Melancholia

Pod niebem posępnym, jesiennym,
w dzień smutny, ponury i senny
w płaszcz szary, zmoknięty odziana
samotnie się snuje bez słów.
W łzach tonie i deszczu bez przerwy,
ogląda się wstecz wzrokiem tęsknym,
w dzień idzie i w noc, aż do rana,
wśród czarnych i pustych już pól.

Wspomina niedawno minione
dni te, kiedy w górze skowronek
nad łąką stał wciąż nieruchomo
i śpiewał wiosenną swą pieśń,
stokrotki wśród traw zagubione,
maciejkę pachnącą przed domem
i różę w ogrodzie czerwoną,
w bzu woni kąpiącą się wieś.

Płonęła słoneczna pochodnia,
płynęła  fal morskich melodia,
radosny śmiech dźwięczał na plaży
i niósł się w odmęty mew krzyk.
Dziś idzie bez słów melancholia
przez jesień, przez zimę, aż do dnia,
gdy wiosna, o której wciąż marzy,
rozkaże smutkowi, by znikł.

On – listopadowy dąb 

Ostatnie  zbrązowiałe liście
Opadły z mięsistych konarów,  
Od rana ponuro i mgliście,
Od  kilku dni już zimno, szaro.

Oto on. Dąb. Wyniosły mocarz.
On – pan, co lasem włada całym.
O nim niejeden wiersz już powstał, 
O nim piosenki  rozbrzmiewały. 

On dziś nie w formie. Coś go dręczy,
Oddycha ciężko, niemiarowo,  
Opadł z sił,  walczy o powietrze,
O to, by  szumieć mógł na nowo.

Odpłynął  w sen o dniach  minionych,
O liści gąszczu, ptasich trelach,
O dwóch  gołębiach wśród korony.
Od ich  gruchania dąb  weselał.

Od teraz w melancholii tonie.
Odcięty  od promieni złotych,
Od wiatru w górze hen,  w koronie,
Od boćka  na gnieździe klekotu 

Oczekuje na zimę z mrozem,
Oschłą i zimną białą panią.
Odczuwa przerażenie, grozę.
Ona  tuż-tuż! Wnet pora na nią. 

Ona  go weźmie  w lodowate,
Oplatające  niczym kleszcze,
Okrutne swe objęcia.  Latem
O niej zapomniał. Wtedy  jeszcze

Obce mu były myśli  o niej. 
Ona  się zbliża – on narzeka,
Oddalić chce czas, ten, co goni. 
On  jakże wiele  ma z człowieka…

(13.11.2018)

Prośby do listopada

Słuchaj, listopadzie…
Barw nam nie zabieraj.
W ostatnie kolory
Ubierz wiotkość brzóz.
Niechaj się nie kładzie
Szron na nagich drzewach.
Niech jak do tej pory
Złoty noszą  strój.

Mroczny  listopadzie!
W mgłę się nie owijaj,
Promieniem słonecznym
Oświetl ciemny las.
Niech jak w maskaradzie
W twoich się odbija
Ciemnoszarych oczach
Jeszcze lata blask.

Zimny listopadzie!
Zwać  cię tak nie mogę,
Wciąż jeszcze  łagodną
Pokazujesz twarz.
Zbyt szybko nie zhardziej!
Zastąp zimie drogę,
Ciesz  aurą pogodną,
A plus u mnie masz!

(07.11.2018)

Listopadowy powrót

Ciężko oddycha listopad mgłami.
Dzień wcześnie kończy się. Wieczór kroczy
Z aut strugą, które reflektorami
Malują smugi, świecąc mu w oczy.

Listopad kicha – sezon przeziębień.
Auto się ślizga na  liściach mokrych
Na krętej drodze przy starym dębie,
Wjechało w leśny teren podmokły.

Zmęczony pracą listopad ziewa,
Mija tonące w szarości domy,
Hen w górze jakiś ptak się odzywa,
Co na południe leci spóźniony.

W mieszkaniu błyszczą jasne ekrany,
Na nich świąteczne obrazki grudnia.
Śpi już listopad we mgle skąpany,
Sen potrwa pewnie do przedpołudnia.

Muzyka listopada

Wicher gra ciężki metal. Już ostatni
Żółty liść brzozy  na ziemi ląduje,
Po drodze break dance karkołomnie tańczy,
Staccato deszczu krople wystukują

O dach łomocąc bez przerwy natrętnie,
Chlustając z rynny nieprzerwaną strugą.
W kominie czasem coś przeciągle jęknie,
Zamilknie, potem dumki śpiewa długo.

Ostatni przedzimowy wybrzmi akord,
Gdy w pierwszym śniegu w dal pójdzie listopad.
Bo on muzykę lubi tylko taką,
Która wiruje z wiatrem, z deszczem szlocha.

(22.11.2019)

Jesienne upiory

Gdy zmrok zapada w wieczór jesienny
i znika słońca tarcza zbyt wcześnie,
przypływa nastrój ponury, senny
i świat pogrążyć chciałby się we śnie,

a przecież jeszcze noc nie nadchodzi
i jeszcze godzin tyle wieczoru,
czemu po głowie myśl straszna chodzi,
czemu obecność czuję upiorów?

To wiatr tak wyje jak potępiony,
wydaje jęków, żalów odgłosy,
wkręca się z świstem w drzewa korony
niby nietoperz w rozwiane włosy.

To deszcz tak stuka w szyby miarowo,
z rynny mokrego gardła wciąż chlusta,
łka, o dach dzwoni listopadowo,
płacze, że ziemia zimna i pusta…

Upiory straszą. Leżę pod kocem
skryta przed nimi. Sen gdzieś odpłynął.
W długie, samotne wieczory, noce
godzina wlecze się za godziną…

Płacz listopada (sonet-akrostych)

Płacze listopad łzami rzęsistymi, 
Łzy jego wolno tężeją na mrozie,
Auta w pląs idą na śliskiej już drodze.
Ciemność trzepocze rzęsami czarnymi.

Z rynny łzy ciekną, zmieniając się w sople.
Listowie  śliskie w parku pod nogami
I ławki puste. Znikli zakochani,
Siedzą w kafejkach przytulnych przy oknie.

Tyle listopadowych łez, jęku i szlochu…
On zawsze gra melodie minorowe,
Przygnębia. Tylko smętne tony kocha,

A choć go  zakochani uczyć chcą, by nowe
Drugie oblicze zyskał, wciąż się waha,
Aż grudzień go wypędzi nastrojowy…

(23.11.2019)

Urszula Krajewska-Szeligowska