CAŁKIEM SERIO

Ani krzty fantazji dzisiaj…
Bowiem ze mną bywa różnie…
Dzisiaj piszę… tylko prawdę…
Ta nie trafia nigdy w próżnię!

Zbliża się już koniec marca…
Dzień się wkrótce zrówna z nocą…
Słonko też się częściej śmieje…
A i grzeje z większą mocą!

Pragnę wspomnieć dziś o kwiatkach…
A dokładniej… o przylaszczkach…
Które lubią skraje lasu…
Od zawietrznej strony zwłaszcza!

Kiedy je ujrzałem nagle…
Zatrzymałem się jak wryty…
Z piękna… aż mi dech zaparło…
Obraz wręcz… niesamowity!

Błękit kwiatów… szarość ściółki…
W tle pachnący las zielony…
A tuż nad nim złote słońce…
Z wdziękiem gładzi drzew korony!

Całość jak z obrazu wzięta…
Lecz pachnąca… żywa… piękna…
A przylaszczki… dzieci lasu…
Rozkwitajcie… szkoda czasu!

BIAŁY WIERSZ

Kiedyś o tym już pisałem…
… Że nie lubię wierszy białych…
Teraz z mocą to potwierdzam…
Kiedyś takie nie istniały!

I tak byłoby do dzisiaj…
Gdyby nie przypadek pewien…
Kochanowski pisząc dramat…
Przysnął marząc o Helenie!

I tak nasz wieszcz z Czarnolasu…
Na pół drzemiąc rym pominął…
Ktoś go później nazwał… białym…
Co do dziś jest zwykłą kpiną!

Jakim białym… skąd ta biel jest…
Raczej zwać go trzeba… czarnym…
Mało kto go pojąć może…
Jest to utwór na wskroś marny!

Ci co lubią takie wiersze…
Niech je lubią… niech czytają…
A ja wolę wiersze takie…
Co to rytm i rymy mają!

MAŁA CZARNA

Pewnie Was zawiodę dzisiaj…
Bo tym razem nie o paniach…
Lecz o kawie naturalnej…
Która nas otrzeźwia z rana!

I otrzeźwia i pobudza…
Zmusza mózg nasz do myślenia…
Kawa z rana jest lekarstwem…
Które każdy z nas docenia!

Jednym słowem… panaceum…
Od wszystkiego i na wszystko…
Tak przynajmniej działa na mnie…
Kawa z rana ponad wszystko!

A ci co blondynki lubią…
Czyli czarną kawę z mlekiem…
Profanują… panaceum…
Ten mityczny lek… nad lekiem!

STEP I KONIE

Konie wichrem mkną po stepie…
W stronę słońca jak szalone…
Drży powietrze… ziemia dudni…
Kadr ten całym sobą chłonę!

Spod ich kopyt kłęby kurzu…
Wymieszane z pyłkiem traw…
Wyglądają jak obłoki…
Kołysane wciąż przez wiatr!

Tabun koni nieco zwolnił…
Kary ogier uniósł nozdrza…
Chwilę później głośno parsknął…
I jak wiatr przed siebie pognał!

Lecz po chwili wyhamował…
Szybki stęp zamienił w galop…
By po chwil… w  wolnym cwale…
Dać się ponieść stepu falom!

Wkrótce woda upragniona…
Konie gaszą swe pragnienie…
Opadł kurz… zaległa cisza…
Gęstnieć też zaczęły cienie!

Kary ogier z gęstą grzywą…
Zna to miejsce od lat wielu…
Teraz także inne konie…
Też tu trafią… dzięki niemu!

Wiesław Lickiewicz