet wiejskich, zmieniała oblicze własnej wsi, wpływając na bliższe i dalsze otoczenie. Dzięki niej, Polce Niepodległej, rodzinna wieś budziła się z marazmu.
Genowefa była założycielką i pierwszą przewodniczącą Koła Gospodyń Wiejskich. Kobiety organizowały szkolenia i konkursy: kurs kroju i szycia, przysposobienia rolniczego, kulinarny, konkurs uprawy lnu, wychowu cieliczek, pokazy fryzjerstwa damskiego, pogadanki na temat ochrony zdrowia i pielęgnacji niemowląt. Inicjatorką tych i podobnych działań była Genowefa.

Jako społecznik była radną Powiatowej Rady Narodowej w Sokółce, pełniła funkcje w Komitecie Dostawców Mleka, w Radzie Banku Spółdzielczego Gminnej Spółdzielni, w Społecznej Komisji Pojednawczej, była przewodniczącą Powiatowej Rady Kobiet, prowadziła księgowość w miejscowym Kółku Rolniczym. Z czasem została włączona do prac społecznych w organizacjach rolniczych wyższego szczebla, w Wojewódzkiej Radzie Kobiet, w Komisji Samorządowej Rady Wojewódzkiej Związku Kółek Rolniczych w Białymstoku, której była przewodniczącą, w Radzie Głównej ZKR w Warszawie.
Szczególną rolę odegrała w krzewieniu kultury i oświaty. Była współzałożycielką zespołu artystycznego, który początkowo urozmaicał wesela, spotkania towarzyskie we własnej wsi, a później rozszerzył działalność. Występując w oryginalnych strojach ubarwiał uroczystości powiatowe i wojewódzkie.

W dniu święta ludowego w Zielone Świątki w Banku Spółdzielczym w Sokółce przedstawił inscenizację piosenki „U prząśniczki siedzą…”, połączoną z przędzeniem na starych kołowrotkach. Panie wystąpiły także w wojewódzkim przeglądzie 30 amatorskich zespołów KGW na scenie białostockiego teatru, zajmując drugie miejsce. Projektantką strojów ludowych, szytych we własnym zakresie, autorką tekstów piosenek, monologów była również Genowefa.
W plebiscycie ogłoszonym w czasopiśmie „Gospodyni” otrzymała „Order Serca”. Jak pisano otrzymała go „ Za wychowanie i wykształcenie swych dzieci, za aktywną pracę społeczną, za szerzenie od lat kultury wśród kobiet na wsi”.

Na wniosek lokalnych organizacji rolniczych została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. W 1979 r. Rada Państwa uhonorowała ją Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Dekoracja odbyła się w Białymstoku podczas marcowego Święta Kobiet. Komunistyczne władze doceniły jej działalność, mimo że była osobą głęboko wierzącą i praktykującą, nie należącą do żadnej partii.
O pracy Genowefy pisała prasa regionalna i krajowa. W wieczór wigilijny 1979 roku w telewizji został wyemitowany specjalny reportaż o niej. W ogólnopolskim konkursie „Jestem matką” pamiętnik Genowefy „Mam doktorów i Magistrów” uzyskał wyróżnienie i nagrodę pieniężną.
Od 65. roku życia z powodu postępującej choroby stopniowo rezygnowała z działalności społecznej. Zmarła 5 maja1987 r.
Kiedy zabrakło Genowefy, na wsi stopniowo zanikała praca społeczna, powracała stagnacja. Od wielu lat nie ma Koła Gospodyń Wiejskich, nie ma gwaru, radosnych i ciekawych spotkań. Starsi poumierali. Młodzi, bardziej energiczni, w pogoni za dobrobytem, wyjechali do Anglii, Irlandii, USA, Australii. Pozostali nie zajmują się rolnictwem. Pobierają dopłaty unijne z tytułu posiadanej ziemi. Wielu z nich pije, nie stroni od narkotyków. Inni zajmują się biznesem, w którym większa edukacja, uważana jest za stratę czasu. Jest więc hydraulik, elektryk, stolarz, mechanik samochodowy. Są handlujący piachem, drzewem, dywanami itp. To oczywiście dobrze. Pracują, świadczą usługi. Niestety, motywem przewodnim działania, często jedynym, jest zdobywanie kasy, rywalizacja, kto ma lepszy samochód i pałac zamiast domu. Góruje snobizm. Uczucia wyższe, więzy rodzinne, zanikają. Wspólne bycie to uczestnictwo w mszach i pogrzebach, które przetrwały jako tradycja, ale służą w dużym stopniu do popisów na kreacje i wystrzałowe samochody.
Sakramenty często nie mają nic wspólnego z przeżyciem religijnym. Chrzest, pierwsza komunia to pokazy mody i wyścigi na prezenty. Śluby i wesela na miejscu to obciach. Odbywają się one w renomowanych domach weselnych w Białymstoku, Warszawie, Rzymie, z oprawą uroczystości wzorowaną na imprezach wielkich gwiazd.
Mimo zamożności szerzą się choroby cywilizacyjne. Dotykają coraz młodszych. Plagą naszych czasów staje się samotność i depresja, nierzadko kończące się samobójstwem. Jest bogato, ale smutno i osobno.
Moja wieś czeka na współczesną Polkę Niepodległą, na odbudowanie tożsamości środowiska, w którym żyjemy, na pogłębienie więzi rodzinnych i społecznych na przywrócenie wyższych wartości, takich jak patriotyzm, solidarność, życzliwość i szacunek dla innych.
Pamięci mojej Mamy – wspaniałej wychowawczyni, żarliwej patriotce Ziemi Podlaskiej.

Władysław Amielańczyk

 

Irena Piwowar „Orynka” z Bielska Podlaskiego  za prozę „Kamienny Różaniec” w kategorii Polka Niepodległa

Fragment książkiKamienny różaniec

Mała wioseczka, zagubiona w lesie, zewsząd otulona gęstwą starych drzew. Jest noc. Cisza, gdzieniegdzie odzywa się puszczyk, pohukując. Pyzaty księżyc wędruje po niebie, pokonując odwieczną trasę z zachodu na wschód. Z daleka słychać odgłosy strzałów i huk wojennej zawieruchy.
Rok 1941, wojna, front, głód. Jeszcze tylko w takich zawieruszonych wioseczkach jest jako taki spokój.
Pani Nadzia, matka czwórki małych dzieci, jest w domu sama z dziećmi i z matką. Z wieczora była jakaś taka niespokojna, tak jakby czuła, że coś się stanie. Nie umiała sobie znaleźć miejsca.
Nagle w środku nocy usłyszała jakieś krzyki, ujadanie psów i pojedyncze strzały. Usiadła na łóżku i gorączkowo, pospiesznie, trzęsącymi się rękami zaczęła się po omacku ubierać i mówić głośno pacierz.
Wtem usłyszała głośny łomot w drzwi i potok przekleństw po rosyjsku. Wyszła przed dom. Ujrzała ciężarówkę, omiatająca reflektorami całe podwórze. Byli to Rosjanie. Kazali się ubierać i wsiadać do ciężarówki. Nikt nic nie mówił. Jak w filmie kamera zwolnionymi ruchami pokazuje: pani Nadzia ubiera dzieci, babcia ubiera się sama. Kobieta zdążyła do węzełka zabrać bochenek czerstwego chleba i kawałek słoniny.
Poczuła jakieś ręce, które wyrzuciły ją w górę, do samochodu. Ktoś podawał jej pospiesznie dzieci, a na końcu wrzucono babcię. W samochodzie z plandeką tłoczyła się grupka ludzi wcześniej zabranych z innych wiosek. Martwa cisza! Nawet dzieci nie płakały. Przerażonymi, szeroko otwartymi oczami patrzyły w milczeniu. W głowie pani Nadzi świdrowała jedna myśl. Dokąd nas wiozą? O co chodzi?
Ruszyła kawalkada samochodów, głuchą, ciemną nocą. Martwa cisza, tak jakby tymi samochodami nikt nie jechał. Nikt nie przejmował się biednymi tułaczami, wywożonymi gdzieś, nie wiadomo gdzie.
Po pewnym czasie samochody stanęły. Ludzie wyskakiwali zmęczeni. Kto upadł, przerażony pospiesznie się zbierał. Blady świt oznajmiał światu, że wstaje nowy dzień. Byli przy torach. Tu stały bydlęce wagony. Ludźmi nikt się nie przejmował. Pani Nadzia trwożnie rozglądała się na boki, czy wszyscy są obok niej. Starsze dzieci kurczowo trzymały się rąk babci, zaś młodsze, popłakując z cicha, stały obok pani Nadzi. Skamieniała twarz kobiety, nie ukazywała żadnych emocji, tylko w struchlałym sercu zastanawiała się, co dalej? Co z nami będzie?
Wsiedli do tych bydlęcych wagonów i ruszyli w nieznane. Jechali długo. Wycieńczeni, wygłodniali. Nie wszystkim było dane dojechać do celu. Ludzie umierali z głodu i braku wody. Nie było sanitariatów. Tak tych ludzi, stłoczonych jak bydło, wleczono w nieznane. Co za los? Po co to komu?
Wreszcie, gdzieś chyba po upływie miesiąca, ich podróż dobiegła końca. Krzykami w obcym języku wyganiano ich z wagonów. Jakiś napis obcojęzyczny, głosił, że jest to stacja Bisk. Z daleka widać było wysokie góry. Ktoś im powiedział, że są to góry Ałtaj. Tam daleko na środku, najwyższy szczyt – to Biełucha.
Znowu podstawiono samochody, które ruszyły do miejsca docelowego. Pani Nadzia omiotła smutnym wzrokiem swoja grupkę, przeżegnała się i z rodziną wsiadła do samochodu. Ruszyli. Wieziono ich jakimiś wertepami, trzęsło nimi, aż dojechali do sowchozu Bierezowska. Byli daleko od domu. Stanęli u wrót jakiejś nowej nieznanej drogi. Wysiedli i ruszyli do wyznaczonej kwatery, dusznej, zapluskwionej i brudnej po poprzednich mieszkańcach. To był ich nowy dom. Tak zaczęło się nowe życie, na wygnaniu.
Gdzieś daleko została ich wioska, dom, Polska. Od dziś muszą nauczyć się żyć na nowo. Nie ma tu ich krówki łaciatej, ani pieska Burka, nie ma ich kur, są tylko pola słoneczników ciągnące się w górę, pola ziemniaków, no i lasy.
Najstarszy miał 12 lat, to przydzielono go wraz z matką do pilnowania magazynów zbożowych. Mała Mania też chodziła do pracy: zbierała słoneczniki na olej i jagody. Częściej byli głodni niż najedzeni. Młodsze dzieci zostawały z babcią w domu. W tym czasie babcia zaczęła mocno chorować. I tak żyli z dnia na dzień. Taki dziwny los ludzki, można by rzec:
„ Jak listki na wietrze, rozsypani po świecie, po niektórych zostały tylko nagrobne kamienie, jak rozsypane paciorki różańca, a po niektórych pozostała tylko pamięć najbliższych, bo i nie ma kamienia nagrobnego. Ach, sudźba moja sudźba, pocziemu?”
Irena Piwowar (Orynka)

 

Marian Biziuk z Sokółki za wspomnienie „Jak wypiekano chleb” i prozę „Matka”

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba

Podnoszą z ziemi przez uszanowanie

Dla darów Nieba..

C.K.Norwid

JAK WYPIEKANO CHLEB .

Dziś wiele osób wypieka chleb we własnym zakresie używając specjalnego automatu. Wrzuca się do tego urządzenia odpowiednią ilość składników, naciska guzik i po upływie zaprogramowanego czasu wyjmujemy chleb „domowego wypieku”. Inni wyrabiają ciasto chlebowe z mieszanki mąki żytniej i pszennej lub maki chlebowej, które są do nabycia w sieci handlowej. Do wyrośnięcia ciasta stosują drożdże, rzadziej zakwas. Bochenki chleba formowane są w specjalnych blaszkach i wypiekane w piekarnikach elektrycznych lub gazowych. Do ciasta dodawane są różne dodatki: siemię lniane, pestki słonecznika lub dyni, posypywane makiem itp. Jest to technika kłopotliwa, rozciągnięta w czasie i nie zawsze kończąca się pozytywnym wynikiem.  Często wychodzi tzw. zakalec.

W sklepach można nabyć chleb „domowy, razowy, babuni, żytni” itp, ale czytając etykietę możemy stwierdzić, że poza nazwą to pieczywo nie ma nic wspólnego z chlebem razowym, gdyż jest nafaszerowane konserwantami i różnego rodzaju E

A jak było z chlebem w latach trzydziestych ubiegłego wieku.? W latach, w których przyszedłem na świat? Piekarń przemysłowych w naszym mieście nie było. Małe piekarnie rodzinne były prowadzone przez Żydów. Na ul. Białostockiej była jedyna piekarnia polska pana Całusa. Większość rodzin, a szczególnie rolników, wypiekało chleb we własnym zakresie. W każdym domu, w trzonie kuchennym był specjalny piec do pieczenia chleba. U moich rodziców do pieca chlebowego wchodziło pięć dużych blaszek i jedna mała. Dawało to w sumie dosyć dużą porcję jednorazowego wypieku, który pokrywał dwutygodniowe zapotrzebowanie naszej rodziny.

Na trzy dni przed wypiekiem chleba matka robiła z mąki żytniej razowej rozczyn do ciasta chlebowego. Używało się do tego dzieży. Było to duże, drewniane, cylindryczne naczynie o średnicy ok. 120 cm i wysokości ok. 80 cm. Zrobione z klepek drewnianych na wzór beczki, ściśnięte stalowymi obręczami. Dzieża była używana tylko do zarabiania ciasta chlebowego. Do dzieży wsypywało się odmierzoną ilość mąki żytniej razowej i rozprowadzało ciepłą wodą bez dodatku drożdży. Dzieżę z rozczynem ustawiało się w ciepłym miejscu aż do momentu złapania zakwasu. Oznaką był początek procesu fermentacji. Z rozczynu zaczynał się intensywnie wydzielać gaz w postaci wielkich pęcherzyków. W zależności od szybkości rozwoju drożdży był to drugi lub trzeci dzień od zarobienia rozczynu. Wtedy matka do rozczynu dodawała następną porcję mąki w takiej ilości, aby po wymieszaniu uzyskać ciasto chlebowe o jednolitej i odpowiednio zagęszczonej konsystencji. Zarabianie ciasta trwało około 0,5 godz. Była to ciężka praca. Po zakończeniu mieszania ciasto zaokrąglało się, kreśliło duży znak krzyża i w jego środku, pięścią, wyciskało się zagłębienie sięgające aż do dna dzieży. Dzieżę przykrywano czystym płótnem i umieszczało w ciepłym miejscu do wyrośnięcia ciasta. Koniec rośnięcia ciasta sygnalizowało wyraźne zwiększenie jego objętości i zasklepienie się otworu.

W tym momencie rozpalano w piecu. Piec chlebowy był opalany specjalne przygotowanym drewnem, o które musiał zadbać ojciec. Polana były długie, grube i pochodziły z drzewa liściastego, dobrze wysuszonego. Nad odpowiednim nagrzaniem pieca czuwała matka. Wiedziała ile drzewa należy załadować do pieca, kiedy rozsunąć rozpalone węgle po wszystkich kątach pieca, kiedy przerwać proces opalania pieca. Piec musiał być równomiernie ogrzany do odpowiednio wysokiej temperatury. Do rozsuwania płonących bierwion i rozpalonego żaru służyła tak zwana kaczerha. Był to długi drewniany kij, zakończony w kształcie litery T.

Gdy opalanie pieca dobiegało końca, wtedy ciasto chlebowe wkładano do 5- ciu dużych blaszek, uprzednio wysmarowanych olejem lub wyłożonych liśćmi kapusty, klonu lub tataraku. Po usunięciu resztek żaru, blaszki przy pomocy kaczerhi, wstawiano do pieca na przeciąg 2- 2,5 godzin. Na pierwszym bochnie wkładanym do pieca był zawsze nakreślony znak krzyża. Po włożeniu blaszek do pieca i jego zamknięciu, matka zawsze żegnała się, prosząc Boga o pomyślny wypiek.

Resztki żaru usuniętego z pieca i skrapiano wodą w celu ich wygaszenia. Uzyskiwało się węgiel drzewny, który służył do żelazek do prasowania. Były to tzw. żelazka z duszą.

Chleb był w domu otaczany wielkim szacunkiem. Stanowił podstawę wyżywienia rodziny. Gdy okruszyna chleba spadła na podłogę trzeba było ją podnieść i spożyć po uprzednim ucałowaniu. Jaką wartość ma chleb wiedzą ci, którym w życiu jego zabrakło, a szczególnie, którzy przeżyli gehennę Syberii.

Innym sposobem było pieczenie chleba bez blaszek. Formowano okrągłe bochenki na specjalnej, drewnianej łopacie, przy pomocy, której, wkładano ciasto do pieca. Jako podkład pod chleb używano liści tataraku, chrzanu, kapusty lub klonu. Na łopatę kładziono liście i  formowano bochen. Chleb po upieczeniu nabierał swoistego zapachu i smaku w zależności od użytego podkładu. Zadaniem dzieci było uzbieranie na podmokłych łąkach tataraku lub chrzanu w miejscach jego porostu. Chleb z wierzchu posypywano makiem, kminkiem lub nasionami innych przypraw, co też nadawało jemu odpowiedniego smaku.

Po opróżnieniu dzieży z ciasta nie wolno było jej myć. Pozostałe resztki ciasta na dnie i ściankach służyły do inicjacji procesu fermentacji przy rozczynie następnej porcji chleba. Dlatego dzieżę chroniono przed zanieczyszczeniem. Był to sprzęt domowy szczególnej troski.

Chleb po wyjęciu z pieca odkładano na ławę w zaciemnionej komorze. Tam wypieczone bochny powoli stygły i odparowywały. Ze względu na stan zdrowia nie spożywano świeżo wypieczonego chleba. Po kilku godzinach, świeży, pachnący chleb, z masłem lub białym serem stanowił pyszny przysmak. Chleb wypiekany z mąki żytniej był ciemny, ale w smaku wspaniały. Cała rodzina zajadała się świeżym chlebem. W miarę upływu czasu chleb powoli czerstwiał i tracił swoje pierwotne walory smakowe. Resztki czerstwego chleba były suszone i magazynowane w przewiewnych, płóciennych woreczkach.

Z okazji większych świąt suszony chleb służył do produkcji kwasu chlebowego. Suchary, po zalaniu ciepłą wodą odstawiało się na kilka dni. Następnie wymoczony chleb był odcedzany, a do uzyskanego wyciągu dodawano drożdży, cukru i butelkowano. Po 48 godzinach uzyskiwano wspaniały, smaczny i słodki napój gazowany. Schłodzony w zimnej piwnicy lub lodowni był pysznym napojem orzeźwiającym. Dla dzieci kwas był dodatkową atrakcją i uciechą, gdyż bardzo często dobrze sfermentowane butelki strzelały zgazowanym napojem. Zdarzało się, że gwałtownie otwarta butelka powodowała wyrzucenie kwasu na zewnątrz i w ręku pozostawały tylko resztki napoju. Było przy tym sporo uciechy.

A dziś często można znaleźć chleb w kontenerach na śmieci.

Baczmy, oby go nam nie zabrakło?

Marian Biziuk

Niezwykłe kobiety Podlasia

M A T K A

Szukamy wokół siebie Niezwykłych Kobiet, które wpłynęły na nasz los i nasze miejsce na ziemi. To są nasze Matki. To im przyszło żyć i wychowywać potomstwo w okrutnym XX wieku. To ich prawnuki w listopadzie 2018 roku czciły 100-lecie odzyskania niepodległości Polski. To te niezwykłe, niezłomne kobiety, nasze Matki, nie miały w ręku broni, ale swym skromnym i cichym życiem przyczyniły się do naszej niepodległości. Były strażniczkami ogniska domowego, gdy mężczyźni walczyli o wolność Ojczyzny.

Matka.

Urodziła się w pierwszej dekadzie XX wieku, w niewoli, w państwie carów. Rodzina szczęśliwie przeżyła okupację niemiecką 1915 roku i najazd hord bolszewickich w 1920 roku. Rodzice, drobna szlachta, doceniali rolę wykształcenia dzieci. Elementarną wiedzę zdobyła w swoim miejscu urodzenia. W niepodległej Polsce ukończyła szkołę powszechną. Wiązało się to z codziennym pokonaniem pieszo 6 kilometrów. Był to duży wysiłek dla młodziutkiej dziewczyny. Zdobyła wykształcenie podstawowe oraz ukończyła kurs kroju i szycia. Bardzo ładnie pisała i biegle czytała. Wiarę ojców poznała w rodzinie i kościele parafialnym.

Ojciec

Przyszły mąż, najmłodszy potomek w rodzinie, objął po rodzicach duże gospodarstwo rolne. 17-letni chłopiec pozostawił matkę-wdowę i w sierpniu 1920 roku poszedł na ochotnika bronić ojczyzny przed nawałą bolszewicką. Młokosa skierowano do służby w Kompanii Sanitarnej. Po sześciu miesiącach wraca do domu. Ale nie ma ciągot do zawodu rolnika. Imponuje mu handel. Zostaje właścicielem dużego sklepu. Tym samym wchodzi w dziedziny życia opanowane przez społeczeństwo żydowskie. Z konkurentami żyje w zgodzie i wzajemnej tolerancji.

W 1930 roku drogi matki i ojca spotykają się. Ślubują sobie wierność małżeńską Szlachcianka wychodzi za mąż za mieszczanina. Mezalians, ale już nie tak rażący jak w minionym XIX wieku. Przychodzi na świat syn, potem drugi. Wspólnie rozwijają handel, powiększają areał gruntów, kupują nowoczesne maszyny rolnicze, budują nowoczesny budynek inwentarski, planują budowę nowej stodoły i domu. Gromadzą materiały budowlane: pustaki, wapno. Dają zatrudnienie ludziom w sklepie i w gospodarstwie rolnym. Zycie układa się zgodnie z planami. Kto w wyniku swej pracowitości staje się bardziej majętnym, ten godzien jest większego szacunku.

I przychodzi wrzesień 1939 roku. Następuje krach i początek nieustannych, nieprzewidzianych w najczarniejszych snach, kłopotów i udręk, jak się okaże, wynikających z zamożności. Mąż pozostawia żonę z dwoma synami i znowu idzie bronić Ojczyzny. Przed tym samym wrogiem co w 1920 roku, lecz silniejszym i bardziej okrutnym. Tak się złożyło, że nie brał udziału w walkach. Wraz z innymi wraca do domu. Wiedząc, jak są traktowane osoby wojskowe, obawia się w mundurze pokazać w rodzinie. Czyni to dopiero przebrany za cywila. Sklepu nie ma, uległ rozgrabieniu przez Niemców, krasnoarmiejców i innych. Zgromadzone materiały budowlane zostały zarekwirowane przez sowietów.

Rodzi się uzasadniona obawa  o dalszy los rodziny. Ochotnik 20 roku, kułak, pamieszczyk, wróg narodu, powinien znaleźć  się w Kazachstanie. Matka suszy chleb, by mieć skromny zapas żywności, gdy wyruszą „na wycieczkę”.  Tymczasem ojciec jako niewolnik pracuje przy budowie lotniska. Los niepewny. Jedna wywózka, druga, a ojca nie ruszają. Dlaczego?  Żydowskie władze miasta nie widzą potrzeby zemsty na lojalnym konkurencie handlowym. Jednak na listę trzeciej „wycieczki” zapisują, ale następuje zamiana okupanta i wyjazd na wschód nie doszedł do skutku.

Odszedł jeden okupant, przyszedł drugi. Zawiesił naukę w szkołach, zaczął prześladować Żydów. Za co i dlaczego? Utworzono wielkoobszarowe gospodarstwa rolne zabierając rolnikom grunta. W rodzinie pojawia się upragniona córka. Ojciec  wraz z innymi jest ponownie zmuszany do prac niewolniczych. Świadczy robociznę na rzecz okupanta, a matka czuwa nad trójką potomstwa. Nie tylko zapewnia byt materialny, ale wysyła synów do podziemnej szkoły. Udostępnia dom do prowadzenia zajęć lekcyjnych.

Lipiec 1944 r. Przez miasto przetacza się front. Dom trafiony niemieckim pociskiem artyleryjskim ulega zniszczeniu. Druga córka mająca 10 miesięcy umiera. Choroba na dzisiejsze warunki błaha, ale nie ma czym leczyć. Ojciec zajęty remontem domu i myślą o powrocie stosunków przedwojennych, pragnie kontynuować działalność handlową. Nie on jeden. Było więcej takich marzycieli. Kierując się takimi mrzonkami matka w 1946 roku wyrusza do Przemyśla, ponieważ tam po wojnie mieszkał właściciel kamienicy, by kupić budynek, w którym handlowali  przed 1939 rokiem. Ile trzeba było mieć odwagi, aby jechać na drugi koniec Polski. Ale marzenie zamierzali zrealizować. Nie przypuszczali, że wraz z wolnością przyniesioną przez Armię Czerwoną, przyjdą też nowe stosunki społeczno-gospodarcze, takie jak panujące w kraju Rad. Bogacz nie jest godzien szacunku. Trzeba było zaniechać marzeń i ponownie myśleć o worku z suszonym chlebem, gdyż wraz z wolnością powróciła perspektywa „wycieczki” do Kazachstanu. Bardziej aktywni i zaangażowani koledzy już pojechali na wschód.

A matka ciągle zatroskana o odzież dla dzieci wyprawianych do szkoły i o to, by nie były głodne. A zdarzało się, że na śniadanie były ziemniaki bez omasty, gdyż nowe kontrybucje były bardziej restrykcyjne niż nakładane przez okupanta niemieckiego. Trzeba było za bezcen zdawać mleko, mięso, ziemniaki, zboże. Gospodarstwo miało powyżej 10 ha, było klasyfikowane jako kułackie, należało więc zniszczyć je w pierwszej kolejności. Ucisk odbijał się na dzieciach, które były niedożywione, źle ubrane, nie miały zaspokojonych potrzeb wieku dziecięcego.

Dzieci nie zdawały sobie sprawy z tego, jak matka jest zatroskana o ich los i jak to zatroskanie odbija się na jej zdrowiu. Aż nerwy nie zniosły udręczenia i trzeba było szukać ratunku u lekarzy. Dzieci ukończyły szkołę średnią, w której wiedzę przekazywali  nauczyciele jeszcze nie skażeni nową ideologią.

Ale z kontynuacją nauki było gorzej z powodu braku warunków materialnych. Nie dostawali lokum w akademiku, nie mówiąc o stypendium. Jak byłeś dzieckiem kułaka, to stać cię na opłacenie studiów. Starszy syn z tego powodu zrezygnował z Politechniki Warszawskiej. Młodszy syn też rezygnuje z wymarzonej politechniki i studiuje agronomię, wbrew swoim zamiłowaniom. Bez stypendium, ale z wyrzeczeniami rodziców. Matka, jak może, stara się zapewnić synowi jako takie warunki materialne i skromny ubiór. Rodzice zebrali z pola żyto, zwieźli, omłócili, oddali ziarno na obowiązkowe dostawy i kupili synowi marynarkę, a im została słoma. Jeden kończy służbę w wojsku, drugi studia. Podejmują pracę zawodową i pomagają materialnie siostrze, która też nie dostaje stypendium.

Dzieci wchodzą w aktywne życie dorosłe. Syn żeni się i nie może zamieszkać w mieszkaniu stanowiącym własność matki, bo dom kupiony w 1946 r. z ogromnymi wyrzeczeniami, podlega zarządowi gospodarki komunalnej. Myślała, że będzie tak jak przed 39 rokiem, a miała tylko kłopot.

Matka. Żyła w stuleciu w którym ojczyzna odzyskała wymarzoną wolność, którą cieszyła się zaledwie 20 lat. Po 1944 roku było więcej kłopotów i zmartwień oraz ciągłego uciemiężenia. Nie doczekała ponownej wolności po 1990 roku.

Obchodzimy setną rocznicę odzyskania wolności. A tej wolności w tych stu latach mieliśmy niewiele. Matka zawsze czuwała, martwiła się, by w trudnym okresie być na stanowisku opiekunki ogniska domowego i opiekunki wiary ojców. Na koniec swej ziemskiej  wędrówki doczekała chwili, w której Polak został Papieżem. I  z tego była bardzo dumna.

A takich Matek było wiele. Cichych, oddanych rodzinie, a przez to i ojczyźnie. Matek, bez których nie byłoby wolności.

Marian Biziuk

Wyróżnienia  Podlaskiej Redakcji Seniora kategorii ogólnej SREBRO NIE ZŁOTO:

Krystyna Gudel z Suchowoli za 2 wiersze: „Ballada o moim miasteczku” i „Kobieta z kotem”

Ballada o moim miasteczku

W moim małym miasteczku
zmierzch się kąpie w fontannie.
Kasztanowce dostojne
prężą się nienagannie.

Jesień park ubarwiła,
ochry, brązu najwięcej.
Dzieci cieszą kasztany
tak jak wiosną kaczeńce.

W moim miasteczku koty
drzemią na parapetach,
a ludzie czasem chodzą
w niejednakowych skarpetach.

Najmłodsi klaszczą, widząc
sójki w pstrokatych szatach.
Ogródki przydomowe
toną w jesiennych kwiatach.

Wiatr się skrył w żywopłocie,
chmarę wróbli wystraszył.
Noc tu manier nabiera
w małym miasteczku naszym.

A nad Łukiem Papieskim
księżyc czasem przystanie
i zostawi oblicze
na jesiennym dywanie.

W moim małym miasteczku
biel w objęciach z czerwienią.
Na stulecie wolności
polskie barwy się mienią.

Krystyna Gudel

Kobieta z kotem

Józi i Maurycemu

kobieta w kwiecistej sukience ceruje
szramę z dokładnością maszyny do szycia
tworzy ścieg jak najbardziej doskonały
niczym nicią babiego lata łączy brzegi bieli

jej Maurycy nie wiedział że tej
tkaniny nie wolno dotykać
a tym bardziej wbijać pazury

biel musi być biała a czerwień
czerwona bez skaz i zadrapań

kobieta z powagą rozmawia z kotem
musi on wiedzieć że Kasztanowa
stroi się w biel i czerwień tak jak
inne ulice Augustowa

Krystyna Gudel

 

Magdalena Dryl z Sanoka  za wiersz”Spojrzenie na jesienne Podlasie”

Spojrzenie na jesienne Podlasie

Tu ziemia pachnie chlebem i nadzieją
Deszczem grzybami i ciepłem miłości
W zaułkach łąki śpiewa świerszcz pogodny
Wspomnienie lata na słońcu dojrzewa

Oset kłujący zaczepia pokrzywę
Brzoza się skłania włosami do ziemi
Czerwień się wkrada w królestwo zieleni
Fiolet rozkwita wśród żółci i brązu

Czas goi rany opatrunkiem z liści 
Szum rzeki koi załzawione myśli
Spoglądam w oczy podlaskiej jesieni
Karmię swą duszę najpiękniejszą ciszą

Magdalena Dryl

Janina Jakoniuk z Białegostoku za wiersz „Moje miasto”

Moje miasto

 

Jesienne słońce

wyzłociło drzewa.

Czerwonym ogniem

zapaliło klony.

Na Plantach pusto.

Wiatr w gałęziach śpiewa

i kręci młynka lisćmi

jak szalony.

Idę alejką po złotym dywanie

i myslę: to już moje miasto.

Zapuściłam tu korzenie

i już pozostanę,

bo pokochałam tę ziemię podlaską.

Białystok nie jest wielkim miastem.

Puszczą Knyszyńską wkoło otoczony.

Jak grzyby rosną nowe domy i ulice.

Co rok piękniejszy, czysty i zielony.

Ludzie żyją spokojnie.

Nigdzie się nie spieszą.

Są pogodni,

turystów chętnie zapraszają.

Z radoscią gosci przyjmą,

jak trzeba pocieszą

i poczęstują tym,

co w domu mają.

Widziałam wiele miast,

w kraju i za granicą

i choć niejedno mnie zachwyca,

z ulgą powracam zawsze

do Białegostoku.

Do mego miasta-domu,

bezpiecznego i najlepszego do życia.

Janina Jakoniuk


Wiesław Lickiewicz z Hajnówki za wspomnienia prozą „Wołodia – kartka z pamiętnika.

Wołodia

rocznik 1925

Kartka z pamiętnika

Wstęp

Tytułem wstępu pragnę przybliżyć czytającemu kilka kluczowych wiadomości dotyczących rodziny, z której wywodził się mój bohater. Ojcem jego był Cyryl, syn Antoniego a wnuk Marka. Matką natomiast Katarzyna, z domu Popławska, córka Józefa. Poznali się na dalekiej Syberii w 1916 roku w Błagowieszczeńsku nad Amurem, tuż przy granicy z Chinami. W tej miejscowości panna młoda zamieszkiwała wraz z rodziną już od wielu lat. Byli zesłańcami politycznymi. Cyryl natomiast zawędrował w tamte strony z nieprzymuszonej woli, jako budowniczy najdłuższej na świecie kolei transsyberyjskiej. Lokalizacja trasy przebiegała nieopodal tego pięćdziesięciotysięcznego  wówczas miasta . Ślepy los połączył gdzieś na końcu świata dwie mające się ku sobie osoby. Okazało się nawet, że zbiegiem dziwnego trafu oboje pochodzą z Podlasia. Cyryl z Białowieży a rodzina wybranki spod Białegostoku. Wkrótce wzięli ślub. W 1917 roku na świat przyszła pierworodna córka, której dano na imię Olga. 2 lata później urodził się syn Mikołaj . Do Polski wrócili w 1922 roku po odwilży politycznej, która nastąpiła po podpisaniu Traktatu Ryskiego w 1921 roku. Cyryl na swoje stałe miejsce zamieszkania wybrał swój rodzinny dom na Podolanach w Białowieży, z którego wyjechał na wschód w 1906 roku. Tu, w kraju rodzina powiększyła się jeszcze o troje potomstwa, o dwóch synów i o najmłodszą pociechę – pupilkę mamy – córkę Anastazję. Ci nowo narodzeni to już rdzenni Białowieżanie. Jeden z nich,ten młodszy jest bohaterem niniejszego pamiętnika.

Dzieciństwo

W piękny wiosenny dzień, 15 kwietnia 1925 roku, w rodzinie drwala przyszedł na świat chłopiec, któremu dano na imię Włodzimierz. W języku miejscowym mówiono Wołodia, przy czym dodawano do nazwiska przydomek „Tomski„. Stało się tak na skutek długiego pobytu na Syberii w miejscowości Tomsk jego ojca. Nazwa tego miasta przylgnęła do nazwiska i pozostała do dzisiaj, choć od powrotu Cyryla minęło już prawie 100 lat. W tym miejscu muszę nadmienić, iż nasze nazwisko jest  popularne w Białowieży i okolicach. Nasi protoplaści przybyli tu w XVIII wieku ze Żmudzi. Stąd  duża ilość przydomków. W opisanym okresie (połowa lat 20-tych XX wieku) sytuacja społeczno- ekonomiczna kraju, a tym bardziej położonej na puszczańskiej polanie Białowieży, była bardzo trudna, by nie powiedzieć tragiczna. Ubóstwo i nędza wyglądały z kątów większości domów  tej miejscowości. Niemal wszystkie ówczesne rodziny były wielodzietne. Rąk do pracy nie brakowało, natomiast gorzej było z wykarmieniem gromadki dzieci. Sytuacja z pracą przedstawiała się jeszcze gorzej. Nasz bohater Wołodia, od najmłodszych lat, razem ze starszymi braćmi imał się różnych prac przynoszących jakiekolwiek wymierne korzyści. Jako najmłodszy i najsłabszy, w okresie letnim najczęściej zajmował się wypasem krów i owiec. Zimą natomiast starał się w miarę swoich możliwości pomagać w gospodarstwie domowym, lub braciom, gdy był o pomoc poproszony. W 1932 osiągnął wiek szkolny. Ukończył 7 rok życia.

Szkoła powszechna

W tym miejscu kilka zdań o jego wyglądzie fizycznym. Wołodia był chłopcem szczupłym, jak na swój wiek wysokim. Zawsze nosił  ostrzyżone z przyczyn higienicznych tuż przy skórze włosy. Oczy piwne, smutne. Czasami pojawiały się w nich figlarne iskierki. Z natury był małomównym samotnikiem. Posiadał dar szybkiego nawiązywania znajomości. Charakteryzował się też sporą siłą fizyczną i godnym pozazdroszczenia sprytem. Wśród kolegów miał więc posłuch i szacunek. Nie miał jednak wiele czasu na zabawę z nimi z powodu obowiązków. Rodzice Wołodii, widząc jego zapał do wykonywania prac gospodarczych, zbytnio nie protestowali, gdy z tego powodu zaczął opuszczać zajęcia szkolne. Uczęszczanie do szkoły w okresie sanacyjnym było obowiązkowe i tylko strach przed karami regulaminowym (kary pieniężne) wiązały go z budynkiem edukacji. Z zachowanych dokumentów wynika, że w 1937 roku miał ukończone 4 klasy. Chciałbym tu przytoczyć 2 historyjki. Pierwszą z nich opowiadał mi mój dziadek Cyryl, czyli jego ojciec. Drugą natomiast przekazał mi jego szkolny kolega z tamtego okresu, żyjący jeszcze 92 letni pan o nazwisku Gwaj, mieszkający na ulicy Mostowej w Białowieży. Bezpośrednio z ust mojego ojca tych opowiastek nie słyszałem. Dlaczego, nie wiem. Może się wstydził? Najpierw jednak muszę wrócić do historii Białowieży. W tamtym okresie ludność etniczną w 60 procentach stanowili Polacy wyznania prawosławnego, w 20 procentach wyznania katolickiego, w 11 procentach wyznania mojżeszowego, a pozostałe 9 procent stanowiły inne religie. W tamtych czasach w Białowieży większość sklepów i innych przybytków użyteczności publicznej należała do ludności żydowskiej. Jeden z nich mieścił się tuż obok szkoły, na rogu skrzyżowania ulicy Stoczek i Sportowej. Ten budynek stoi do dzisiaj. Właścicielem tego sklepiku był oczywiście przedstawiciel gwiazdy Dawida. Wołodia z kolegą bywał w nim często, nieraz tylko po to, by nacieszyć oczy sprzedawanymi tam towarami kolonialnymi lub kupić świeże cudownie pachnące lukrowane bułki. Pewnego razu nie mieli pieniędzy na pachnące smakołyki, a apetyt i głód w takim wypadku wzrasta jeszcze bardziej. Podobno Bóg jak chce kogoś ukarać to odbiera rozum, tak stało się i tym razem. Któryś z nich wpadł na szatański pomysł, aby te bułki po prostu ukraść. Wysoki Wołodia zajrzał przez okno do środka, widząc drzemiącego za ladą brodatego właściciela otworzył delikatnie drzwi, przytrzymał drugą ręką dzwonek zawieszony na górnej części futryny. W tym czasie mały i zwinny kolega wślizgiwał się na czworaka i po kilku sekundach było po strachu. Żołądki pełne i radość z dobrze wykonanego zadania absolutna. Ta operacja była powtarzana jeszcze kilkakrotnie, a może i kilkunastokrotnie, aż do pewnego z góry przewidzianego skutku. Po jakimś czasie sprzedawca zorientował się w dziwnym znikaniu pieczywa, za które nikt nie uiszcza opłaty. Zastawił pułapkę. Udając że drzemie, bacznie obserwował drzwi wejściowe. Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie. Nie chcąc zgłaszać kradzieży na policji, czym mógł poważnie zaszkodzić chłopcom, powiadomił ich rodziców. Za ten wybryk ojciec Wołodii zmuszony był pracować 2 dni przy wykopie ziemniaków na rzecz poszkodowanego. O karze, jaka spotkała zjadacza kradzionych bułek nic nie wiadomo, ale znając charakter dziadka, nie obeszło się bez konsekwencji. Chcąc opisać drugą historyjkę muszę również w kilku zdaniach przedstawić sytuację edukacyjno-demograficzną Białowieży tamtego okresu. Według spisu powszechnego z 1921 roku zamieszkiwało w niej około 1600 osób, w 1936 roku liczba mieszkańców się potroiła. Wynosiła już ponad 4000, a wszystko to z powodu rabunkowej gospodarki leśnej ówczesnego rządu. Nasze państwo, aby spłacić zaciągnięte długi, wydało pozwolenie zagranicznym firmom, takim jak Century, na wycinkę, eksploatację i wywóz do swoich krajów pozyskanego surowca. Z całej Polski zaczęli więc zjeżdżać potencjalni drwale. Ten exodus przełożył się na wzrost demograficzny, a ten na ilość dzieci uczęszczających do szkoły powszechnej. Wkrótce nawet władze miejscowości podjęły decyzję o jej rozbudowie. W tym okresie, w zależności od pory roku, uczęszczało do szkoły nawet 1000 uczniów. Podczas trwających prac budowlanych nie przerwano nauki, edukację dzieci i młodzieży zaczęto prowadzić w systemie zmianowym, ale i tak pomimo wielkich starań dyrekcji, wszystkie klasy były przepełnione. Ta, do której uczęszczał Wołodia liczyła 60 uczniów. Warunki nauczania były więc bardzo trudne, wręcz koszmarne i były pośrednim powodem sytuacji, którą poniżej przytoczę. Pewnego jesiennego dnia, w 1936 roku, nasz bohater przyszedł do szkoły na drugą zmianę. Od rana wraz z ojcem i starszymi braćmi pracował w lesie przy wycince wyselekcjonowanych drzew na opał. Niemal wszystkie zimy okresu międzywojennego charakteryzowały się dużymi mrozami i obfitymi opadami śniegu. Popyt na ten produkt był wyższy od podaży. Najstarszego z braci Mikołaja obowiązek szkolny już nie dotyczył, miał bowiem ukończone 18 lat. Natomiast starszy od Wołodii 2 lata Teodor wraz z nim musiał uczęszczać na zajęcia pod rygorem kary regulaminowej. Tak było i tym razem. Podczas którejś z kolei lekcji, umęczony pracą chłopiec, skuliwszy się na ławce przy piecu, na chwilę usnął. Nie słyszał więc wypowiadanych głośno uwag nauczyciela pod swoim adresem. Ten, zdenerwowany brakiem reakcji ucznia, rzucił w jego stronę tym, co miał w tamtej chwili pod ręką – pękiem kluczy. Metalowe klucze z impetem trafiły Wołodię z krótko ostrzyżoną głowę. Reakcja była natychmiastowa. Obudzony uderzeniem, przestraszony i z sączącą się z rany krwią wybiegł z klasy. W domu na Podolanach był po kilkunastu minutach. W tym czasie z lasu wrócił ojciec. Zobaczywszy jak wygląda jego syn i po krótkiej z nim rozmowie, udał się natychmiast do szkoły. Nie zmienił nawet roboczego ubrania. Nauczyciela zastał w klasie. Aby uniknąć ciekawskich spojrzeń wyprosił uczniów z klasy i zamknął drzwi. W jaki sposób przebiegała rozmowa z nauczycielem można było się jedynie domyślać, słysząc dźwięk przesuwanych ławek. Ów nauczyciel, do końca swego pobytu w Białowieży, widząc z daleka Cyryla, kłaniał mu się w pas. Prawdopodobnie by uniknąć kontaktu z policją wypłacił jakąś kwotę pieniędzy tytułem rekompensaty. W 1937 roku Wołodia ukończył czwartą klasę, co potwierdza zapis w książeczce wojskowej zachowanej przez piszącego do dzisiaj. W latach 50 ubiegłego wieku Wołodia ukończył szkołę podstawową w systemie wieczorowym, co pamiętam.

Wybuch drugiej wojny światowej

Nasz bohater, to ucząc się, to pracując, dotrwał do września 1939 roku. .W pierwszym dniu tego pięknego jesiennego miesiąca, około godziny 6 rano nadleciała eskadra niemieckich samolotów. Na Park Pałacowy i jego okolice zostało zrzuconych kilkanaście bomb. W wyniku tego nalotu uszkodzony został Pałac Carski, wybudowany przez cara Aleksandra I, cerkiew, muzeum i przylegające do parku sklepiki. Powyższe szkody były jedynym dowodem napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę. Wkrótce zaczęto również przebąkiwać o  marszu w naszą stronę  Armii Czerwonej.

Okupacja radziecka

Władza radziecka szybko zadomowiła się na wschodzie kraju i swoje rządy zaczęła wprowadzać w tej miejscowości już od pierwszego października w 1939 roku. W budynku szkoły powszechnej oznaczonej numerem jeden, do której uczęszczał Wołodia, utworzono szkołę  rosyjską. Natomiast w drugim budynku oznaczonym numerem dwa powstała szkoła polska z białoruskim językiem nauczania. Wszystkie dzieci do 15 roku życia zostały objęte obowiązkiem nauki. Uczniów posegregowano według wieku i przypisano do poszczególnych klas z cofnięciem o jedną. Na przykład ktoś z ukończoną piątą klasą wracał ponownie do 5, tylko że do rosyjskiej lub polskiej z białoruskim językiem nauczania. Wołodia z tego powodu nie rozpaczał, w kwietniu 1940 roku kończył bowiem 15 lat. Czwartą klasę po raz drugi, tym razem z białoruskim językiem nauczania, ukończył pozytywnie. Nie chwalił się jednak z tego powodu. Częściej wspominał o radości, z jaką na zawsze opuścił mury szkoły.  ZSRR przyjął wkrótce w swoje władanie wszystkie organizacje społeczne, polityczne jak i edukacyjno-wychowawcze. Potężne obszarowo państwo było ekonomicznym bankrutem. Przetrzebiona w czasie I Wojny Światowej Armia Czerwona została niemal w całości pozbawiona wojskowego i gospodarczego zaplecza. Zaczęto na potęgę budowaćżnego rodzaju i typu zakłady przemysłowe. Do tego celu potrzebowano wykształconej kadry i silnych młodych rąk do pracy. Na bazie polskich gimnazjów i szkół średnich zaczęto organizowaćżnego rodzaju szkoły zawodowe. W oddalonej o 20 km Hajnówce utworzono właśnie taką szkołę. Wstąpić do niej mogli chłopcy, którzy ukończyli 15 lat a nie przekroczyli 19 roku życia. Nazwa takiej szkoły w języku rosyjskim to Fabriczeskoje Zawodskoje Obuczenije w skrócie FZO. Do Wołodii uśmiechnął się los, tak przynajmniej myślał. Spełniał wszystkie wymagane warunki i po złożeniu odpowiednich dokumentów został przyjęty. Wszyscy adepci musieli własnoręcznie podpisać oświadczenia, iż zobowiązani są do przepracowania czterech lat w wyznaczonych przez Związek Radziecki zakładach pracy. Zostali umundurowani i zakwaterowani w byłych internatach, które przemianowano na koszary. Wszystkie codzienne czynności wykonywano na wzór wojskowy, Te niedogodności nie zrobiły jednak negatywnego wrażenia na Wołodii. Chęć poznania czegoś nowego dodawała mu skrzydeł. Większość ludności ściany wschodniej miała jedyną w swoim rodzaju naturalną tolerancję dla polityki radzieckiego okupanta, który był kulturowo bliski. Stąd prawdopodobnie takie zainteresowanie kuszącą propozycją kształcenia zawodowego a potem pracy i zarobkowania. Nikt nie przewidział, że rzeczywistość okaże się inna. Dziś ciężko to zrozumieć, lecz nie mnie oceniać. Edukacja trwała 6 miesięcy, od grudnia 1940 do czerwca 1941 roku.  Naukę prowadzono w trzech kierunkach: trakowy, hydraulik i ślusarz. W jakim zawodzie kształcił się Wołodia, nie wiem. W sumie do szkoły przyjęto około 400 uczniów.

Deportacja

Na początku maja 1941 roku pierwszych 50 uczniów skierowano i wysłano koleją w wagonach (które niżej opiszę) do Nowosybirska i Omska . Uruchamiono tam bowiem fabryki, które miały produkować części zamienne na potrzeby wojska. Po kilku tygodniach, bo już w połowie czerwca 1941 roku, taki sam los podzieliło pozostałych 350 chłopców. Wśród nich znalazł się też mój ojciec. Najgorsze w tym wszystkim było to, że władze szkoły deportowały uczniów nagle, bez uprzedniego poinformowania o wyjeździe. Do rodzin wieść o wywozie w nieznane dotarła dopiero po miesiącu. Bez słowa pożegnania z najbliższymi , uczniowie zostali doprowadzeni na dworzec w Hajnówce. Od tej pory (czerwiec 1941 rok) 16 letni chłopiec mógł liczyć tylko na siebie i swój los. Pociąg w kłębach pary i dymu ruszył na wschód. Wagony, w których jechali chłopcy, były wagonami towarowymi, służącymi do przewozu materiałów lub zwierząt. Na obu ścianach z drzwiami, tuż pod dachem znajdowały się małe zakratowane okienka, które służyły jako źródło światła i pełniły rolę wywietrzników. Powierzchnia podłogi wagonu to około 30 metrów kwadratowych, na których umieszczono 28 – 30 osób. W tym wypadku limit był wykorzystany maksymalnie. 28 uczniów plus 2 opiekunów – instruktorów. Tu należy wspomnieć o pościeli, za którą służyła stara zeszłoroczna słoma i kilka materaców zabranych z koszar. Potrzeby sanitarno-fizjologiczne załatwiane były przez otwór wycięty w podłodze, znajdujący się w rogu wagonu. Wszystkim uczestnikom deportacji w czasie podróży miał przysługiwać 1 ciepły posiłek oraz 800 g chleba dziennie na osobę. To zarządzenie pozostało jedynie teorią. Warunki podróży były uzależnione wyłącznie od woli wojskowego konwoju. Dla większości podróż była pierwszą w życiu, wzbudzała więc w uczniach niepokój i strach przed nieznanym na obczyźnie. W tym przypadku opiekunowie okazali się bardzo przydatni, dodawali otuchy i stanowili opokę nadziei i przetrwania. Po nazwach miejscowości mijanych w szalonym tempie  orientowano się jedynie, że jadą przez tereny ZSRR.

Po upływie niemal dwóch tygodni jazdy, z postojami włącznie, pociąg dotarł do górskiego masywu Ural. Góry te są naturalną granicę między Europą i Azją, o czym poinformowali jadących konwojenci. Teraz pociąg wspinał się na górę sapiąc, by później z piskiem hamulców zjeżdżać ze zbocza. W taki sposób po kilkunastu godzinach jazdy pociąg dotarł do miejscowości Ufa, stolicy Autonomicznej Republiki Baszkirii. To miasto w opisywanym okresie liczyło około 280 tysięcy mieszkańców (obecnie około 1.200000), różnych kultur i wyznań. Większość populacji stanowili Azjaci. Na jednym z dworców odczepiono od głównego składu kilka wagonów, pozostała część następnego dnia ruszyła w dalszą podróż. Wśród tych, którzy swoją podróż zakończyli na tym etapie znalazł się Wołodia. Rankiem wszystkich przeliczono, kilku zmarło w trakcie jazdy. Następnie pogrupowano ich według kwalifikacji i przydzielono do poszczególnych zakładów produkcyjnych. Nasz bohater wraz z 20 kolegami i 2 opiekunami został zatrudniony w zakładzie zajmującym się przerobem drewna. W dokumentach, już po wojnie nadesłanych z archiwum w Moskwie napisano, że pracował jako płotnik, po polsku cieśla. Zakwaterowano ich w zaadoptowanym do tego celu ceglano-drewnianym budynku magazynowym. Zakład ten mieścił się w odległości około 20 km od miejscowości Ufa, w pobliżu gospodarstwa rolnego – sowchozu. Każdemu z nich przydzielono pryczę i prowizoryczną szafkę na osobiste drobiazgi. Nad każdą z nich był wbity gwóźdź, który służył jako wieszak. Warunki spartańskie, a praca ponad siły w cyklu 12 godzinnym, z przerwa na posiłek. Początkowo chłopcy byli zatrudniani do prac mniej odpowiedzialnych, choć cięższych (załadunek lub wyładunek kłód drzewnych itp). Po wiadomości o napadzie Niemiec na ZSRR, która stała się wkrótce tajemnicą poliszynela, został zmieniony profil produkcji. Zaczęto produkować podkłady kolejowe, oraz różnej grubości tarcicę. Deski te służyły do wyrobu różnego rodzaju i formatu skrzyń na amunicję, oraz innych elementów dla przemysłu wojskowego. Na terenie zakładu, ogrodzonego wysokim płotem, pracowników całodobowo pilnowało kilku strażników. Pracowali tu również ludzie miejscowi. Ci byli traktowani zupełnie inaczej. Wraz z nadchodzącą zimą deportowanym zaczął dokuczać chłód i głód. Niedożywienie stało się normalnością. Żywność, której i tak często brakowało zaczęła być towarem deficytowym ponieważ znaczną jej część przesyłano na front dla broniących się wówczas oddziałów Armii Czerwonej.

W zakładzie drzewnym, o ironio zaczęło również brakować opału. Ograniczono przydziały. Wszelkiego rodzaju piecyki grzewcze typu koza były mało wydajne, pożerały każdą ilość opału. Wkrótce do braku pożywienia dołączyły choroby. Młodzi chłopcy zaczęli masowo chorować. Opieka medyczna była niewystarczająca, by nie powiedzieć żadna.  Wołodia nieraz wspominał ze łzami w oczach jak niektórzy z nich z tego powodu „chodzili cali opuchnięci, jak napompowani”. Po rocznym pobycie, pewnego ranka, zauważono nieobecność opiekunów. Później okazało się, iż korzystając z okazji uciekli. Od tamtej chwili chłopcy zostali pozbawieni jakiegokolwiek wsparcia. Czujność osób pilnujących została wówczas wzmocniona. Młode organizmy stopniowo poddawały się istniejącym warunkom.Chłopcy zaczęli umierać. Z grupy dwudziestu uczniów w chwili przyjazdu, wiosną 1944 zostało zaledwie siedmiu. Zatem trzynastu z nich pozostało na zawsze na nieprzyjaznej nam ziemi. Wołodia przeżył dzięki wrodzonej zaradności i sile przetrwania. W sobie tylko znany sposób dowiedział się że w sowchozie zawsze znajduje się coś do zjedzenia. Wraz z kolegą wymykali się nocą na pole, i z zamarzniętego nieraz gruntu wykopywali pozostawione ziemniaki i buraki.  Pozwalało to od czasu do czasu napełnić puste wciąż żołądki. Z kuchni, która znajdowała się na terenie zakładu, podbierał nieraz pozostawione przez kucharkę obierki i części kapusty. Na te i inne tematy związane z pobytem w Związku Radzieckim Wołodia wypowiadał się niechętnie. Na  wspomnienie reagował łzami. Tak dotrwał do maja 1944 roku. Nie mogąc dłużej znieść istniejących warunków uciekł. Od poznanego miejscowego robotnika dowiedział się, że w mieście jest prowadzony pobór młodych mężczyzn do wojska. Ryzykując swoje życie zgłosił się do urzędu werbunkowego. Nie zapytano go nawet, co tu robi i skąd się tu wziął Polak. Dowiedział się natomiast, że drugi korpus Armii Polskiej pod dowództwem generała Władysława Andersa w 1942 roku w sile 76000 żołnierzy  ruszył w kierunku Iranu a obecnie walczy gdzieś na południu Europy. Armia pułkownika Zygmunta Berlinga z 20 tysiącami polskiego wojska też po przejściu chrztu bojowego pod Lenino 12-13 października 1943 rok walczy na froncie zachodnim. Do Armii Czerwonej przyjęto Wołodię z otwartymi ramionami.

Droga do domu

Po przejściu badań lekarskich skierowano Wołodię do miejscowej jednostki wojskowej. Przebywał w niej dwa tygodnie, gdzie regularnie karmiony doszedł do sił i sprawności fizycznej. Ubrano go w uniform żołnierza Armii Czerwonej i wraz z innymi poborowymi oddelegowano do miejsca przeznaczenia. Po kilku dniach jazdy różnymi środkami transportu, dotarł reszcie do swojej jednostki. Okazało się, że jest przydzielony do 34 Pułku Strzelców Gwardyjskich. Służyli w nim  sami młodzi i sprawnie mężczyźni. Pułk ten organizacyjnie należał do I Ukraińskiego Frontu w strategicznym zgrupowaniu Armii Czerwonej, pod dowództwem marszałka Iwana Koniewa. Tak oto od 20 sierpnia 1944 Wołodia z dalekiej Białowieży został żołnierzem czerwonoarmistą. Gwardziści, z którymi przyszło mu wojować, byli zawsze jako pierwsi wysyłani do ataku, na  czołową linię frontu wroga. Kiedy miało dojść do szturmu lub walk wręcz, zawsze otrzymywali porcję alkoholu jako rodzaj dopingu. Rozcieńczał i rozdzielał go zawsze felczer lub wojskowy lekarz. Dochodziły słuchy, że był tam często również  spirytus metylowy, tylko odpowiednio przygotowany. W celu uniknięcia niepożądanych skutków Wołodia widząc zachowanie nietrzeźwych kolegów podczas walki, zdecydował się nie korzystać z tego. Swój przydział przechowywał w specjalnym metalowym pojemniku. Podobnie robił z papierosami, które również przydzielano według stanu osobowego. Te używki służyły mu później  za towar wymienny na słynne konserwy „tuszonki” lub lepsze buty. W opisywanym czasie front dotarł już w okolice Kijowa i Żytomierza. Nasz bohater czuł się szczęśliwy, ponieważ zbliżał się w kierunku swojego domu. W walce dopisywało mu też szczęście, w przeciwieństwie do kompanów, z których po każdej walce ktoś był ranny lub nieraz w ogóle nie wracał.

Aż oto 26 stycznia 1945 roku w szturmie pod Chełmem został ranny przez pocisk karabinowy, który mu roztrzaskał prawą dłoń. Z tego powodu przebywał w szpitalu polowym do 1 marca 1945 roku. W tym czasie jego jednostka wyzwoliła Katowice, Oświęcim,  i inne miejscowości Górnego Śląska. Kraków został wyzwolony wcześniej ,bo już 18 stycznia do jego wyzwolenia została skierowana przez marszałka Iwana Koniewa, 135 Dywizja Piechoty,oraz 4 Korpus Pancerny Armii. Choć miasto zostało ocalone, to walki w nim trwały do 23 stycznia.             Po pięciotygodniowej rekonwalescencji dołączył do swojego oddziału. Spotkało go jednak przykre zaskoczenie. Ponad połowa kolegów z oddziału, przez brawurę spowodowaną wypitym alkoholem, zginęła od kul wroga. Następnie front, po zaciętych bojach, doszedł już do Brandenburgii nad rzeką Sprewę, w Łużyckim Zagłębiu Węglowym. Tu ślepy los po raz drugi okazał swoje niecne oblicze. W miejscowości Szprenberg (obecnie Sprenberg) w ataku na to kilkunastotysięczne miasto, został ponownie poważnie ranny, w prawe podudzie. Stało się to 20 kwietnia 1945 roku. Trafił ponownie do szpitala. W tym czasie jego jednostka od południowej strony kierowała się do ataku na Berlin. Nieco później okazało się, że nastąpiła zmiana rozkazu. Pierwszy front ukraiński, rozkazem Stalina, został przekierowany do Czech, gdzie wpisał się bohatersko w wyzwolenie Pragi. Natomiast Wołodia już jako ozdrowieniec dostał przydział do innej jednostki, ponieważ jego oddział był już daleko na południu i brał udział w wyżej wymienionych walkach. Teraz, wraz z innymi żołnierzami Armii Czerwonej, a ściślej 4 Frontu ukraińskiego, wyruszył do Austrii, następnie do Węgier. Pomimo podpisanej już kapitulacji Niemiec, wciąż jeszcze trwały tam walki z wycofującymi się wojskami hitlerowskimi. Następnie przez Słowację i Ukrainę dotarł wraz z armią na Białoruś, w okolice miejscowości Orsza. Tam nastąpiła demobilizacja. Za udział w ,,Otieczestwiennoj Wojnie’’,został odznaczony dwoma mało istotnymi medalami, oraz dyplomem,,Gramota’’. Był koniec października 1945 roku. Nasz bohater odmówił wszelkich propozycji awansu i kariery w wojsku. Proponowano mu skierowanie do wojskowej szkoły. Na próżno. On wiedział, że w odległości około 350 km w linii prostej, znajduje się jego rodzinna miejscowość w Puszczy Białowieskiej, przedzielonej już jednak granicą państwową. Pod koniec pewnego krótkiego listopadowego dnia w 1945 roku, do drzwi domu w Białowieży, na Podolanach numer 26, zapukał wysoki szczupły, ubrany w rosyjski wojskowy mundur młody mężczyzna. Na głowie miał furażerkę z czerwoną gwiazdą, a przez ramię przerzucony wojskowy worek. Po chwili rozległo się skrzypienie podłogi i trzask odsuwanej zasuwy. Z mroku sieni wyszedł szpakowaty, słusznej postury gospodarz, w wieku około 60 lat. Żołnierz zaskoczony nagłym spotkaniem zaczął niezręcznie tłumaczyć się, że oto wraca z wojny a że już jest ciemno, prosi o jakiś kąt do przenocowania. W okolicy nie zna nikogo i postanowił właśnie zapukać do tych drzwi. Po chwili namysłu został zaproszony do środka. W kuchni oświetlonej lampą naftową przy piecu krzątała się szczupła,w średnim kobieta. Gospodarz w kilku zdaniach opowiedział jej o co chodzi i że w zaistniałej sytuacji zmuszony jest zgłosić powyższy fakt sołtysowi. Tak bowiem nakazywał regulamin tego okresu w przygranicznych miejscowościach. Gospodarz miał już wychodzić, gdy z pokoju obok wyjrzała zwabiona rozmową dziewczyna. W tym momencie zapadła cisza. Wszyscy spojrzeli w jej stronę. Ona, zerknąwszy tylko na przybysza krzyknęła,- „mamo!- tato!- przecież to nasz Wołodia!  Młodsza siostra naszego bohatera,w jej tylko wiadomy sposób rozpoznała w żołnierzu, swojego brata. Po chwili wszyscy padli sobie w objęcia. Opowieściom nie było końca. Prawie po sześciu latach powrócił z zesłania i wojennej tułaczki syn Białowieży, uznany już przez wszystkich za zaginionego – Wołodia „Tomski”.

Radość z powrotu była tym większa, iż rodzina nie mogła jeszcze otrząsnąć się po rozstrzelaniu przez Gestapo w sierpniu 1942 stryja bohatera – Romana Lickiewicza, wraz z dwoma kolegami.  Przyczynę i miejsca zbrodni do dziś nie ustalono. Istnieją jedynie przypuszczenia co do ich lokalizacji,z których dwie znajdują się obecnie po białoruskiej stronie. Trzecie,to miejsce kaźni na mieszkańcach Białowieży, przy tak zwanej Browskiej Drodze.Tam modlimy się za dusze ofiar i zapalamy znicze.      –Wszyscy rozumiemy, że każda wojna rządzi się swoimi krwawymi prawami, tylko dlaczego przez garstkę chorych z nienawiści i zachłannych imperialistycznie osób, cierpią i giną zwykli, prości ludzie. Wszelkie sprawy polityczne świadomie pominąłem. Moim głównym celem było wskrzeszeni pamięci o człowieku, który w 1951 roku został moim ojcem. Całe jego dzieciństwo, czas dorastania, przypadły na trudne lata sanacji i II Wojny Światowej. Wszystkie wydarzenia, które towarzyszyły mu przez ten okres odcisnęły niewątpliwie piętno na kształtowaniu się charakteru i osobowości młodego człowieka. Zdrowie, które utracił na deportacji, pozwoliło mu dożyć tylko do 68 lat

  1. Po kilku tygodniach od powrotu, Wołodia przyglądając się w lustrze, ze zdziwieniem i niedowierzaniem, po raz pierwszy od 21 lat, przekonał się, że ma czarne, gęste, układające się w fale włosy.

                                                                                                    Wiesław Lickiewicz

Syn Wołodii

Andrzej Nagwizda z Grajewa  za wiersze „Barwy Podlasia” oraz  „Hanka – Uśmiech w kapeluszu” i „Kobiety Podlasia”

BARWY PODLASIA

Kiedy w znanych muzeach oglądam obrazy,
myśl wraca gdzie Podlasia piękne krajobrazy.

Tęcza barw po horyzont od świtu do zmroku,
niepowtarzalna, zmienna w każdej porze roku.
Choćbyś posiadł paletę podlaskich kolorów,
to będą tylko kopią natury walorów.

Tu każdy śnieg na polach zawsze białym będzie
i mylne twe twierdzenie, że taki jest wszędzie.
Choć wzrok twój jego blasku długo nie wytrzyma,
tu dojrzysz śnieg iskrzący kiedy sroga zima,

Jest też pora szarości, smutna i żałosna,
lecz odżyją kolory, które zbudzi wiosna.
Odcieni zieloności ilość niezmierzona,
nikt nie próbuje liczyć bo jest nieskończona.

Gdy jakaś anomalia figla wam nie spłata
będziecie poić zmysły kolorytem lata.
Choć musisz mrużyć oczy od słońca czerwieni
upajaj się barw tęczą co w blasku się mieni.

Gdzie znajdziesz błękit nieba aż tak wyrazisty
albo krążek księżyca tak pięknie srebrzysty.
Tu siedząc nad jeziorem, śledząc zachód słońca
widzisz gamę kolorów której nie ma końca.

Kiedy słoneczne lato zmierza ku jesieni,
twój wzrok pieści paleta brązów i zieleni.
Ujrzysz niepowtarzalną kolorów harmonię,
gdy przyroda Podlasia gra barw swych symfonię.

Pozostałych kolorów nie będę wymieniać,
bo co chwilę ich odcień wciąż się będzie zmieniać.
Trudnym jest to opisać, to trzeba zobaczyć,
nikt nie znalazł języka by barwy tłumaczyć.

Tylko tu ujrzysz razem wszystkie barwy świata
i jak pięknie natura ze sobą je splata.
Więc jeśli tylko możesz przybądź na Podlasie,
by karmić wzrok barwami w naturalnej krasie.

A gdy wrócisz z Podlasia w swe rodzinne strony
i po kilku dniach pracy usiądziesz zmęczony,
zasłoń choć na chwileczkę powiekami oczy
a znów ujrzysz Podlasia koloryt uroczy.
Andrzej Nagwizda


Kobiety Podlasia

Nasze matki i babcie, które tak kochamy,
są źródłem, solą ziemi i dzięki nim trwamy.
Tu spotkasz najwspanialsze Zosie, Basie, Kasie,
bo ich ziemia rodzinna to właśnie Podlasie.

One dały nam życie, one przy nas stały
nie tylko w dni spokoju, lecz i w dniach nawały.
Uczyły jak rozróżnić dobre od gorszego
lub co w życiu poprawne od niestosownego.

To one nas uczyły stawiać kroki pierwsze,
śpiewały nam piosenki i czytały wiersze.
Czyniły co możliwe by przed złem osłonić,
jak idei i wiary zawsze godnie bronić.

Wskazywały jak wytrwać w doli i niedoli,
jak chronić nam najbliższych gdy nas wróg zniewoli.
By stworzyć nam świat lepszy ciężko pracowały,
bo one całym sercem bardzo nas kochały

Znosiły nasze błędy, czasem nas karciły,
lecz matczynej miłości nigdy nie szczędziły.
Pokłoń się i pamiętaj ich codzienne czyny,
z nimi wspólnie radości godziny.

Wyrzuć ze swego serca wszelkie doń urazy
w podzięce wspomnij zawsze miłych chwil obrazy.
U nich dla ciebie serca szczere i otwarte,
mów o nich najserdeczniej, bo są tego warte.

Gdy z macierzyństwem łączą swe zadowolenie,
niech czują waszą wdzięczność za ich poświęcenie.
Nawet gdyś najbiedniejszy nie musisz się dręczyć,
uśmiechem, troską o nie staraj się odwdzięczyć.

W każdej swej sytuacji i każdej życia dobie,
pomyśl o nich serdecznie jak one o tobie.
Andrzej Nagwizda

Hanka – „uśmiech w kapeluszu”

Kobieta w kapeluszu zdobionym kwiatami,
choć jej już wśród nas nie ma, to jednak jest z nami.
Tak to Hanka Bielicka trudno jej nie wspomnieć,
wielkich kobiet Podlasia nie wolno zapomnieć.

Oklaskiwana w kraju a także i w świecie,
chcesz pośmiać się z nią dzisiaj kliknij w internecie.
Znana najbardziej z roli Pietrusińskiej Dziuni
krewkiej pańci warszawskiej lecz z sercem mamuni.

Ostra dla nieuczciwych dążących do sławy,
ludziom prostym życząca, by los był łaskawy.
Każdy monolog, choć to obyczajowy żart,
niósł sens, że śmiech i uśmiech jest ponad tynfa wart.

Kto potrafił tak świetnie nie biorąc oddechu
monologu nie przerwać pod presją salw śmiechu.
Bawiła, rozśmieszała swymi występami,
doprowadzała widzów do łez dowcipami.

Głos wiecznie zachrypnięty lecz uśmiech na twarzy,
dłoń jej zbrojna w parasol na każdy gest wraży.
Ktoś trafnie ją określił „uśmiech w kapeluszu”,
lecz lew niech ją omija gdy napotka w buszu.

Nikt nie nosił piękniejszych od niej kapeluszy,
wyrazu witalności i pogody duszy.
Pełna temperamentu i swoistej gracji,
skromna, wdzięcznie przyjmując wyrazy owacji .

Tak nas umiała śmieszyć przez dziesięciolecia
kobieta w kapeluszach zdobnych w bukiet kwiecia.
Dziś może na obłoku w pełnej chwały krasie
widzi dzieciństwa strony, Łomżę i Podlasie.

Choć królowa brytyjska swoimi się puszy,
takich jak pani Hanki nie ma kapeluszy.
Niepowtarzalna postać, warto o niej wspomnieć.
Ten wiersz to mój hołd dla niej, by jej nie zapomnieć.

Niech żal, że jej tu nie ma płaczu nie wymusza,
bo dziś gdzieś na obłoku innych śmiechem wzrusza.
Zapamiętajmy uśmiech spod jej kapelusza
a wieczna wśród nas będzie tej artystki dusza.
Andrzej Nagwizda

Podlaska Redakcja Seniora Białystok

Jolanta Falkowska

Post Author: Redakcja Białystok

1 thought on “Wyróżnienia w IV Edycji Konkursu SREBRO NIE ZŁOTO

    Marcin Kozub

    (13 grudnia 2018 - 14:22)

    Trzy pierwsze wiersze odbijają zdecydowanie poziomem od pozostałych. Jestem zdumiony, że zostały zaledwie wyróżnione. One powinny zwyciężyć w dwóch kategoriach Waszego Konkursu. Czy na pewno nikt się nie pomylił?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.