Kurs przez życie

Był spokojny, grudniowy poranek. Około godziny 4:30 pewien taksówkarz z Radomia, kończący właśnie nocną zmianę, dostał ostatni kurs. Czuł się już bardzo zmęczony i szczerze zastanawiał się, czy w ogóle powinien przyjąć zlecenie. W końcu była wigilia. Mimo wszystko zdecydował się jechać…

Na miejscu znajdował się mały, ceglany domek z ogródkiem, w którym rosły stare dęby i pokryte białym puchem krzewy. W okiennicach stały ceramiczne donice, a z komina unosił się dym. Zastanawiające było tylko to, że w oknach nie paliły się światła i mimo upływu czasu, nikt nie nadchodził. Taksówkarz postanowił zaczekać jeszcze 5 minut. Potem zatrąbił. Większość taksówkarzy na jego miejscu właśnie by odjechało, ale on postanowił wysiąść z pojazdu i podejść do drzwi. Kiedy był już w połowie drogi, uwagę kierowcy przykuła mała jodła rosnąca pod oknem. Jej igiełki drgnęły niewyraźnie, a taksówkarz dostrzegł wpatrzone w niego wielkie oczy zza choinki. Po chwili zrozumiał, że był to tylko wystraszony zajączek szukający schronienia. Złapał więc głęboki oddech, delikatnie uśmiechnął się pod nosem i ruszył dalej w stronę drzwi. Błoga aura panująca w tym miejscu jeszcze bardziej przypomniała mu o wigilii. Podświadomie czuł już rodzinną atmosferę przy stole, widział lukrowane pierniki i roześmiane dzieci rozpakowujące prezenty. Na świątecznym obrusie babcine pierogi leżały spokojnie. Mimo wczesnej pory, nie mógł doczekać się, aż pojawi się pierwsza gwiazdka na niebie. Rozmarzony zapukał do drzwi. W odpowiedzi usłyszał delikatny głosik mówiący: „chwileczkę”. Słychać było jeszcze dziwny odgłos dużego przedmiotu ciągnącego po podłodze, co na początku wydało mu się dość zaskakujące. Nagle drzwi otworzyły się. W jednej chwili świąteczne marzenia rozpełzły się w mroku. Jego oczom ukazał się widok starszej pani z walizką u boku. Miała na sobie brązowy kożuszek, delikatną chustę owiniętą wokół szyi oraz włosy związane w kok z wpiętą woalką. Wewnątrz dom wyglądał na opuszczony. Ściany były puste, a pojedyncze meble przykryte prześcieradłami. W rogu stało kartonowe pudełko wypełnione zdjęciami i pamiątkami.

– Dzień dobry. Zamawiała Pani taksówkę? – Zapytał zdezorientowany mężczyzna.
– A może kakao? – Uśmiechnęła się staruszka unikając odpowiedzi.
– Nie, dziękuję. Dziś wigilia… W domu czeka na mnie żona i dzieci. Chciałbym wcześniej do nich wrócić.
– Rozumiem… Czy możesz pomóc mi zanieść walizkę do samochodu? – Zapytała nieśmiało starsza pani.
–Tak, żaden problem – odpowiedział bez namysłu taksówkarz. – Zawsze staram się traktować moich pasażerów tak jak chciałbym, aby inni kierowcy traktowali moją mamę.
– Jesteś dobrym człowiekiem – odparła serdecznym głosem emerytka.

W samochodzie starsza pani wręczyła mężczyźnie karteczkę z adresem.
Po kilku minutach niepewnie zapytała: – Czy moglibyśmy jechać przez centrum?

– Tak, ale to nie będzie najkrótsza droga… – odpowiedział nieco zaskoczony kierowca.
– Nie szkodzi. Zapłacę. W końcu to moja ostatnia podróż… Jadę do domu spokojnej starości
– wyznała nieco przygnębionym głosem. – Nie mam już żadnej rodziny. Lekarz mówił, że mi też niewiele czasu zostało…
Kierowca kątem oka spojrzał w lusterko i niepostrzeżenie wyłączył taksometr.
Zapytał tylko: – Którędy jedziemy?

Przez następne 2 godziny krążyli ulicami miasta. Kobieta pokazała mu budynek, w którym niegdyś pracowała jako operatorka windy oraz dzielnicę Borki, w której dorastała. Młodzi, zakochani w sobie ludzie wciąż przesiadywali tam na ławkach – dokładnie tak jak ona przed laty… Od czasu do czasu staruszka ocierała łzy z policzków. W pewnym momencie poprosiła, aby zatrzymali się przy ulicy Zbrowskiego, przed ogromnym domem meblowym. Kiedyś mieściła się tam biblioteka. W tamtym czasie była ona jedną z największych w kraju – istny książkowy zawrót głowy! W młodości starsza pani spotykała się w niej z przyjaciółmi. Pewnego razu, wychodząc już, na schodach wpadł na nią wysoki chłopiec z bujną blond czupryną – Karol. To z nim spędziła kolejne 40 lat swojego życia. Dodała, że zmarł on 5 lat wcześniej… Czasami prosiła taksówkarza, aby powoli przejeżdżał obok budynków lub zwalniał na zakrętach, a ona patrzyła tylko w dal bez słowa pogrążona w myślach.

Kiedy słońce zaczęło już mocniej świecić, starsza pani powiedziała spokojnym głosem: – Jestem już zmęczona. Jedźmy na miejsce.

Udali się więc w milczeniu pod wskazany wcześniej adres.
Znajdował się tam mały, jednopiętrowy budynek z dużym podjazdem oraz mnóstwem drzew wokół. Sielankowy nastój bardzo przypominał ten panujący w domu emerytki. Dwóch sanitariuszy od razu podeszło do taksówki. Najwyraźniej wszyscy już na nią czekali. Pomogli staruszce wydostać się z pojazdu, przesiąść się na wózek inwalidzki i wzięli walizkę.

– Ile jestem ci winna? – Zapytała starsza pani mężczyznę.
– Nic – uśmiechnął się kierowca.
– Musisz przecież zarabiać na życie. – Zaprotestowała.
– Tak, ale są jeszcze inni pasażerowie. – Taksówkarz ponowił uśmiech i mocno przytulił kobietę.
– Sprawiłeś mi dzisiaj wiele radości. Dziękuję – odparła ze wzruszeniem w głosie staruszka, a po policzku spłynęła jej łza.

Mężczyzna nie mógł zrobić już nic więcej, więc powoli odwrócił się i zamyślony zaczął iść przed siebie. W oddali usłyszał tylko dźwięk zamykających się drzwi. To był nie tyle dźwięk zamykających się drzwi, co ludzkiego życia…

Tego dnia taksówkarz nie przyjął już żadnego innego kursu. Przez kolejne kilka godzin jeździł bez celu, pogrążony w myślach. Po powrocie do domu od razu wyściskał żonę i dzieci. Nigdy wcześniej nie czuł się tak szczęśliwy mogąc z nimi po prostu być. Co gdyby nie przyjął tego zlecenia? Co gdyby nie zaczekał dłużej i po 5 minutach po prostu odjechał? Ile podobnych momentów minęło go w życiu o krok, a on nigdy nie dowiedział się nawet, jak były blisko? Jesteśmy przyzwyczajeni do wielkich chwil, których wypatrujemy i czekamy na nie z uwagą. Tymczasem te największe nadchodzą niepostrzeżenie.

Natalia Lewczuk
Współpracowniczka  Podlaskiej Redakcji Seniora Białystok