OPOWIEŚĆ SZEŚĆDZIESIĄTA PIERWSZA – EMERYT I POPRAWINY

Po przybyciu do stacji przesiadkowej emeryt Protazy czekał cierpliwie na pociąg, który miał go zawieźć do miejscowości, gdzie odbył się ślub i wesele jego bratanka. Emeryt znalazł peron, z którego odjeżdżał ten pociąg. Czekał go jednak dość pobyt, bo odjazd powinien nastąpić za dwie godziny. Miał więc czas, by cieszyć się kontaktem z przyrodą. Akurat dzień był słoneczny, czerwcowy, co zachęcało do przebywania na świeżym powietrzu.

Protazy usiadł na peronowej ławce, zamknął oczy, a głowę podniósł do góry, aby zakosztować promieni słonecznych. Stan błogiego relaksu nie trwał jednak długo. W pewnym momencie emeryt poczuł mocne ukłucie w okolicach szyi. Odruchowo uderzył się dłonią  i zobaczył spadającą na ziemię martwą osę. Rozbudzony słońcem i wysoką temperaturą owad szukał dogodnego podłoża, którym, niestety, okazała się szyja Protazego. Co gorsza, emeryt czuł, że okolica ukąszenia jakby się powiększała. Istotnie, po paru minutach Protazy miał pokaźny obrzęk z boku szyi.

W tej samej chwili obok emeryta przechodziła jakaś starsza pani. Przypadkowo spojrzała na Protazego i na jej twarzy pojawiło się przerażenie:
– Co się panu stało? – zagadnęła. Coś panu wyrosło pod głową, jakiś balon, czy co?
– Chyba ukąsiła mnie osa – stwierdził obolały Protazy.
– Oj, proszę pana, z tym nie ma żartów. Mój nieboszczyk mąż poszedł kiedyś do ogrodu, żeby zerwać parę kwiatów do wazonu. Wrócił, co prawda, do domu, ale długo w nim nie pobył. Ukąsiła go wtedy pszczoła, przyjechało pogotowie, zabrano go do szpitala. Niestety, trwało to zbyt długo i zostałam wdową.
Dlatego jestem uczulona na takie przypadki. Ma pan szczęście, że osa nie ukąsiła pana w okolicach przełyku, bo mógłby pan skończyć, jak mój świętej pamięci mąż. Ale mimo to musi pan zaraz pójść do lekarza, żeby to opuchnięcie nie spowodowało komplikacji.
– Do lekarza? – zdziwił się Protazy. Gdzie ja tu znajdę lekarza? Poza tym nie mam za dużo czasu, bo czekam na pociąg. Jadę na ślub mojego bratanka.
– Ale co pan mówi? – rzekła zatroskana losem Protazego rozmówczyni. Tu przy stacji jest punkt ambulatoryjny. Zaprowadzę tam pana. Lekarz pana zobaczy, to coś zaradzi.

Protazy spojrzał na zegarek. Miał jeszcze godzinę do odjazdu pociągu, więc zdenerwowany opowieścią starszej pani poszedł z nią do ambulatorium.
Gdy weszli do środka, lekarz spojrzał  na emeryta i nawet nie musiał pytać, co się stało. Od razu wiedział, co robić.
– Siostro – rzekł do pielęgniarki – proszę przygotować zastrzyk antyalergiczny, podwójną dawkę.
Protazy o mało nie uciekł. Zastrzyki od dzieciństwa były jego przekleństwem. Bał się panicznie i unikał, jak ognia.
W ostatniej chwili pielęgniarka zastąpiła mu drogę:
– A pan dokąd się wybiera? Proszę opuścić spodnie i odwrócić się.
– Co pani? – oburzył się Protazy. Co pani chce zrobić?
– Nic takiego, proszę pana, po prostu zrobię panu zastrzyk w pośladek, aby uniknąć nieprzewidzianych powikłań po ukąszeniu osy.

Protazy niechętnie przychylił się do prośby pielęgniarki i po chwili poczuł ukłucie. Dwa takie kłujące ciosy w ciągu dnia okazały się dla Protazego szokującym przeżyciem, co wyraził głośnym okrzykiem w momencie wbijania igły w mięsień.
– Co pan taki wrażliwy? – rzekł do niego lekarz. Przecież to tylko zastrzyk. To nic takiego. Przecież to dla pana dobra. Wie pan, czasem trzeba pocierpieć, żeby uchronić się od dalszych cierpień.
Załamany i zbolały emeryt kiwnął tylko przytakująco głową i powoli się ubrał. Rzekł słabym głosem „Dziękuję” i wolno wyszedł z ambulatorium.

Prawie przyczołgał się z powrotem na peron. Ból po zastrzyku nie pozwolił usiąść na ławce. Stanął więc na peronie i czekał cierpliwie na pociąg.
Rozglądał się przy tym na boki, żeby spostrzec, czy przypadkiem jakaś inna osa nie ma ochoty na jego wątłe, emerytalne ciało.
Gdy nareszcie nadjechał pociąg, Protazy wsiadł do środka. Stwierdził, że nawet było dużo wolnych miejsc. Niestety, obolały pośladek nie pozwalał na zajęcie pozycji siedzącej, w związku z tym Protazy stał przez całą drogę.
Opuchnięta szyja też nie zapewniała komfortu podróży. Mimo to wątły emeryt dzielnie zniósł trudy półtoragodzinnej podróży do miejsca przeznaczenia.

Po osiągnięciu celu Protazy wysiadł z pociągu na peron i znów ogarnęły go pesymistyczne myśl. Jest oto w nieznanym miejscu, gdzie znajduje się dom weselny. Tylko jak go znaleźć? Miasteczko niewielkie, ale też nie ma trzech domów na krzyż. Dokładnie nie wiedział, gdzie odbył się ślub i wesele. A może jednego dnia było parę ślubów, a wesela organizowano w kilku miejscach?

Protazy znów zaufał swemu życiowemu doświadczeniu. Intuicja kazała mu iść wzdłuż pierwszej ulicy, którą napotka po wyjściu ze stacji. Oczywiście, jako człowiek nielubiący rzucać się w oczy i nie przyznający się do tego, że jest przybyszem z zewnątrz, szedł wolnym krokiem, rozglądając się ukradkiem po bokach na zbudowania.
W pewnym momencie uświadomił sobie, że zwykle domy, w których są wesela, dekoruje się różnymi balonami, girlandami i innymi ozdobami, chcąc pokazać sąsiadom, że w tym okresie dzieje się w tym domu coś szczególnego. Z takim przekonaniem Protazy zaczął szukać już nie tyle numerów domów, ile dekoracji, które naprowadziłyby go na właściwe miejsce.
Przeszedł może dwieście metrów, gdy nagle z daleka zobaczył właśnie takie dekoracje przy wejściu na teren posesji. Zbliżył się do ogrodzenia i zajrzał przez płot. Nie był on wysoki, więc głowa emeryta stanowiła łatwo dostrzegalny obiekt.

W tym momencie zobaczył Wacusia, który właśnie wychodził po schodkach z domu.
– Stryjek! – krzyknął z radości Wacuś – a jednak przyjechałeś, tylko dlaczego tak późno? No, w sumie lepiej późno niż wcale. Dobrze trafiłeś, bo są akurat poprawiny. Wchodź szybko, zaraz zaprowadzę cię do środka.
Protazy opowiedział po drodze Wacusiowi o swoich perypetiach w podróży i zaledwie to uczynił, obydwaj weszli do dużego pomieszczenia, w którym znajdowały się najbliższe rodziny pary młodej.

– Protazy! Miło cię widzieć! – krzyknął z radością jego brat, czyli ojciec Wacusia. Szkoda, że tak późno dotarłeś. Mów, co tam u ciebie słychać.
Protazy nie dał się wciągnąć rozmowę z bratem, bo pamiętał, że przyjechał tu z prezentem dla pary młodej. Wyjął więc z marynarki kopertę z pieniędzmi i wręczył ją Wacusiowi, który jednocześnie przedstawił emerytowi  nowo poślubioną małżonkę. Oczywiście emeryt, jak człowiek z zasadami, złożył też życzenia młodej parze.

Protazy nie zdążył nawet pomyśleć o tym, czy zawartość koperty usatysfakcjonuje młodych, bo jego brat natarczywie domagał się z nim rozmowy:
– Siadaj, Protazy, i opowiadaj, co u ciebie nowego. Widzimy się tak rzadko, to pewnie sporo się wydarzyło w twoim samotnym życiu.
– Problem w tym, że nie mogę usiąść – rzekł emeryt.
– Jak to? Dlaczego? – zdziwił się brat emeryta.
Wszyscy obecni goście z zainteresowaniem przysłuchiwali się tej rozmowie, bo szczupła postać Protazego i niekonwencjonalny ubiór zwróciły ich uwagę.
Protazy kontynuował swą wypowiedź:
– Na stacji przesiadkowej ukąsiła mnie osa i dostałem zastrzyk w pośladek. Teraz to miejsce mnie boli i nie mogę go przyciskać.
W tym momencie wstało zza stołu dwóch rosłych mężczyzn. Byli to bliźniacy, wujowie panny młodej. Przedstawili się jako Makary i Hilary. Od razu znaleźli sposób na zmniejszenie cierpień Protazego.
– Niech pan pójdzie na chwilę z nami na tył domu. Tam jest mały ogródek, w którym zastosujemy naszą wypróbowaną metodę na zmniejszenie bólu.

Protazy nie zdążył nawet powiedzieć słowa, gdy dwaj rośli i mocarni, jak kulturyści, bracia chwycili emeryta pod ręce, unieśli go w powietrze i wyszli do ogrodu.
Pozostali goście zaniemówili z wrażenia. Nie wiedzieli bowiem, jakie to metody stosują wujowie-bliźniacy. Tymczasem bracia polecili Protazemu, aby zdjął spodnie i położył je na stojącej obok ławce, po czym chwycili leżący na trawie wąż ogrodniczy, odkręcili wodę i skierowali jej strumień na obolały pośladek Protazego, który zaskoczony zimną wodą wydał z siebie nieludzki okrzyk:
– Co też panowie robią! Przecież to jakieś wariactwo!
– Nie, nie – odrzekł jeden z braci Hilary.
– Zimna woda znieczuli panu obolali miejsce, bo naczynia krwionośne się zwężą i schłodzą, Od razu poczuje pan ulgę.
Co prawda, trochę zamoczyliśmy panu slipki, ale niech pan je powiesi tu na krzaku. Jest ciepło, to za pół godziny słońce panu je całkowicie wysuszy. Teraz niech pan założy spodnie, bo jak wrócimy na salę, to unikniemy trochę niezręcznej sytuacji.

Zszokowany Protazy mimowolnie poddał się woli bliźniaków i po założeniu spodni ponownie wrócił z nimi do gości.
– Jaką metodę zastosowaliście moi drodzy? – spytała panna młoda.
– A, taką trochę podobną do morsów, czyli kąpiel w zimnej wodzie.
– Czyście zgłupieli? – oburzył się ojciec panny  młodej. Przecież to starszy człowiek i taki wątły. Może się przez was rozchorować!
– To prawda – oburzył się Wacuś.
– Ja już nie  powiem, komentarz zbyteczny – dodał brat Protazego.
Bracia bliźniacy nie ustawali jednak w pomysłach prowadzących do polepszenia stanu emeryta.
– Panie Protazy – odezwał się Hilary – może pan zmarzł, więc teraz czas na rozgrzewkę.
– Być na weselu i nie wypić gorzałki to prawie grzech! – wspierał swego brata Makary. Ja się pan napije, to zapomni pan o bólu.

Słysząc to Protazy pobladł mocno na twarzy, nogi się pod nim ugięły i lekko się zatoczył. Przecież on, jako abstynent, jest uczulony nawet na zapach alkoholu, a co dopiero mówić o piciu.
Widząc niewyraźną minę Protazego jego brat rzekł do bliźniaków:
–  Dajcie już spokój z tymi waszymi pomysłami. Mój brat nie pije alkoholu.
– Co? Nie pije? Tyle kilometrów jechał, żeby tu być na sucho? – groźnym tonem odezwał się Makary.
Bracia spojrzeli po sobie i prawie jednocześnie odrzekli:
– Dobrze, w takim razie to my się za pana napijemy.

Nie było tajemnicą, zwłaszcza w rodzinie panny młodej, że jej wujowie nie stronili od alkoholu. Już w czasie wesela opróżnili kilka butelek, ale potężne ciała zachowały jeszcze świadomość bliźniaków.
Członkowie rodziny panny młodej zaczęli protestować:
– Dajcie już spokój z tym piciem. Wystarczy. Zresztą nasze spotkanie się kończy i będziemy wracać do domów.
– Tak, tak – rzekł Protazy. Ja też muszę wracać, bo stąd jest tylko jeden pociąg na dobę. Pójdę jeszcze tylko do ogrodu, bo tam została jedna moja rzecz.
Emeryt wyszedł szybko do ogrodu, uzupełnił swój ubiór o wysuszone na słońcu slipki i wrócił na salę.
– Co ty, Protazy, już wracasz? – dziwił się jego brat. Przecież nawet nie porozmawialiśmy.
– A, u mnie nic takiego się nie dzieje – odrzekł Protazy – muszę już wracać.
– Ależ, stryjku – rzekł Wacuś. Po co ten pośpiech? Za godzinę będzie jechał samochodem w twoim kierunku mój kolega, Na pewno cię podwiezie. Nie musisz się martwić o pociąg.

Uspokojony tym emeryt pozostał jeszcze godzinę. Paradoksalnie ostra kuracja bliźniaków okazała się skuteczna, bo ból jakby nieco ustąpił. Na tyle, że Protazy mógł usiąść i skosztowawszy paru smakołyków z weselnego stołu, miał możliwość pogawędzić sobie z członkami rodziny, gdy inni goście weselni pożegnali się i wrócili do swych domów.
Po godzinie kolega Wacusia dał do zrozumienia, że już musi jechać i z chęcią zgodził się zabrać Protazego w podróż powrotną.

Andrzej Wróblewski
Podlaska Redakcja Seniora Białystok