Historia o tym, jak nieosiągalne bywają gabinety lekarskie. I o tym, jakie to szczęście, dotrzeć do celu.

W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia bardzo popularna była piosenka śpiewana przez Zespół Dwa Plus Jeden, a nosząca tytuł „Windą do nieba”. Treść jej dotyczyła wprawdzie czegoś zupełnie innego, ale celowo przywołuję ją w związku z opisywaną sytuacją. Dlatego mianowicie, że owa „winda do nieba” to rodzaj oczekiwania na cudowne dotarcie do szczęśliwego celu. Tutaj też chodzi o windę, ale jak najbardziej realną, konkretną, a nie tę symboliczną. Niebem zaś jawi się każde z nieosiągalnych bez windy pięter, gdzie ulokowane są w budynku gabinety lekarskie.

Metalowo-szare drzwi wejściowe do windy

Oto duża białostocka Przychodnia Lekarska Na Bema, istniejąca w tym miejscu od kilkudziesięciu lat. Bywałam w niej jeszcze jako studentka. Odkąd pamiętam, ten czterokondygnacyjny budynek posiadał windę. Chorym jest ona bardzo potrzebna, a niektórym – niezbędna. Ale i personelowi przydatna na co dzień. Pracuje nieustannie, krążąc w górę i w dół po wszystkich piętrach. I oto nagle…

W styczniu udałam się na planową wizytę i zabieg do ortopedy. Do poradni na najwyższym, trzecim piętrze. Znajduje się tam Podlaskie Centrum Medycyny Sportowej i Ortopedii. Mieszczą się również wszystkie gabinety chirurgii urazowo-ortopedycznej. Na domiar złego, to także miejsce pracowni i gabinetów rehabilitacyjnych. Zaraz od wejścia skierowałam się oczywiście ku windzie i… stanęłam jak wryta. Winda nieczynna! Jak więc, do licha, miałam się dostać na trzecie piętro? Choć to przerażająca wizja, rozpoczęłam mozolną wspinaczkę do mojego „nieba”. Zdjęłam płaszcz, przerzuciłam przez ramię i ruszyłam powoli. Na piekielnie bolących kolanach, krokiem dostawnym, stopień po stopniu, wspinałam się w ku górze. Torebka i płaszcz zsuwały się z ramion, więc co chwilę musiałam je poprawiać. Strugi potu zalewały twarz, a laska wyślizgiwała się z rąk. Co kilka stopni odpoczywałam, zaś na każdy półpięterku siadałam na krześle. Niektórzy mijający mnie ludzie deklarowali pomoc, choć jeszcze bardziej liczni narzekali, pojękiwali, a nawet przeklinali. Kiedy dotarłam wreszcie na „szczyt”, czułam się jak wyciągnięta z wyżymaczki. Oczekiwanie pod gabinetem było dobroczynne i, jak nigdy, aż za krótkie. Ale pozwoliło trochę odsapnąć. Wizyta, wspólne z lekarzem narzekanie na zaistniałą sytuację, wreszcie zabieg i zapis na następny, za miesiąc. Jak zawsze.

Czas szybko mija, oto już i pora na kolejne odwiedziny w znanym gabinecie. Zapomniałam zrobić coś, co sobie solennie przyrzekłam. Mianowicie zadzwonić i upewnić się, czy winda już działa. Niestety, z miejsca powitał mnie przy dźwigu ten sam złowrogi napis. Żal, złość i poczucie bezsilności. Chwila wahania, wściekłość. Ale… co z terminem? Na następny znów trzeba czekać parę tygodni. Rozpoczęłam więc ponownie swoją drogę przez mękę. Wchodziło mi się jeszcze gorzej niż przed miesiącem. Może dlatego, że postanowiłam rachować schodki. Tak, by oderwać myśli od problemu. Naliczyłam ich aż 66! Tylko do góry, bo w dół tyle samo, a wiadomo przecież, że zejść muszę. Dodając te, prowadzące do budynku przychodni, otrzymamy niemałą liczbę, blisko półtorej setki. Dla osób z chorymi stawami, układem krążenia czy oddechowym, dla ogólnie osłabionych, dotkniętych kalectwem, czy choćby ludzi starszych, to wręcz zdobycie Himalajów. A co z matkami z dziećmi w wózkach? Co z osobami kalekimi, na wózkach inwalidzkich? Przecież w takim miejscu jest ich zawsze niemało.

Widok na klatkę schodową w kilkukondygnacyjnym budynku użyteczności publicznej – podejście, schody, poręcze, drzwi, okienka

Po dwukrotnym przemierzeniu tak nieprzyjaznej trasy, zdołałam się już jedynie osunąć niemal bezwładnie po ostatniej poręczy, już na zewnątrz. Prosto do wezwanej taksówki, która zawiozła mnie pod drzwi mojego bloku. Kiedy zaś moja domowa winda zajechała pod drzwi mieszkania, otworzyłam je ostatkiem sił i od razu rzuciłam się na kanapę, gdzie ponad godzinę zalegałam jak mokra szmata. Moja zdziwiona i zaniepokojona psia przyjaciółka Daisy warowała lękliwie tuż obok, nie wiedząc, co się ze mną dzieje.

Kilka dni przed kolejną, trzecią już, wizytą u ortopedy musiałam znów podążyć Na Bema, na konieczne badanie rentgenowskie. Droga była niewiele krótsza, bo pracownia jest na drugim piętrze. U drzwi windy ujrzałam kolejny pesymistyczny napis. Tym razem informujący, że przewidywany czas jej uruchomienia to… 30 maja. Ręce opadły. Weszłam z bólem i narzekaniem, ale nie miałam wyjścia, bo to badanie na cito. Wkrótce nadszedł i trzeci termin moich zabiegów, na początku maja. Tym razem nie pozwoliłam na kpienie z siebie jako pacjenta. Zadzwoniłam do rejestracji i zapytałam wprost. W odpowiedzi usłyszałam, że -oczywiście – winda nadal nie działa. Natychmiast poprosiłam o odroczenie terminu. Rejestratorka przełożyła bez problemu, ale dopiero na 9 czerwca.

Tymczasem 23 maja byłam Na Bema u dwojga lekarzy specjalistów, rezydujących wszakże na parterze. Jakież było moje zdumienie, kiedy kątem oka dostrzegłam brak jakichkolwiek kartek ze złowieszczymi napisami. Czyżby winda działała? Oczywiście, to dobrze, że choć raz coś zadziało się nieco wcześniej niż przewidywał najgorszy ze scenariuszy. Ale nie była mi ona akurat potrzebna. I pewnie nie uwierzycie, wsiadłam i pojechałam na pierwsze piętro, aby sprawdzić, czy nie śnię, Nie śniłam, to jawa.

Znak informacyjny – symbol dźwigu osobowego dla niepełnosprawnych na wózkach inwalidzkich – biały zarys na szafirowym tle

Zastanawiam się, jak to możliwe, żeby w trzystutysięcznym mieście czterokondygnacyjny budynek, służący celom leczniczym, mógł funkcjonować bez tak niezbędnej usługi? Do tego przez prawie pięć miesięcy?! Zwłaszcza że dzieje się to na początku trzeciej dekady dwudziestego pierwszego wieku. W dużym kraju, położonym w centrum Europy… Dacie wiarę?

Przecież nawet personelowi trudniej jest manewrować pomiędzy piętrami. Bieganie między kondygnacjami po schodach życia im nie ułatwia. A chorzy, inwalidzi, rekonwalescenci, korzystający z zabiegów i ćwiczeń? Niektórzy z nich niechybnie musieli zrezygnować z kilkutygodniowej rehabilitacji. Może ważnej, a nawet niezbędnej. Czy im to ktoś zrekompensuje? Przecież wszystko się przesunie i wydłuży, bo spiętrzą się terminy. A choroba nie poczeka…

Spodziewam się, że powód tego stanu rzeczy musiał być poważny. Podobno nie było jakiegoś mechanizmu czy części zespołu, jak go zwał, tak go zwał. Rozumiem wiele. Tak, jak zrozumieć usiłuje większość wzburzonych i rozżalonych pacjentów. Ale uwierzyć trudno, by nie istniało jakieś wyjście nadzwyczajne, awaryjne. Może by tak potrzebny element sprowadzić nawet z zagranicy? Nie wiem, nie znam się na tym, rozkładam bezradnie ręce. Jestem cierpliwa i wiele mogę znieść, ale tu już mi cierpliwości nie stało.

Gorzka konstatacja jest taka: obyśmy zdrowi byli! A jeśli nimi już od dawna nie jesteśmy? Jak ratować resztki tego, co nam jeszcze pozostało? Podobne awarie mogą zdarzyć się zawsze i wszędzie? I czy ta winda będzie jeszcze „na chodzie”, gdy przyjdę na następną wizytę? Oby! 

zdjęcia: pixabay.com

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok