Stary rozpadający się budynek na skraju wsi to młyn w Kadłubówce. Obiekt ma ponad sto lat. Zwalista bryła murowanej budowli przetrwać może jeszcze drugie tyle, choć już od dwu dziesięcioleci niczemu nie służy. Zarośnięta, zaniedbana, szpecąca otoczenie ruina. Niczyja? A przecież od początku mocno i długo związana z losami mojej rodziny!

We młynie fot. pixabay.com

Młyn ten zawsze znaczył dla mnie bardzo wiele, bo tam pracował nasz tata. Przechodziłam obok codziennie przez osiem lat uczęszczania do szkoły podstawowej. W drodze powrotnej należało policzyć, ile furmanek jeszcze stoi nieopodal, aby zdać relację mamie, która na podstawie tej wiedzy szacowała czas powrotu ojca. Często też nosiło mu się gorący obiad w małej, emaliowanej kance. Huk pracujących maszyn brzmi w moich uszach do dziś. A potem… Już tylko wspomnienie tragedii, która się tam wydarzyła. W wypadku przy pracy zginął w młynie nasz tata – najwspanialszy z ludzi! Jeszcze długo, bardzo długo potem nie mogłam zwrócić oczu w stronę tej budowli. Teraz pozostaje już tylko pamięć tamtej straty.

Młyn wybudował teść jednego z moich dziadków w linii bocznej, przeznaczając na to pieniądze zarobione w Ameryce. Miał kilkoro dzieci, w tym jedną córkę, która była nie w pełni sprawna. Piękna Helenka utykała na jedną nogę. W dawnych czasach na wsi taka panna musiała dostać duży posag, aby wyjść za mąż. Tak to „kulawa Hela” została żoną mojego ciotecznego dziadka Józefa Kiersnowskiego, rodzonego brata babci Olesi, czyli Aleksandry Zgliszewskiej, matki mojego ojca.

Odziedziczony młyn sprawił, że Kiersnowscy stali się we wsi elitą, właścicielami z majątkiem. Mieli dom przypominający dworek, mieli parobka, uznanie i podziw. Dziadek Kiersnowski był nerwusem, a babka Helenka osobą o wielkiej dobroci i delikatności. Chyba tylko dlatego to małżeństwo przetrwało, dochowując się gromadki potomstwa. Do pracy w młynie wynajmowali też innych, w tym młodego naówczas mojego dziadka Józefa Zgliszewskiego. Józef-właściciel oraz Józef-robotnik to dwa przeciwstawne charaktery. Ten pierwszy, zarozumialec i raptus, nie szanował tego drugiego, swojego wyrobnika. Zaś mój dziadek Zgliszewski był człowiekiem niespotykanie spokojnym, więc znosił pokornie kaprysy przyszłego szwagra. Bo, jak się okazało, młodsza siostra posiadacza młyna, Olesia, zakochała się w młodym i przystojnym, czarnowłosym Józefie. Pobrali się więc, a ich pierworodny syn Czesław to mój od dawna nieżyjący tata. Tymczasem młyn działał nadal i obaj dziadkowie tutaj pracowali.

Zboże-w-worku, fot.pixabay.com

Tuż po II wojnie światowej w kraju przeprowadzono nacjonalizację, czyli zajmowanie majątków na rzecz państwa. Za odszkodowanie, które nawet w części nie było równoważne jego wartości, Kiersnowscy wybudowali jeden dom w Warszawie, potem również drugi. Tam wyjeżdżały i osiedlały się kolejno ich dorosłe dzieci. Ja pamiętam tylko babkę i dziadka (bo tak ich, zgodnie z wolą rodziców, tytułowaliśmy) oraz ich najmłodszego syna Kazika, a także kilkoro przyjeżdżających na wakacje wnuków, przede wszystkim – Andrzeja i Bogdana. Jako mała dziewczynka widywałam ich z daleka. 

Dziadek Kiersnowski bardzo przeżył przymusowe upaństwowienie młyna, jego oczka w głowie. Na domiar złego budynek ciągle stał pośrodku ich posesji i zapewne drażnił samym swoim widokiem. Dlatego też, kiedy byłam w podstawówce, dziadkowie sprzedali swój pozostały majątek i przenieśli się do stolicy. Józef to wszystko bardzo przeżył i ciężko odchorował, jak rozprawiano w rodzinie. Umarł nagle i przedwcześnie. Po wsi niosła się wieść, że „jego serce nie wytrzymało”. Trudno się temu zresztą dziwić. Pamiętam też wyjazd babci Olesi i dziadka Józefa na pogrzeb do Warszawy, bo w oczach podlaskiego dziecka było to wielkie wydarzenie. Potem oglądało się plik zdjęć z tej smutnej uroczystości, a fotografie w takiej liczbie też były u nas rzadkością.

Po wojnie przewijali się tu różni młynarze, znani mi w większości z ustnych przekazów. Ale odkąd już sama pamiętam, we młynie pracowali po kolei – najpierw syn Rozalii, drugiej, starszej z sióstr dawnego właściciela. To jej najstarszy, również… Józef! Z racji niezwyczajnej tuszy nazywany Grubym Józikiem. Ten całym sercem przylgnął do nowego ustroju. Był „wysoko partyjny”, jak powszechnie uważano. Pomagał zresztą wielu miejscowym w rozmaitych urzędowych sprawach. Wiedział bowiem do kogo i na jakim szczeblu ma się zwrócić. Zapłatą był przeważnie samogon. Niebawem awansował na I sekretarza podstawowej organizacji partyjnej w swoim zakładzie, a następnie został kierownikiem młyna. Po czym jako młynarza zatrudnił swojego ciotecznego brata, a mojego tatę. Odtąd pracowali we dwójkę (z kilkuletnią przerwą na posadę ojca w mleczarni) aż do jego tragicznej śmierci w listopadzie 1983 roku. Młyn, dający niegdyś chleb na utrzymanie rodziny, zabrał teraz Czesława… Najwspanialszego z ojców!

Józik dobierał potem innych robotników, ale żadnego nie na długo. Dojeżdżali i z Brańska, i z Bielska, a zmiany były częste. On sam również dotkliwie przeżył śmierć brata, czując się odpowiedzialnym za niedopilnowanie zasad bhp w miejscu pracy. My pretensji żadnych do niego nie mieliśmy.

Kilkanaście lat później i sam kierownik odszedł na emeryturę. Tymczasem kolejne zmiany ustrojowe umożliwiły spadkobiercom ubieganie się o zwrot mienia. Warszawscy potomkowie z Kiersnowskich również starali się doprowadzić do reprywatyzacji. Ale minął termin albo nie potrafili dopełnić innej formalności, lecz wiem, że nic nie wskórali. Wtedy Gruby postanowił go kupić. Józik nigdy nie założył rodziny, był samotny i bezdzietny. Przez całe życie gromadził zasoby finansowe, skupując dolary. Po wsi snuto przypuszczenia, jakiż to ma kapitał i gdzie go przechowuje. Mówiono między innymi o słoikach z banknotami zakopanych a to w stodole, a to w podpiwniczeniu domu. Ale jak było naprawdę, nikt tego nie wiedział. Kupno młyna przez Grubego nie zdziwiło więc ani nie zaskoczyło nikogo. Było jakby usankcjonowaniem niepisanego prawa, że majątek ma pozostać w rodzinie.

Józef już długo się w nim nie napracował. Zmarł również nagle i stosunkowo wcześnie, w wieku siedemdziesięciu lat. Uprzednio przekazał młyn siostrzeńcowi, mojemu rówieśnikowi. Waldkowi interes chyba jakoś nie szedł. Przyszły czasy, kiedy ludzie rzucili się do sklepów, gdzie można było przebierać w rodzajach mąki i ich cenach. Jeszcze bardziej fascynowała dostępność i różnorodność gotowego pieczywa. Gospodynie zaniechały wypieku chleba i bułek, więc gospodarze przestali mielić mąkę. Młyny niewielkie jak ten – umierały.
Ruina tego, czym był kiedyś, teraz odstrasza. Rozrosłe krzaki uniemożliwiają wejście do środka. Podobno całe wyposażenie, w tym i drogie niegdyś maszyny, zostały rozmontowane i rozkradzione. Nie wiadomo przez kogo. Pamięć o przodkach oraz ciepłe wspomnienie ojca sprawiają, że to miejsce jest dla mnie tyleż przyjazne, co bolesne. Ale nigdy – obojętne. Dlatego okruchy zapamiętanej historii starałam się jak najwierniej utrwalić, zanim ulegną całkowitemu zapomnieniu.

(Zdjęcia: Kacper Wasiluk i pixabay,com)

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok