Dzisiejsza młodość
Razem, młodzi przyjaciele!
Adam Mickiewicz „Oda do młodości”

Młodości! – do Ciebie coraz to nowe piszemy ody,
Nowe hymny pozgonne, pieśni powitalne.
Bo też nowych pokoleń powstają narody,
I wchodzą w życie: ostre i nachalne.

Dość mamy starych, zgrzybiałych poetków,
Ciągnących swoją świtę za koniec języka.
Dość marnych estetek i miernych estetków!
Niech twórczość ich własna do reszty zamyka.

Zostawmy ich sztukę „nowoczesnej” epoki,
Niech minie! Jak mija wszystko, co pretensjonalne.
Takie są i nasze, i boskie wyroki,
Że przemija to, co podniośle banalne.

Pewni ich świata kruchości – pójdźmy po swoje,
Przepędźmy na bambus panie-recenzentki!
Uderzmy z mocą w banału ostoje:
W ciotki literackie, w „głębokie” studentki!

Pokażmy, że Ciało, może być tylko ciałem,
I nie trzeba w nim szukać jakiejś głębszej wiary.
Rozprawmy się w końcu z tym ich ideałem,
Który wznieca w kotlecie jęki ofiary.

Do broni, młodzi, do broni!

Sięgnijcie po pióra swoje i miecze,
Wytoczcie ciężarnej twórczości kanonady!
Co się odwlecze to nie uciecze!
Zakończymy żałosne te ich eskapady!

A kto zdradzi, kto zignoruje przesłanie,
Wpisane naszą ręką w młodości naturę,
Ten niech pierwszy kupi z żonką przytulne mieszkanie,
I pierwszy poczuje pomarszczoną skórę!

Do Skamandrytów

Do metra wsiadła elegancji królowa,
Ledwie zdążyła przez drzwi.
Do słuchawki ostro rzuciła te słowa:
„On sobie za mnie chyba kpi!”

Obok stał facet w kratkowanym płaszczu,
Na wzór nowoczesnej mody.
Zanosił się z wolna od kaszlu,
Zwyczajnej był raczej urody.

Wtem….

Błysk torów i wrzaski mrożące,
Zmąciły wagonu istnienie,
Zamiast kobiety spotkałem karcące,
Chimery oczu spojrzenie.

Mężowi z pod płaszczu ręce,
Wystawały obślizgłe i zimne,
Nim zdążę zbiec, nim się okręcę,
Jakieś stwory łapią mnie inne…

Tak myśl ma zwiedza inne światy,
I tak to układam w poezje,
O fantazji w metrze debaty,
Szerząc zwyczajności herezje.

Lecz kto spragnionemu artyście,
Realizm metra wypowie?
Wy też nim za życie błyszczeliście,
Wielce szanowni panowie!

W zadumanej ciszy, grobowej martwocie…
Według Kazimierza Przerwy-Tetmajera

W zadumanej ciszy, grobowej martwocie,
Jadę znów pociągiem gdzieś dalej niż w dal,
Słychać jęki wyraźne w torów łoskocie,
Słychać Boga młodego, jego smutek i żal.

O dziewczyno!

Co siedzisz po stronie przeciwnej,
Wpatrzona w życie jak miraż wydarzeń,
Czy nie słyszysz tej męki, tak wielkiej i dziwnej,
Przepełnionej niemocą bożych wyobrażeń?

O Ludzie!

Co siedzicie w koło,
Chmarą twarzy zaciętych jak grobowe deski,
Czy wam obojętnie? Czy wam wesoło?
Na ten ból patrzeć niebieski?

Ach! Stacja! Lubieżny przystanek,
Ludzi zmarnowanych na pracy maszynach,
I nikt nie widzi w ten senny poranek,
Że Bóg umarły, sam leży na szynach.

Wysiadam, lecz wszystko wraca…

Znów usiądę w przedziale ciszy zadumanej,
Mój świat się w pociąg znów przeinaczy,
I nie odepchnę tej myśli niechcianej,
Że boskie cierpienie nic dla mnie nie znaczy.

Mateusz Guzy