JAK ZROBIĆ INDYCZY  PRZEKRĘT

W moim domu rodzinnym świąteczna tradycja kulinarna była uroczysta, lecz w przygotowaniu raczej mało absorbująca. Pracujący rodzice i studiujący brat z siostrą spokojną systematycznością ogarniali codzienność, ale na świąteczne ekscesy już ich nie wystarczało. A ja z dwójką młodszej smarkaterii nadawałem się co najwyżej do kręcenia maku i krajania sałatki. Tak więc, gdy świątecznie ubrana rodzina zasiadała przy śnieżnobiałym obrusie, podstawowym daniem wigilijnym była zupa rybna ze sklepową krajanką. A potem gotowany w owej zupie karp z ziemniaczkami. Postną kapustę wigilijną Mama gotowała w dużym garze, obok którego w garnku mniejszym pyrlił się mix mięsno-kiełbasiany. Po wigilii mieszała jedno z drugim i za jednym zachodem był świąteczny bigos. Natomiast po gwiazdkowych prezentach, przy ciastach, mielonym maku z rodzynkami i kompocie z owocowego suszu było obowiązkowe śpiewanie kolęd. Chociaż określenie „obowiązkowe” jest tu nie na miejscu – to był chyba najserdeczniej wyczekiwany moment wigilijnego wieczoru.
Podstawowe danie wielkanocnego śniadania też było nieskomplikowane – jaja na twardo. Ale w wydaniu specjalnym – gotowane w zapobiegliwie zbieranych łupinach cebulowych a później, wraz z postępem cywilizacyjnym, w różnokolorowych farbkach. Do tego rytuał wymiany poglądów na temat technologii wyłuskiwania jaja ze skorupki, bo każdy czynił to mniej lub bardziej sprawnie, ale osobiście. Spieszyć się nie musieliśmy, wyjście do kościoła nas nie poganiało, bo w  wielkanocnej mszy już uczestniczyliśmy, co wynikało z ugruntowanego obyczaju: niezależnie od tego, w jakim stadium były świąteczne przygotowania, w Wielki  Czwartek, Piątek i Sobotę, o stosownej godzinie zostawialiśmy wszystko jak jest i udawaliśmy się  na Stare Miasto do św. Marcina na liturgię Triduum Paschalnego. A że w kościele przyklasztornym Rezurekcję z uroczystą procesją odprawiano bezpośrednio po nabożeństwie wielkosobotnim, wracaliśmy per pedes przez uśpione miasto dobrze przygotowani do świątecznego śniadania.

Gdy po maturze powróciłem z internatu do rodzinnego domu, przejąłem po Zosi przygotowywanie świąt. Wymyśliłem na tą okoliczność patent na omijanie PRL-owskich kolejek przedświątecznych – zakupy robiłem w przeddzień wigilii lub w Wielki Piątek, kiedy to ambitne a zapobiegliwe gospodynie już się obkupiły, a do sklepów trafiał ostatni rzut towarów. W ramach naszej nieskomplikowanej tradycji kulinarnej działało to znakomicie. Jednakże w Wielkanoc A.D.1968 na świąteczny obiad zaprosiliśmy moich przyszłych teściów. więc tym razem postanowiłem zabłysnąć. Wymyśliłem sobie faszerowanego indyka – od tyłu wytrawnego zaś z przodu na słodko, z rodzynkami i suszonymi śliwkami.
Rano w Wielki Piątek wsiadam więc na rower i pedałuję do zaprzyjaźnionych sklepów. Na Rakowieckiej zastaję ostatnią połówkę indyka. Tego nafaszerować się nie da, więc jadę dalej. W SUPERSAM-cu i w delikatesach na Placu Zbawiciela indyki nieobecne. Natomiast na Marszałkowskiej przy Hożej jest, ale znowu tylko połówka. Łapię ją i grzeję extra-cugiem z powrotem na Rakowiecką, gdzie indycza połówka szczęśliwie na mnie czeka. Więc już spokojnie, z dwoma połówkami w plecaku, robię resztę zakupów. Pedałuję w tym celu z Mokotowa na Wolę, do Hali Mirowskiej. To w socrealnej szarzyźnie enklawa obfitości – nabywam rodzynki, suszone śliwki oraz drobiowe wątróbki i żołądki wraz z wiązką zielonej pietruszki.

Po powrocie do Fińskiego Domku rozpalam pod blachą, by wygrzać piekarnik. Do kuchennego stołu przykręcam maszynkę do mięsa, mielę w niej namoczone  bułki z podrobami i komponuję nadzianki. Do grubej igły-cerówki nawlekam dłuuugą, grubą  nitkę. Wyciągam z plecaka połówki indyka, przykładam jedna do drugiej i coś mi tu, kurczę blade, nie gra – OBIE LEWE.

Ręce mi opadły a przed oczyma zamigotało widmo kompromitacji. Ale szczęśliwie stress działa na mnie mobilizująco. Pomyślałem chwilkę, położyłem na stole połówkę skrzydełkiem w prawo i nałożyłem na nią czubate porcje farszu – tak jak było zaplanowane; z tyłu wytrawny, z przodu słodki. Przykryłem to drugą połówką, której nóżka patrzyła w lewo i zszyłem ptaszysko ściegiem na okrętkę.
Świąteczny obiad wypadł koncertowo!
Co wspomniawszy z niejakim sentymentem, w  następnej odsłonie powrócę do kulinariów prostych, a przytulnych.

Wojciech Więckowski
Podlaska Redakcja Seniora