Anna odeszła

„Żyć, to nie znaczy iść tylko przez róże, sięgać po laury i zbierać oklaski. Żyć, to znaczy przetrwać wszystkie życia burze”, napisał Adam Asnyk.
Najtrudniej jednak żyć, gdy zabraknie najukochańszej osoby. Taką była dla mnie, moja żona, Księżna Anna Łowicka. Jej przejście na drugą stronę boli i długo będzie bolało, bo czas nie leczy ran, jedynie zmniejsza ból. Postanowiłem jednak zebrać resztki sił witalnych i sięgnąć pamięcią do minionego, szczęśliwego półwiecza. Niech to będzie mój hołd dla osoby, która zawładnęła moim  sercem, umysłem i duszą. Anna bowiem pozostanie ze mną do końca moich dni. A oto kilka dat, których nie da się wymazać z pamięci.

30 czerwca 1971 – pierwszy kontakt podczas praktyk kolonijnych. Na spotkanie z

Anna i Eugeniusz na ślubnym kobiercu

wychowawcami wpadłem nieco spóźniony w towarzystwie innego marudera, Antoniego. Wypadało dać się poznać. Kolega przedstawił się – Antonio jestem. No to ja kontynuowałem, mówiąc – Eugenio jestem. Po pewnym czasie dowiedziałem się, że koleżanki i koledzy, wśród których, jak się później okazało, była i moja przyszła żona, skomentowali naszą prezentację słowami – jacyś dwaj porąbani. No i jeden z tych porąbanych, dokładnie 2 lata później, został mężem Anny. Takiej daty – 30 czerwca 1973 – nie zapomina się.

1 października 1975, kolejny cudowny moment w naszym życiu – narodziny pierworodnego syna Daniela. Życie

Anna, Eugeniusz, Daniel i Marcin

przygotowało mi super szkołę do objęcia roli ojca. Anna musiała wrócić do szpitala, a ja, chcąc nie chcąc, zdałem pierwszy egzamin na nieznanej dotąd niwie rodzicielstwa. Obie teściowe z przyczyn obiektywnych nie były w stanie pomóc, więc „uszy do góry” i… do dzieła. Udało się, z czego duma rozpiera mnie do tej pory. Taka nieskromność.

11 marca 1977 – szczęśliwie Marcin dołącza do starszego brata.

Pominę zawieranie szczęśliwych związków naszych latorośli z super synowymi, bo zanudziłbym, być może, internautów. Dodam tylko, że radujemy się czwórką wspaniałych wnuków – Łukaszem, Mateuszem, Tomaszem i Antoniną. Wymieniam w kolejności urodzin, żeby nie poczuli się dotknięci, że kogoś faworyzuję.

W 1998 roku, los zmusił mnie do wyjazdu za ocean. Udałem się tam sam zostawiając wszystkich, których kocham, w kraju.

Anna i Eugeniusz przy światecznym stole

Nie zapomnę czerwca 2001, kiedy po 2,5-letniej samotności, tysiące kilometrów od Ojczyzny, moja Anna dołączyła do mnie. Fantastyczne, miłosne, ale i pracowite lata. Wspominaliśmy je często z łezką w oku. Jeśli się nie mylę, to chyba Irena Santor śpiewała „Tych lat nie odda nikt”. Jednak życie, mimo naszych marzeń, ma swoje scenariusze. Stąd też w lutym 2009 wróciliśmy do Kolna, miejsca naszego stałego pobytu.

Kolejna znamienna data wiąże się z niesamowitą traumą – śmierć Daniela. Spowodowała ona ogromny smutek, nie tylko w naszej rodzinie. Całe życie stało przed nim otworem i… trzeba było się pożegnać z doczesnością. Pamiętna data – 27 listopada 2010. Niewytłumaczalne dla mnie, ale życie trwa.

W tym momencie pozwolę sobie na pozytywny akcent. Kolega, który był członkiem grupy kabaretowej Kolneńskie Dziewczyny z Plusem dał mi propozycję nie do odrzucenia. Poprosił, abym wstąpił do Zespołu. Bardzo mi to pomogło wrócić do równowagi. Od czerwca 2013 to, po najbliższych, moja druga rodzina,. I tak trwa do tej chwili.

Kolejna, dająca kopa decyzja, to dołączenie do portalu podlaskisenior.pl, który dał mi szansę realizacji pewnych marzeń jeszcze z okresu studiów w Akademii Wychowania Fizycznego. Data niezapomniana – lipiec 2018.

Finał wspomnień, niestety smutny. Kilka dat będę pamiętać, ale tę najbardziej. 9 lipca 2021, o godz. 12:00 – skończyło się coś, co mogło wciąż trwać. Kochać, to nie znaczy patrzeć na siebie, lecz patrzeć w tym samym kierunku, jak zauważył Antoine de Sain-Exupery. Cóż, teraz jedynym moim kierunkiem są przestworza i wspomnienia.

foto: Eugeniusz Regliński

Eugeniusz Regliński
Redakcja Podlaskiego Seniora Kolno