Zasuszone wspomnienia

Przeglądałam album
zasuszonych kwiatów młodości
sprzed wielu lat –
niewiarygodnie odległy świat!

wszystkie kwiaty zebrane
tą samą dłonią –
ręką
co nie mogła zostać przy mojej

to wciąż jeszcze boli

ale te jaśminy
i czterolistne koniczyny
i storczyk górski
z pierwszej wędrówki
i chronione paprocie
– na przykład języcznik
jakiś bez rzucony ze sceny
podczas koncertu bez życzeń
i płatki tulipana
polny mak
źdźbła traw
kaczeńce
i skromny zawilec
znad Buga – Serpelice
rozłożysty jaśmin
naparstnica
dzikie proso – Roztocze
mlecze dzwonki łąkowe
liście tytoniu
polne maki
i jeszcze mnóstwo takich
których nazw nie pamiętam
po prostu

potem znowu paprocie
i barwne liście jesienne
a w każdym zapisane
jakieś wspomnienie

są i rośliny egzotyczne
przysłane zza granicy w liście!
to znów polskie polne kwiaty
– w albumie wszystkie
umieszczałam chronologicznie

wreszcie gałązka cisu
i… mirtu (złamana!)
i jeszcze kwiat czarnego bzu
płatki innego tulipana

kiedy album przejrzałam
zabrakło tchu
i spłynęła łza
na zmycie wspomnień
dawno przebrzmiałych
zgarnęłam ją z policzka
dyskretnym gestem
po co płakać
to już nie powróci
a mimo wszystko…
boli jeszcze?

lecz kłódka dawno zamknięta
klucz do niej zardzewiał
i się nie przekręca

W zwierciadle moich wspomnień

Wspomnień moich zwierciadło
dziwnie jakoś przybladło
i w patynę się szarą oblekło.
Mgliste snują się cienie
przywołując zdumienie,
że to wszystko już takie odległe.

Pajęczyną osnute,
zakurzone i brudne –
w takie lustro się nie chce spoglądać.
I nie warto odkurzać,
prowokować, by burza,
co ucichła – wybuchła na nowo.

Ścieżki kręte i dzikie
niepamięcią pokryte –
aż dziw bierze, że kiedyś służyły
do podróży podniebnych,
lotów dumnych i gniewnych!
Dzisiaj moją tęsknotę wzbudziły

Tęsknica

Jakże smutno mi, Panie! Boże, jakże mi smutno,
że moje nogi nigdy nie poniosą ku górom…
I oczy też nie ujrzą ich majestatycznego
dostojeństwa, powagi oraz piękna… – Dlaczego?!

Tych niebosiężnych szczytów, po których ścieżką stromą,
krętych schodkach, podejściach – bez trudu wspiąć się mogłam.
Taką mnie dziś nostalgią ogarnęła świadomość,
jaką mgła mota szczyty w dżdżu zaległą pogodę.

Jakże żal mi dziś, Stwórco – dawco piękna wszelkiego,
że nie ujrzę widoku z dzieł najdoskonalszego
spod ukrytych pod sercem i zamkniętych na kłódkę
wspomnień. W tym gorzkim wierszu wydobędę swój smutek.

Gdy ból słów ujarzmionych w strofy wiersza wyleję,
nie ożywię tym samym niemożliwej nadziei,
ale łudzę się myślą, że ból nieco złagodzę
wspomnień tych, które dotąd atakują mnie srodze.

Że szarotki na zboczach już na wiosnę zakwitną,
ale nie moim oczom widzieć ich aksamitność,
rozłożysty dziewięćsił suche kwiaty rozwinie,
a tam wręczy go inny chłopak innej dziewczynie.

Że na trasie w Pieniny raz języcznik zwyczajny –
choć chroniony – zerwany był i podarowany…
Że storczyki z hal zbierze inna ręka, zasuszy
je, jak ja kiedyś w moim – ona w swoim sztambuchu.

Że niedoścignionego nigdy szmeru strumienia
co spada w niemą wieczność po ciernistych kamieniach
– już nie dla moich uszu muzyką przepojony
jego poszum wśród smreków, buczyną ocienionych.

Że wody wprost ze źródła już dłonią nie zaczerpnę,
by na wędrowniczym szlaku ugasić swe pragnienie.
I już spienionej fali rozległych wód Dunajca,
ani biegu Popradu me oczy nie zobaczą.

Że świątek, ręką wsparty, jak frasobliwy Chrystus,
widziany kiedyś – teraz może się tylko przyśnić.
I kapliczek na drzewach już nie spotkam przy szlaku
tych, co z czcią zawieszali tam nabożni górale.

Nie spróbuję oscypka kupionego w bacówce
(chyba że… na Allegro zgrabną jego podróbkę),
zsiadłym mlekiem gaździna z glinianego garnuszka
mnie częstować nie będzie, jak onegdaj, na dróżce…

Żadne z ognisk nizinnych watrą mi nie zapłonie –
taką, co grzeje serce, a nie tylko dwie dłonie.
Nie zaiskrzy w mych oczach tych płomieni odbicie
i nie będę dogaszać jej jak kiedyś, o świcie.

Burze tam także inne – tajemnicze i straszne!
Błyskawice w rytm grzmotu ze szczytu na szczyt skaczą.
Echem zwielokrotnione, zdają się być groźniejsze…
Wiele dałabym za to, by je przeżyć raz jeszcze!

Że od dawna kolory: żółty, zielony, czarny
i czerwony – są dla mnie niczym, poza barwami,
a nie oznakowaniem szlaku, co do przebycia,
skoro nogom trud sprawia zwykłe przejście ulicą.

A o spaniu w namiocie to już nawet nie wspomnę
i o dźwiękach gitary… Nie! Byłoby już po mnie!
I przepraszam Cię, Boże, za tę spowiedź-nie spowiedź
w wierszu rozliczeniowym. Ale przecież… się godzę!

Wola Twoja jest święta, ja – podporządkowana,
tylko jeden raz w życiu wypowiedzieć ból chciałam…

***

Aż rozpostarł się między nami
milczący ból pożegnania
sączący jak smuga
gasnącego dnia

słowa umarły
nim się urodzić zdążyły
i tylko wzrokiem goniłam
oddalającą się postać
którą widzę do dziś
jak znika

porwał mi cię wiatr
czy świat
albo te niedomówienia
co mówiły zbyt wiele

wspomnienia płowieją
blizną białych plam
pozostajesz tylko
na pożółkłych kartach pamiętnika

nasza przeszłość
to już fotografii sepia
a jednak oczu twoich błękit
jak słodki żar
chowam w szufladzie
na dnie serca

Dobra pamięć – zła niepamięć

„Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy”…
– dziękuję za przytoczenie pięknego cytatu
tej, co rozumie pożegnań jednoznaczność
w całej złożoności sytuacji…

Dla tych, co myślą głębiej, patrzą trochę dalej,
naprawdę warte było to całe oddanie,
bo na zawsze pamięci światło zapaliło,
gdy dzisiejsza doraźność, jutro – moją siłą!

I na nic się nie zdaje deptanie pamięci,
bo lat dziesiątek przecież nie sposób wykreślić,
snuje się duch przeszłości – obrócisz się gdziekolwiek,
wszędzie po śladach poprzednich depcze człowiek…

„Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy”…
– ach, ileż siły te słowa mi dodały!
Że jest ktoś, kto czuje, widzi i pamięta,
niechże się trzęsie płochość, obłudna teraźniejszość!


Jadwiga Zgliszewska

Redakcja Podlaskiego Seniora Białystok