Dzionek emeryta

Dzisiaj zaspałem całą godzinę. Obudziłem się o siódmej, kiedy Kacper z chłopakami odjeżdżał na przystanek szkolnego autobusu. Szczęśliwie piec, dwukrotnie zaopiekowany przy okazji nocnego siusiania, nie wygasł. Załadowałem go drobniejszymi szczapami, przestawiłem na grzanie wody i wziąłem się za śniadanie. Przypieczenie na oleju trzech grubych pajd razowca nie jest skomplikowaną procedurą, a ze zsiadłym mlekiem z lodówki smakowały znakomicie. Nieumyty (celowo) słoik wstawiłem do lodówki – jak Marta przyniesie mleko, które po odjeździe Smoka-Mlekopija obcieknie ze ścian schładzalnika, napełnię go znowu, postawię przy kaloryferze i po dobie będzie gotowe. Ponieważ moje śniadanie to dopiero połowa czasu grzania wody, zajrzałem do poczty, zaliczyłem poranne wiadomości oraz odwiedziłem „Podlaskiego Seniora” i inne zaprzyjaźnione strony. Potem przestawiłem piec na dom i jeszcze złapałem małego drzymka, zanim Kacper ogłosił zapowiedziany wyjazd do lasu. A właściwie nie do lasu, tylko do tak zwanej w naszej okolicy bieli, czyli niskiego, podmokłego oczka torfowego, porosłego krzewiną z domieszką olch i brzóz. Otóż te brzozy, zaatakowane przez malowniczy grzyb zwany hubą, uschły w terminie doskonale zsynchronizowanym z ministerialnym zaleceniem, by z braku węgla (którego mamy ponoć na 200 lat) palić w piecach chrustem.

fot. Wojciech Więckowski – ciągnik pracujący w nocy

Zaczepiliśmy więc z zięciem przyczepę do Małego Jasia (ciągnik John Deere występuje u nas w wersjach: Mały i Duży), do kabiny zabraliśmy piłę motorową oraz inne potrzebne fanty, na widłaku powiesiliśmy krążek stalowej liny i przytuleni w ciasnawym wnętrzu dogoniliśmy synka, który drałował na piechotę.
Synek robił za drwala – kładł po kolei suche brzozy. A ja z Tomkiem zajęliśmy się zrywką, czyli wyciąganiem ich na skraj bieli. Jest to zajęcie, można powiedzieć, wysoce spacerowe. Przez oczko trzydziestometrowej liny przewlokałem łomik-przetyczkę i poprzez gęste krzaczory wędrowałem ku odziemkowi położonej brzozy. Wspomniany odziemek opasywałem liną, której pętle przewlekałem przez oczko i zabezpieczałem łomikiem. Tomek drugi koniec liny zaczepiał za Jasia i wyciągał sztukę najpierw z krzaczorów, a potem skręcał w bok, by nie niszcząc łąki ułożyć ją wzdłuż skraju bieli. Dzień naszej akcji (drugi z kolei) nie był przypadkowy – mieliśmy lekki mróz i w zamarzniętym gruncie nie odciskały się ślady opon. A ja sobie grzecznie dreptałem za sunącym pniem, aby gdy już się znajdzie na miejscu, wyciągnąć łomik, oswobodzoną linę zarzucić na ramię i wędrować ku następnemu odziemkowi. Następne spacery przez biel były już nieco łatwiejsze, bowiem wędrowałem ścieżką wygniecioną w krzakach przez wyciągany pień. Tylko tych spacerów było dużo więcej niż ściętych brzóz, bowiem, będąc one z lekka spróchniałymi, pękały przy upadku na dwie lub więcej części. Tak więc zaliczyłem nielichą wycieczkę krajoznawczą, zanim Kacper poprzecinał dłuższe sztuki i zabrał się za załadunek. Zamontowany na Jasiu przedni ładowacz jest do tej roboty niezastąpiony. Z podziwem obserwowałem, jak zainstalowanym na nim widłakiem synek operuje niczym własnymi palcami. Grubsze

fot. Wojciech Więckowski – ciągnik pracujący nocą

sztuki podbierał pojedynczo, cieńsze po dwie a nawet trzy i precyzyjnie układał na przyczepie. Ułożony ładunek wystarczyło spiąć pasem i nieco po 13-tej byliśmy w domu. Babcia Małgosia, czyli moja szanowna małżonka, właśnie przywiozła z przystanku dwójkę młodszych wnuków, Kacper w trybie ekspresowym ogarnął się i pojechali z Martą na wywiadówkę, a ja zabrałem się, za rozpoczęty wczoraj, w analogicznym czasie i okolicznościach, remont oborowego oświetlenia, które świeciło już tylko gdzie niegdzie. Klosze świetlówek były już zdjęte i umyte. Przy ich czyszczeniu stwierdziłem, że zwierzęce odchody umieją fruwać, gdyż wszystko było obrośnięte grubą warstwą obornika powstałego z oborowego kurzu i wilgoci. Wstawiłem je do brodzika w oborowej łazience, spryskałem obficie prysznicem i poszedłem wymontowywać z opraw przepalone świetlówki wraz z ich podstawą i zamontowanym do niej elektroosprzętem. Wyczaiłem bowiem, iż rury LED-owe mają taką samą długość i mocowanie jak stare świetlówki, natomiast są jaśniejsze i energooszczędne. A że są zasilane zwykłym napięciem sieciowym, należy wywalić niepotrzebny osprzęt świetlówkowy i skorygować podłączenie oprawek. Zaniosłem zdemontowane fanty do garażu i wróciłem walczyć z ekskrementami na kloszach. Ale nie zdążyło ono jeszcze do dna odmoknąć, gdy Marta telefonicznie zameldowała, że Babcia Małgosia przywiozła już Krzyśka i zawezwała mnie na rodzinny obiad. A po obiedzie i obowiązkowej drzemce zawziąłem się, dokończyłem mycie kloszy i modernizację świetlówkowych podstaw.

fot. Wojciech Więckowski – ciągnik pracujący nocą

Tak więc dziś zaspałem, ale miałem teraz przed sobą tylko czysty montaż. Tyle że znów trzeba było uważać, by krówki nie przewróciły drabiny albo nie nadgryzły opartych o nią kloszy i świetlówek. Ale przed obiadem byłem obrobiony, wykąpany i po drzemce miałem zamiar udać się do Klubu Seniora, zanim do końca nie wywietrzeją wrażenia z sobotniej imprezy, którą na łamach „Podlaskiego Seniora” barwnie opisała moja Małgosia. Nie było mi to jednak pisane – moje dzieciątko przymówiło się, bym pomógł zwieźć resztę przygotowanego przed obiadem drewna.

Tym razem wziąłem ze sobą telefon, by sfotografować dla Drogich Czytelników chociaż końcówkę naszej akcji. Fotek z akcji dziennej niestety nie zrobiłem, bo bałem się, iż spacerując po habaziach posieję telefon.
A teraz pukam wytrwale w klawiaturę i jest szansa, że skończę, zanim zasnę.

Czwartek, 09.02.2023.

Wojciech Więckowski