Duży najstarszy białostocki wieżowiec, który zamieszkuje ponad dwieście rodzin. Koniec pierwszej dekady lutego, poniedziałkowe popołudnie. Siostra, mieszkająca dwa piętra wyżej pyta, czy u mnie też nie ma gazu. Jako mieszkanka budynku od prawie czterdziestu lat zaznacza, że taka sytuacja ma miejsce po raz pierwszy. Sprawdzam. Gazu nie ma również u mnie. Na razie bez paniki. Zdarzają się wyłączenia prądu, więc może i z gazem tak jest? 

awaria gazu

Nadchodzi wieczór. Wodę na herbatę zagotuję w czajniku elektrycznym, o kolację się więc nie martwię. Przed pójściem do łóżka sprawdzam – gazu nie ma. Zaraz po otwarciu oczu po przebudzeniu udaję się do kuchni, odkręcam kurek od gazu – nic, cisza. Trudno. Najważniejsze, że jest prąd i czajnik, kawa poranna zapewniona. Potem już zaczynam główkować. Wrzątkiem zalewam płatki owsiane, okręcam garnek ścierką i ręcznikiem. Po pewnym czasie dolewam mleko, wstawiam naczynie do kuchenki mikrofalowej i mam owsiankę na pierwsze śniadanie. 

Co dalej? Na szczęście jest po weekendzie, na który zazwyczaj przygotowuje się jedzenia zbyt dużo. Mam jeszcze coś do odgrzania na obiad. Oczywiście w mikrofalówce, z której korzystam bardzo rzadko. Teraz jest ratunkiem. Sytuacja wyzwala kreatywność i rodzą pomysły na kuchenne usprawnienia na wypadek braku gazu. Siostra komunikuje, że odgrzewa gołąbki w… opiekaczu! Trwa to długo, ale zdaje egzamin. Doradzamy sobie nawzajem, dzieląc się „odkrywczymi” doświadczeniami. Na kolację szykuję rarytas – gofry, ciesząc się, że jestem posiadaczką elektrycznej gofrownicy. Tak mija wtorek. Gazu nadal brak, a informacja o sytuacji – żadna. Na drzwiach wejściowych tylko powiadomienie o awarii, a miejsce dotyczące zakończenia prac wykropkowane… Czekaj tatka latka!

Środa rano. Wychodzę z psem i dostrzegam na dole wieloosobową ekipę w charakterystycznym umundurowaniu. Chłopaki kręcą się, przestępując z nogi na nogę, rozmawiają między sobą. Zagaduję w kwestii opisywanego tematu. Odpowiadają, że „czekają na kogoś z gazownictwa”. Dowiaduję się jeszcze, że awaria jest bardzo poważna. Wszędzie porozwieszane kartki obwieszczające grubym drukiem, by nie kręcić kurkami kuchenek. Po godzinie zaczyna się inspekcja w każdym mieszkaniu, sprawdzanie instalacji. Po następnej godzinie znów pracownik kolejno zakręca główne zawory gazu we wszystkich mieszkaniach. Robią to po jednym pionie. Wszystkich pionów – osiem! Po zakręceniu każą czekać, aż… odkręcą. To oczywiste. A mnie też skręca, bo tego dnia jest w Książnicy Podlaskiej spotkanie autorskie z Jolą, redakcyjną koleżanką-poetką. Przyrzekłam sobie, że będę tam na pewno. I co? Można sobie obiecywać! Siła wyższa, człowiek jest bezsilny. Czekam bezczynnie, bo co mam robić? Nawet ugotować nic nie mogę… Znów mikrofalówka i awaryjny obiad: odgrzewane flaki ze słoika.

Tuż przed siedemnastą odkręcają mi gaz! Hura! No tak, ja już mogę się cieszyć. Ale słyszę rozmowę robotników, że „dziś zrobili trzy piony”, a od szefostwa usłyszeli: „Jesteście wielcy”! Na pewno tak, tylko… co z resztą mieszkań? Zostawiają na następny dzień.

Wieczorem pojawia się kolejny kłopot – nie ma wody! Idę spać bez kąpieli… Na szczęście rano już jest. Oddycham z ulgą. Poranny prysznic doskonale ożywia.

Przed południem we czwartek jestem w najbliższym sklepiku. Słyszę lamenty i złorzeczenia. Boję się przyznać, że u mnie już po kłopocie. Po kłopocie? Czyżby? Wracam do domu, chcę umyć zakupione warzywa. Kolejne zaskoczenie – znów nie ma wody! Nie mam siły zjeżdżać i szukać informacji, do kiedy? Siostrzeniec po powrocie z siłowni natychmiast wpada w gniew, bo szykuje się do pracy na popołudnie. Od niego dowiaduję się, że woda ma być od piętnastej. „Damy radę” – mówię do siebie i do bliskich. Wodę włączają trochę wcześniej, Bartek zdążył wziąć zimny prysznic. Ciepła woda pojawiła się później. 

Ale to nie koniec tego horroru. Rano w piątek zjeżdżam windą na dół i czytam przestrogę, by nie odkręcać gazu! Ręce opadają. Jednak domyślam się, że informacja dotyczy pionów, które nie zostały jeszcze „zrobione”. Ufff… Ulga. Wyjeżdżam do miasta. Najpierw nasze kolegium redakcyjne, walentynkowe i słodkie. Zapominam na kilka godzin o mieszkaniowych troskach. Potem udaję się do lekarza i apteki. Kiedy wracam do domu, jest już ciemno. Dostrzegam, że kartka rano wisząca na drzwiach jest w zdarta. Zostały po niej tylko strzępki. Mam nadzieję, że to nie wandale, lecz ekipa naprawcza ją usunęła. Czyli mogę spać spokojnie?

Przez pół roku trwał u nas wielki remont. Potem tuż obok rozpoczęła się budowa nowego bloku. Może coś gdzieś nie tak podłączono? Może coś uszkodzono? Wypada dziękować Opatrzności, że nic się nikomu nie stało. Tylko niektórzy nie zjedli ciepłego obiadu albo się nie umyli. Ale od tego się nie umiera. Jednak było to pięć ciężkich dni.

(zdjęcia: Jadwiga Zgliszewska) 

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok