Kontynuujemy temat diabelski w różnych formach. Są legendy, opowiadania – długie i krótkie – opowieść i dwa haiku. A bohaterami są diabły podlaskie i jeden mazurski. 

Wiesława Szwed
Trzy legendy
Wstąpił do piekieł, czyli o śmiałku, który nad Niklerzą diabłu wyzwanie rzucił.

ptak nad jeziorem nocą_pixabay.com

Jest to legenda o Rokicie, który mieszkał, albo pomieszkiwał w dziupli wierzby, rosnącej na rozstaju dróg nad jeziorem Niklerz. Jak to w legendach bywa, być może nawet skrywał tam swoje skarby. I być może w tej starej wierzbie było też wejście do piekła.

Legenda ta opowiada o miłości pewnego szlachcica o imieniu Mateusz do prostej dziewczyny z pobliskiej mu wsi. Po raz pierwszy ujrzał ją w czerwcową noc przy młyńskim stawie, kiedy to dziewczyna kąpała się nago. Dziewczyna odwzajemniła to uczucie. Spotykali się wielokrotnie, a poza sobą świata nie widzieli. Piękny ich czas może by tak trwał, gdyby nie to, że ludzie we wsi zaczęli głodować. Wtedy Mateusz wyruszył na poszukiwanie jedzenia. Nie było go długo, bo aż dwa lata. W tym czasie dziewczyna bardzo tęskniła, a kiedy zaczęła płakać i rozpaczać pojawił się diabeł Rokita z gotowym cyrografem, obiecując zwrócić kochanka, który dochowa jej wierności. Diabeł miał jednak warunki. Obiecał zwrócić Mateusza po warunkiem, że dziewczyna pójdzie za nim do piekła. Dziewczyna zgodziła się, podpisała cyrograf i poszła za diabłem. Kiedy po dwóch tygodniach Mateusz wrócił, dowiedział się od braci, co zrobiła dziewczyna. Odnalazł dziuplę w wierzbie i ruszył do piekła. Przechodził przez kilka sal. W jednej sali były piękne dziewczyny, które go kusiły, w drugiej były stoły zastawione jedzeniem i zachęcały do skosztowania, w trzeciej wąsacze grali w karty, popijali szlachetne trunki i zapraszali go do gry. Pokonując sale i opierając się wielu pokusom dotarł do ostatniej, która była przedsionkiem piekieł. Tam zobaczył starca z siwą brodą, który zaproponował mu nieśmiertelność i władzę nad ludźmi. Co zrobił Mateusz? Jaki morał z tej legendy? Ten się dowie, kto tę legendę przeczyta.

Legenda znajduje się w książce: Tomasz Lippoman „Legendy Podlasia” Instytut Wydawniczy KREATOR, Białystok 2008.

Czarcie kopyto

Przy Kryńskiej szosie, gdzie „diabeł mówi dobranoc”* znajduje się niewielka wioska Talkowszczyzna. W tej to wiosce w jednej z chat, mieszkała gospodyni Wacia, która jak głosiła tajemnica wiejska, żyła z diabłem. Opowiadali o tym i mężczyźni i kobiety w długie jesienne wieczory. A ponieważ gospodyni nie zależało na dobrej opinii, nie próbowała się też usprawiedliwiać. Za to dzięki temu żyła bogato i dostatnio. Jak opowiadał pewien gajowy, kusy robił wiele psikusów w domu Waci, gdy coś nie poszło po jego myśli. Psoty kusego znane były ludziom we wsi, komentowano je i analizowano. Jednym z psikusów było to, że pewnego razu wszystkie wrota i drzwi od chlewów były pootwierane, a cała zwierzyna z rykiem biegała po podwórku. Innym razem słup ognia wpadł przez komin do chaty. A jeszcze innego dnia, kiedy to córka Waci wyrabiała ciasto na chleb, zobaczyła na dnie miski przysmalone końskie kopyto. A przyczyn tych psikusów było wiele, bo diabeł lubił żartować i robił to aż do czasów wojny.” Widać dopiero wtedy otrzymał poważniejsze zadanie od Lucyfera”*

Mieczysław Czajkowski „ Legendy Supraskie”, Oficyna Wydawnicza WOAK, Białystok 2003r. str. 16.

Diabelskie lusterko

noc, jezioro, duży biały księżyc na granatowym niebie_pixabay.com

Legenda ta opisuje przygodę chłopa o imieniu Świder, który mieszkał we wsi Ostrówek. Wieś ta znajdowała się nad rzeką Biebrzą, skąd tratwy ze zbożem i drzewem płynęły do Warszawy. A niedaleko puszczy Jamińskiej według legendy zaczynała się linia Piekielnych Wrót.

Pewnego razu Świder późną nocą wracał zmęczony i pijany do domu. Droga była długa, więc bardzo się zdziwił, kiedy obok siebie zobaczył elegancką bryczkę z bardzo eleganckim panem na koźle. Nie wiedział Świder, że to diabeł chciał go przerobić na własne kopyto. Skorzystał z zaproszenia woźnicy i wsiadł do dorożki. Podczas jazdy wywiązała się rozmowa, w trakcie której diabeł wyjaśniał, że takim ludziom jak on Świder, czyli takim którzy nie maja zamiaru się poprawiać, on czyli diabeł i inni jego bracia roztaczają nad takimi parasol ochronny. Chciał też jeszcze, by następnego dnia Świder przyłożył łopatą w tyłek Marcie Balbinowej, bo jej bydło niszczy ludziom ogrody. Ale zanim to zrobi musi podpisać cyrograf. Świder zaczął się zastanawiać, a potem przyglądał się woźnicy. Zauważył blizny po rogach na jego czole, ślady na ciele po zgolonej sierści oraz ogon. Wtedy diabeł wyjął lusterko i podał go Świdrowi. Patrząc w lusterko zobaczył ogromne straszydło, z rogami, sierścią i ogonem. Wtedy diabeł powiedział: „ Jaki obraz nosisz w sobie, takim jesteś”*

W tym momencie tak się Świder przeraził, otworzył oczy i zobaczył, że siedzi wśród bagiennej roślinności. Zachwycił się pięknem poranka i szybko zaczął biec do domu. I taka myśl dziwna przyszła mu do głowy ”że dla tego, który go tak zwodził przez połowę nocy, to mu na złość przestanie pić wódkę”.*

Mikołaj Samojlik „Legendy Biebrzańskie”, Agencja Turystyczno-Wydawnicza „Biebrza”, Białystok 2003, str.111.

Andrzej Jarosz

Diabeł z Czarciej Wyspy – opowiadanie
(Pewnej lipcowej nocy nad Śniardwami)

postać w kapturze bez twarzy_ pixabay.com

Chudy wcale nie był chudy. Był zwalisty, silny, rubaszny, typowy wilk morski. Pięknie grał na gitarze, pięknie śpiewał grubym, mocnym głosem, najlepiej szanty, bo przecież żeglarz z niego był, jak się patrzy. Chodził w marynarskim mundurze, miał stopień komandora. Jeśli więc ktoś nie znał go na tyle, by powiedzieć: Chudy, mógł zawsze zwrócić się do niego: komandorze. Chudy był ratownikiem, wraz z grupą takich, jak on śmiałków, miał swoją bazę w Okartowie. Umiłował Śniardwy i na Śniardwach właśnie ratował życie żeglarzom, których sztorm złapał z dala od portu. 

Lubiłem przyjeżdżać do Chudego. Nie ja jeden, Chudy stale miał gości. Wszyscy śpiewali u niego szanty i patrzyli przez mocną lunetę po jeziorze, a nocą w księżyc. Szczególnie uwielbiałem wdrapywać się na wieżę obserwacyjną, bo stamtąd widok był najlepszy, nie tylko na jachty pod pełnymi żaglami, ale też na wyspy dalekie i drzewa szumiące na przeciwległym brzegu. Był tam też zawsze dyżurny, który natychmiast podnosił alarm, gdy któryś z żagli kładł się na wodę. W ciągu minuty chłopaki z Okartowa byli na wodzie i mknęli na ratunek żeglarzom. A wieczorami…?
Wieczorami słuchaliśmy Chudego. W zależności od nastroju Chudy albo śpiewał, albo opowiadał szuwarowo-bagienne historie. Jedno i drugie nam odpowiadało. Jedno i drugie Chudy robił pięknie.

– Śniardwy mają swój urok i moc – zaczął kiedyś opowiadać, a ja byłem dumny, że tym razem robi to tylko dla mnie. Zaciągnąłem go na wieżę, by z dala od wszystkich usiąść i wczuć się w magię jeziora. Z dala dobiegały nas tylko głosy gitary i nucących wilków. Noc była jasna, księżyc odbijał się w spokojnej tafli jeziora, ciągnąc kilometrami po wodzie świetlistą łunę. Tylko w takiej chwili można było ujrzeć dwa księżyce. Było cicho, wiatr zdawał się też czekać, aż w tej ciszy zabrzmi tubalny głos Chudego. Ciemne, drewniane wnętrze wieży sprawiało ponure wrażenie, czyż więc mogłem spodziewać się innych słów?
– Opowiem ci o diable z Czarciej Wyspy.
W głowie mi zaszumiało, przecież czekałem na tę opowieść. Chudy jednak zamilkł, pociągnął długi łyk piwa. Bałem się odezwać, zrobiło mi się jakoś dziwnie i nie chciałem tego psuć.
– Tylko ci, co nad tymi Śniardwami siedzą, mogą coś o nim wiedzieć – odezwał się cicho. – Jesteśmy już na tej stacji 10 lat i o każdej porze, w dzień i w nocy, dziwne rzeczy tu widzimy. Naukowo do tego podejdziesz, to powiesz, że nic się tu nie dzieje. Lepiej więc „na ludowo”, jak opowiadają tutejsi rybacy. Wtedy zobaczysz dziwne rzeczy na Śniardwach. A szczególnie na wyspie, na Czarciej Wyspie. 

Znów zawiesił głos. Spoglądał w ciemność próbując przebić się przez nią. Czarcia Wyspa była jednak za daleko, by ją ujrzeć, nawet przy blasku księżyca.
– Dzisiaj nad wyspą były dymy…- bąknąłem nieśmiało.
– Dymy nad wyspą, mówisz… – powtórzył. – Znaczy, diabeł kogoś ostrzega. Ja nie wierzę w mędrca szkiełko i oko. Wierzę w te podania ludowe, one zawsze w sobie coś mają. Niektórzy twierdzą, że na Śniardwach jest magnetyzm, bo pod nim są złoża rudy, jest ropa, jakieś minerały. To one powodują, że robi się nocą refrakcja. Wychodzi statek zza Suchego Rogu, są dwa światła czerwone, które naprowadzają go na przejście między skałami, bo cała nasza zatoka, to są skałki. Są takie dwa przejścia, jedno – 150 metrów szerokości pasa, drugie ma mniej – 50 metrów. Wchodzimy między tymi kamieniami, statki w zanurzeniu 120 centymetrów. No i przeważnie trafiamy. Ale bywało też tak, że statek idąc na patrol pod Czarcią Wyspę, wychodząc z niej krąży i krąży w kółko. Widząc światła wchodzimy i nagle wszystko gaśnie. Patrzymy, gdzie stoimy, a my przy Czarciej. Magnetyzm magnetyzmem, ale żeby światła obracały się o 180 stopni? Jak to wytłumaczyć? 

Słyszałem wiele opowieści o diable z Czarciej Wyspy. To były opowiadania różne, straszne i mniej straszne, czasem śmieszne. Kiedyś gość jechał na Szeroki Ostrów. Jest kilometrowy przesmyk, który dzieli Szeroki Ostrów od Czarciej Wyspy i Pajęczej Wyspy. Jadąc na ryby, gdzieś w okolicach przesmyku, zabłądził i jeździł tymi lasami. W pewnej chwili zatrzymał go jakiś człowiek i zapytał się, dokąd jedzie? Człek był, wyobraź sobie, w garniturze. Wszyscy, którzy się z nim zetknęli, opowiadają o bardzo eleganckim jegomościu w czarnym garniturze, w krawacie. Tak był zawsze ubrany. Nie jest to jednak reguła, bo może się wcielić w każdą postać, jaką tylko zechce. No więc, zatrzymał ten gość zbłąkanego i mówi, że go bardzo chętnie zaprowadzi na koniec Szerokiego Ostrowa, na ładne miejsce do wędkowania. Oczywiście, przyjechali, tamten podziękował, wysiadł. Rzeczywiście, wspaniałe miejsce, facet ryb nałapał, a pamiętaj, że to było w nocy. Ale rano ktoś go budzi. Obudzili go żeglarze zadziwieni, jak się dostał tutaj samochodem? Co się okazało? Gość był na Czarciej Wyspie. Po wielkich perypetiach ktoś go przewiózł jakąś barką na ląd. Sam też byłem świadkiem dziwnych zdarzeń. To jest autentyczne, co teraz opowiem. Byliśmy na patrolu, był wrzesień, pogoda paskudna. Wiało, było zimno. Miał iść jeszcze ostatni rejs z Pisza, 12 łodzi z klubu studenckiego, mieli płynąć do Mikołajek. Nasz patrol miał stać w pobliżu Szerokiego i Czarciego Ostrowa. Tam czekaliśmy na nich, ale tego wieczoru ten rejs nie przyszedł. Postanowiliśmy więc zostać na wyspie do rana. Zapaliliśmy ognisko, podaliśmy przez radio, że będziemy czekać i żeby rano zmienili nas koledzy innym statkiem. Nastała noc.

Siedzieliśmy przy ogniu i rozmawialiśmy, gdy naraz pojawił się elegancko ubrany gość, zupełnie jak w tych ludowych przekazach. Pojawił się nagle, wyszedł z gąszcza i poczuliśmy się nieswojo. Podszedł, poprosił o zapałki i dosiadł się do ognia. Myśleliśmy, że to miejscowy rybak, tylko ten ubiór… Nie był rozmowny, na pytania odpowiadał zdawkowo. Wytworzyła się jakaś taka dziwna atmosfera, wszyscy dziwnie się zachowywali. Wypalił z nami papierosa i zapytał, czy może zatrzymać zapałki? Daliśmy mu je. Różne myśli łaziły nam po głowach. Może to ktoś z łodzi, która na wieczór dobiła do wyspy? Przyszedł gość popalić, posiedzi chwilę przy ognisku i zaraz pójdzie. Rzeczywiście, po chwili wstał i zniknął tam, gdzie się pojawił. Krzaki jakby się za nim zamknęły, noc go pochłonęła. Gdy już odszedł, ktoś z nas drżącym głosem powiedział: „Panowie, to był diabeł z Czarciej Wyspy”. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać, ale to był jakiś dziwny śmiech, mało szczery. A było nas cztery osoby załogi. Mimo to jedna myśl nie dawała nam spokoju: kto to był? Jeśli to był rzeczywiście diabeł, nie powinniśmy go znaleźć, nie powinniśmy go nawet szukać. Ale jeśli to był żeglarz czy rybak, to go znajdziemy, musi tu gdzieś być. 

Nasz statek ratowniczy jest wyposażony w urządzenia do poszukiwań w nocy, ma kilka reflektorów. Wskoczyliśmy na pokład, zapaliliśmy całą galę reflektorów, odpaliliśmy silnik. Zaczęła się szybka jazda dookoła wyspy. Robiliśmy koła, ale poza naszym silnikiem nie słyszeliśmy żadnego innego, żeby ktoś odpłynął, a nawet na żaglach odszedł. Pływaliśmy tak ze dwie godziny i nie znaleźliśmy nikogo ani wbitego w trzciny, ani na biwakowisku. Popłynęliśmy na Pajęczą, przeszukaliśmy, również na Niedźwiedzi Róg – nie było nikogo. No i się zrobiła zagadka.
Zamilkł, zamyślił się, po chwili dodał:
– Wydaje mi się, że to był diabeł. No i ten garnitur…

Poczułem dreszcz. Szybko łyknąłem piwa. Chudy zrobił to samo. Sprawdziłem, czy mamy jeszcze zapas. Nie chciałem schodzić na dół, przerywać tej dziwnej opowieści. Chudy wstał, wyjrzał w ciemność, przez okno na wieży. Wciągnął w płuca ciepłe powietrze.
– Dużo dziwnych rzeczy się tu dzieje – rozpoczął znowu. – Są zjawiska podobne do refrakcji, to znaczy pozornego przybliżania się lub oddalania obiektu, a nawet przenoszenia obiektu. Komuś się wydaje, że ląduje już na Czarciej Wyspie, płynie, płynie do niej i nie może dopłynąć. To trudno wyjaśnić. Śmieszna przygoda spotkała kiedyś mnie i moich kolegów. Pływaliśmy wówczas w obstawie obozu żeglarskiego. Na ognisku, gdzie siedziało około setki żeglarzy, opowiedziałem tę historię na Czarciej, o tych dziwnych odwiedzinach gościa w garniturze. Ale był tam jeden żeglarz – niedowiarek, który od razu powiedział, że to jest niemożliwe, że to bzdury. Nie chcieliśmy go specjalnie przekonywać, a przecież widzieliśmy go na własne oczy. Ale facet nam wyskoczył naukowo, że to mógł być ktoś, kto odpłynął szybką motorówką, a miał ją wyciszoną odpowiednimi tłumikami, i takie tam – w tym stylu. Nie przekonywaliśmy go więcej. Ale gość zapłacił za swój brak wiary. Mieszkał on w łodzi kabinowej, to był „kormoran”, gdzie jest zejściówka bardzo nietypowa. Źle się z niej wychodzi. Znudzony naszym gadaniem, gość poszedł spać. Wlazł do śpiwora i zamknął się na łodzi od środka. Ale w pewnej chwili wszyscy obozowicze usłyszeli, a stało na tym brzegu koło stu łodzi, był to duży rejs, jak facet drze się wołając o pomoc. Ten człowiek obudził się w swoim śpiworze w wodzie, przy Czarciej Wyspie. Zrobił się wielki szum, gość postawił wszystkich na nogi. No i ratowanie, wyskakiwanie z łódek, wyciąganie go. Miał dokładnie zasunięty śpiwór pod samą szyję i obudził się w wodzie. Oczywiście wszyscy uważali, że zrobił to diabeł z Czarciej Wyspy. Nie można z niego kpić. 

Powtarzam zawsze żeglarzom, żeby nie zabierali nikogo po drodze na Czarcią. Zdarza się, że z Mikołajek ktoś się chce zabrać na Czarcią, mówi, że tam czekają na niego koledzy z łódką. Wygląda, jak żeglarz, ubrany w strój żeglarski – nie polecam nikomu zabierania takich pasażerów. Ludzie mówią, że to też może być diabeł, który wyprowadzi ich potem na kamienie. Wiele dziwnych rzeczy zdarzyło się już na tym świecie. Mówię o tym z uśmiechem, ponieważ w końcu diabeł z Czarciej Wyspy, to nasz diabeł, ze Śniardw. My z nim tutaj na co dzień żyjemy, nam on nie przeszkadza. Ale innym nie raz zalazł za skórę. Na całym jeziorze piękna pogoda, a przy wyspach można kręcić się w kółko we mgle. Niektórzy twierdzą, że to wina mikroklimatu. Zresztą, tu nawet drzewostan jest inny, niż gdzie indziej na jeziorach.
– Czarcia Wyspa i okolice, to jak Trójkąt Bermudzki. Często tak ludzie błądzą? – zapytałem.
– To prawda, że przyrządy nawigacyjne, kompas, czasami wariują. Nam też się to zdarzało. W nocy w pewnym momencie kompas zaczyna kręcić w okolicy Czarciej Wyspy, natomiast nie kręci nigdzie indziej. A kompas zachowuje się bardzo dziwnie, i to tylko w określonych porach, szczególnie nocą. Jeśli chodzi o porę roku, to szczególnie we wrześniu. Wrzesień jest najlepszym miesiącem do spotkań na Czarciej Wyspie z różnymi ludźmi, którzy tam obozują. No i niestety, czasem któryś z nich jest w czarnym garniturze. Ludzie opisują gościa, któremu wyżowy sztorm zerwał kajak z Czarciej. Wiał wiatr z zachodu, przy sile gdzieś ośmiu stopni, gość siedział na biwakowisku. Źle przymocował kajak i jezioro go zabrało. Na Czarciej Wyspie facet spędził dziewięć dni. Nie wiadomo, czym się żywił, jak to przeżył, czy ktoś mu pomagał? W każdym razie, gdy go odnaleziono, nikogo przy nim nie było. Znalazła go łódka i zabrała z wyspy. Byliśmy przy tym zaraz potem, jak go stamtąd zabrano. Gość był wycieńczony i przemarznięty, ale jednak dziewięć dni wytrzymał. To jest też, bądź co bądź, nienormalne. 

Chudy ponownie zamilkł. Na jeziorze pojawiła się lekka mgiełka, wciąż było ciepło i bezwietrznie. Drzewa ani drgnęły, przyroda spała. Z dali pohukiwał jedynie puszczyk, od strony wsi rozległo się ujadanie psów. W odległym dosłownie o kilka metrów od nas jeziorze plusnęła ryba. Normalnie idylla. Tylko gitara zamilkła, wilki morskie Chudego poszły pewnie spać, znużone śpiewem i późną porą. Rano trzeba być na nogach, w pełni sił.
– Głucha noc, a mimo to, tam, po jeziorze łabędź płynie, widzisz?
– Rzeczywiście, to łabędź, ledwo go widać. Diabeł chyba wyczuł, że o nim gadamy w tej chwili. O, teraz widzę go bardzo dobrze.

Wielki ptak wpłynął na spokojną taflę jeziora rozświetloną przez księżyc. Wyglądał majestatycznie, poruszał się powoli. Był dosyć daleko od nas, ale wyraźnie go widzieliśmy.
– O tej porze łabędź? Chociaż, diabeł może się zmienić w każdą postać. Co najdziwniejsze, jak powiadają świadkowie, może się też zmienić w członka załogi jachtu. Ktoś z załogi pójdzie na przykład spać lub odejdzie od ogniska. Diabeł przybiera jego postać, przychodzi do ogniska, siada ze wszystkimi i zachowuje się normalnie. Ale – o coś zapytany – daje odpowiedzi wymijające, a głos jego jest taki, że skóra cierpnie i dreszcz przechodzi po plecach. Po czym wstaje, udaje się do łódki i tyle go widziałeś. Nagle okazuje się, że twój kolega, który siedział przed chwilą z tobą przy ognisku, to wcale nie twój kolega, bo ten wcale do tego ogniska nie podchodził, a śpi twardo od dawna w namiocie czy łódce. Takich historii można by tu nad Śniardwami usłyszeć wiele. Strach ma wielkie oczy. Żeglarze wciąż opowiadają o spotkaniach z diabłem. Jednak coś w tym jest. Jeśli wybierzesz się kiedyś z nami we wrześniu na wyspę, żebyśmy tam posiedzieli, odetchnęli tamtejszą atmosferą, sam zobaczysz. Nie ma już turystów na jeziorze, to jezioro jest wtedy samo ze sobą. Ale nie w taką pogodę, jak dzisiaj, gdy jest cichutko i spokojnie i nie wieje wiatr. Gdy wiatr zawieje, każde drzewo inaczej szumi. Wtedy właśnie człowiek nasłuchuje, wypatruje wszędzie sił niejasnych, zjawisk nadprzyrodzonych. Fantazjować jest rzeczą ludzką. A rybacy wierzą w te historie, i miejscowi ludzie też wierzą. A nauka? Cóż, nie poprze czegoś, czego nie dotknie. Warto popłynąć, a jak będziesz miał szczęście, to może i samego diabła spotkasz.
– Świtać zaczyna.
– Tak, świt to koniec diabła, budzi się przyroda, wszystko wraca do normy. Na wyspie jesteśmy bardzo często, ale zawsze z szacunkiem do pana diabła. Uważamy, że nas, którzy tu z nim są na jeziorze, diabeł ostrzega, właśnie za to, że mamy do niego pewien szacunek. 

Coś w tym jeziorze jest, że wszystkich przyciąga do siebie jakąś dziwną siłą. A ludzie boją się Śniardw, bo pływanie tutaj jest groźne. Jezioro wciąż zbiera śmiertelne żniwo wśród tych, którzy je zlekceważyli. A jednak ciągnie tu ludzi, ta dzicz. To jest dzikie jezioro. Ten zakątek trzeba chronić, takiej przyrody w Europie już prawie nie ma. Pewnie dlatego diabeł też lubi Śniardwy. Najważniejsze, że nie robi krzywdy tym, którzy kochają Śniardwy, poważnie traktują jezioro. Taki jest Diabeł z Czarciej Wyspy.

Krystyna Cylwik

Zasłyszana opowieść o diabelskim kamieniu w puszczy 

wizerunek płaskorzeźby z siedzącym diabłem z butelką, obok dynia_pixabay.com

O kamieniach na Mazurach można by opowiadać bez końca. Opowiadał mi o nich dziadek, tata i inni ludzie. Z tych zasłyszanych przekazów utkałam taką opowieść.

Według jednych kamienie – to skalne urwiska, stworzone przez wędrujący lodowiec, inni mówią, że to dzieło diabła, który porozrzucał głazy po ugorach, leśnych polanach nasiąkniętych potem ludzi, przybyłych na te ziemie z Mazowsza czy Pomorza. Kamienie były przekleństwem tej krainy.

Na skraju Puszczy Boreckiej mieszkał Marcin z żoną. Bieda tam aż piszczała. Wzdychał chłopina do złych i dobrych mocy o ratunek dla siebie i żony. Bardziej wzdychał do tych złych, bo myślał, że są szybsze i skuteczniejsze w działaniu. Marzył o karczmie z obszerną ciepłą izbą i komorą pełną antałków piwa i jadła. A wszystko to na puszczańskiej polanie. Tak pragnął tego dobrobytu, że mógł oddać za to swoją duszę.

Pewnego razu obudziło Marcina stukanie do okna. Za drzwiami stała rogata postać i oświadczyła, że może spełnić jego marzenia pod warunkiem, że on i jego żona przyłożą rękę do serca a później na papierze. Gdy nasycą się bogactwem i będą nim zmęczeni, wtedy on diabeł po nich przyjdzie. Nie ufał do końca chłop diabłu. Pomyślał, że diabeł nie może wywiązać się z obietnicy i zażądał coś w zamian, chociaż diabelskiej kapoty, w której była cała czarcia moc. Diabeł przystał na tą propozycję i oddał ją Marcinowi, a sam wziął się do roboty.

Wrócił chłop do izby a kapotę powiesił na ścianie. Odór padliny rozszedł się po całej chacie i obudził żonę. Rozeźlona rozpaliła ogień na kominie i cisnęła tam czarcią kapotę. Była zadowolona, że uchroniła siebie i Marcina przed złymi mocami.

W tym czasie diabeł pracował w pocie czoła. Znosił głazy, układał z nich ściany przyszłego domostwa. Sklejał je nie byle czym tylko diabelską śliną. Gdy dźwigał największy głaz, poczuł dreszcze i okrutną niemoc, przeszywającą całe ciało. Zaryczał strasznie, z łap wysunął się głaz i zarył w omszałą glebę.

Rankiem ruszył chłop zobaczyć miejsce, gdzie pracował diabeł i miał karczmę wybudować. Jego oczom ukazała się niedokończona budowla i diabła ani śladu. Dokończył Marcin dzieło zaczęte przez diabła. Powstała okazała gospoda, która witała utrudzonych wędrowców a Marcin i jego żona z biedaków stali się bogatymi karczmarzami. 

A mazurski diabeł po utracie mocy z powodu spalenia kapoty, nie mógł wrócić do piekieł. Błąkał się po bezdrożach, mylił drogi wędrowcom, grał na skrzydłach wszystkich napotkanych wiatraków. Po karczmie nie ma ani śladu, pozostał jedynie potężny głaz, który może powiedzieć więcej, niż legenda. Trzeba tylko odgarnąć z niego mech zapomnienia.

.Dwa diabelskie haiku

Anna Anchimowicz

zmienne oblicze
sieje zamęt, podnieca
kusi do złego

Stenia Romanowicz

podlaski diabeł
siedzi między wierzbami
kusi młodzieńca

Opowiadanie w 5 słowach o diable

Anna Anchimowicz

Bywa uroczy, zniewala. Kusiciel dusz.

Podlaska Redakcja Seniora Białystok