Ja – róża niczyja. Samotność w kilku odsłonach

Samotność… Nieodłączna i wierna towarzyszka całego mojego życia. Jakby była mi przypisana jakimś boskim rozporządzeniem. Singielką jestem od zawsze, a mieszkam i żyję samotnie od zakończenia studiów. Samotność to mój permanentny stan, mój status społeczny. Co może napisać o samotności taka osoba? Otóż niekoniecznie zbyt wiele, albowiem na obecną chwilę położenie owo nie jest już tak cierpiętnicze, dołujące, dotkliwe. Ale na przestrzeni przeżytych lat bywało różnie.

Przez pierwsze dwie dekady w moim życiorysie trudno było bodaj o minutę jakiejkolwiek izolacji, nawet tej najbardziej pożądanej. Wychowałam się w wielodzietnej rodzinie wiejskiej, mieszczącej się w małym domku. Użytkowało się zaledwie dwie izby, bo ta trzecia stała pod kluczem, dla gości. Cisnęła się nasza szóstka rodzeństwa oraz rodzice –  przy jednym stole, jednej miednicy do mycia, jednym ręczniku do wycierania się i tak dalej. Żyliśmy w tej wielkiej gromadzie bardzo szczęśliwie. A był to przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Kochałam moją liczną rodzinę, jak tylko kochać można. I nie zamieniłabym jej na żadną inną. Zresztą… nic się nie zmieniło, bo kocham ich wciąż tak samo. To chyba jedna z nielicznych zalet tak zwanych osób samotnych, którzy nigdy nie weszli w bliski związek i nie utworzyły mniejszej rodziny własnej. Takim na zawsze jedyną pozostała ta ich pierwsza, z rodzicami i rodzeństwem. Dodam, że posiadając siostrę bliźniaczkę, niczym własne alter ego, nie chciałam i nie potrafiłam czegokolwiek przedsiębrać w pojedynkę. Byłyśmy niczym papużki nierozłączki i dla nas pojęcie „my” było dużo ważniejsze niż „ja”. W jakimś sensie zatraciłam część swojej odrębności. Może należało nareszcie to zmienić i rozdzielić się? Splot okoliczności dał taką okazję.

Po maturze wyjechałam na studia do większego miasta, a siostra… do innego! Najpierw nie opuszczała mnie bezbrzeżna tęsknota i poczucie jakiegoś braku. Ale wnet życie studenckie wciągnęło w swój wir zupełnej inności względem tego, co uznawałam za własne. Tak mnie ta odmienność zafascynowała, że naówczas to ona była najatrakcyjniejsza i najważniejsza. Z całym mnóstwem nowego towarzystwa, atrakcji, w tym i libacji. W takich chwilach każdy jest „bratem” i o samotności nie ma mowy. Oczywiście nie weszłam w żadną sensowną relację damsko-męską, ale brylowałam w towarzystwie. Czasem nawet będą jego tak zwaną „duszą”. Owszem, zakochałam się na zabój, ale niefortunnie ulokowałam swoje uczucia. Poniekąd ten sam model zauroczeń pojawi się i później, nie jeden raz. Określałam siebie specjalistką od wybierania niewłaściwych obiektów miłości. Dopóki nie zrozumiałam, że moja psyche podświadomie „każe” mi zakochiwać się tak, by sfinalizowanie związku było niemożliwe. Dlaczego? – tego nie wiem do dziś. Ale moja nadjaźń jest mądrzejsza ode mnie i zapewne najtrafniej określała, co jest dla mnie naprawdę dobre. Jednak niniejsze mogę napisać i uznać dopiero teraz.

Po podjęciu pracy zawodowej w małym miasteczku samotność mnie odnalazła. Wprawdzie nie całkiem dosłownie. Chociaż weszłam w środowisko całkiem nieznane, to moja otwartość oraz  łatwość nawiązywania nowych kontaktów pozwoliła bardzo szybko zadomowić się w nowej społeczności. Niestety, miejscem pracy było przedszkole – bardziej sfeminizowanych placówek szukać by ze świecą. Babiniec! Samotność dokuczała więc na wielu płaszczyznach.

Odsłona pierwsza. Młodość i samotność… imprezowa

Ot, na przykład samotność była obecna podczas wszystkich imprez połączonych z tańcami. W młodości jest ich wiele. Na takiej zabawie, o ile ktoś się nie ulitował, podpierałam ściany. Jakże to było trudne, gorzkie i upokarzające! Cierpiałam i nie mogłam pogodzić się z tym, dlaczego prawie wszyscy rówieśnicy tworzą pary, tylko nie ja? Niejedna poduszka pamięta moje łzy… W młodości samotność doskwierała mi również wtedy, gdy z jakiejkolwiek okazji gromadziły się w określonym miejscu głównie pary. Czułam się wówczas niewymownie głupio. Dzisiaj nazwałabym to wykluczeniem. Czasem wolałabym uciec do mysiej nory, zamiast być świadkiem czułych scenek par współbiesiadników. Słowem, najbardziej samotna czułam się w okolicznościach tak zwanych towarzysko-kulturalnych okazji. Przypomnę, że na każde wesele nawet zaproszenie dostaje się z napisem: „wraz z osobą towarzyszącą”. Takowe były, nie tylko w rodzinie. Początkowo zapraszałam kilka razy swego przyjaciela, ale jedynie wówczas, gdy choć jedna osoba spośród młodożeńców była mu znajoma. Potem już „odbywałam” takie okazje samotnie.

Odsłona druga. Samotność weekendowa i świąteczna

Najmniej samotności doświadczałam na co dzień. Takoż i na zawsze polubiłam codzienność, stawiając ją znacznie wyżej ponad świąteczność. Pisałam niejednokrotnie, że dla mnie najprawdziwszym sacrum jest moje profanum. Rzeczywiście weekendy to były katusze. Czasem szłam na samotny spacer tłumacząc sobie, że przecież nikt z mijających nie wie, dokąd zmierzam. Może w jakimś konkretnym celu? Ale samotne niedziele powodowały, że potrafiłam nawet… mówić sama do siebie! Żeby usłyszeć, czy jeszcze w ogóle władam głosem. Jednak dopiero w poniedziałki ożywałam. Ludzie zazwyczaj nie lubią poniedziałków, podczas gdy dla mnie był on i jest nadal najulubieńszym dniem tygodnia. Trudno to zrozumieć innym osobom, ale single najprawdopodobniej to potwierdzą. Pisałam:
już mi się moja samotność
przepełniła jak wezbranie rzeki
przelała po brzegi
mułem i szlamem zatkana
w weekendy
w głębinach duszy
monotonia wrzeszczy

Najgorsze były święta doroczne, typowo rodzinne – Boże Narodzenie i Wielkanoc. Omijał mnie najczęściej szał przygotowań, zaś przymusowe mycie okien było tego najlepszym i najbardziej wymownym przykładem. Do znudzenia powtarzałam znajomym, że na święta stricte religijne to nie okna mają być czyste, lecz sumienia. Sama mogłam w skupieniu przeżywać na przykład Triduum Paschalne. Bo Święta spędzałam u mojej matki. Innych też odciągałam od gorączki szykowania, gotowania, pucowania wszystkiego na błysk. Do dzisiaj uważam to za bezsens. A może się mylę?

A co wtedy, gdy święta owe już następowały? Pamiętam, oj pamiętam. Początkowo, z rzadka, stanowiły o nich zjazdy rodzeństwa z własnymi pociechami – wtedy było gwarno i wesoło, a ja… usługiwałam. Nie, nie narzekam. Przecież w ten sposób pomagałam głównie matce. Ale większość takich świąt, to wykruszające się rodzeństwo, bo mieli swoje Wigilie w swoich miejskich domach. Tylko ja zjeżdżałam absolutnie zawsze, dopóki żyła mama. To z nią, jedynie we dwie, zasiadałyśmy do wigilijnej wieczerzy. Plus to tradycyjne acz niezwykle ważne puste nakrycie, które u nas było przeznaczone dla nieżyjącego od lat ojca… Opłatek, świeczka, pusty talerz, modlitwa i tylko łzy matki. Zawsze wtedy nie wiedziałam, co począć. A łzę ocierałam ukradkiem.
Samotność się mierzy liczbą takich nocy
jak dzisiejsza – betlejemska
kiedy oczy w blasku świec
nie iskrzą odbiciem blasku innych oczu

samotność się liczy Wigiliami
spędzonymi nie do pary
liczbą Gwiazdek w pojedynkę
choć przy stole inni tak samo samotni
i taka sama choinka
lecz gdy serca drugiego
obok nie stało
to tak mało!

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok