Przed nami Święta Bożego Narodzenia. Czas wyczekiwany od dzieciństwa. W polskiej tradycji wokół tego święta powstało mnóstwo barwnych obyczajów. Chcę opowiedzieć o tym święcie z czasów mego mazurskiego dzieciństwa.

kartki świąteczne

Gdy byłam mała, świat wydawał mi się  piękniejszy, szczególnie, gdy patrzyłam oczami dziecka, młodej dziewczyny, przez pryzmat przygotowań do świąt, jak i samych świąt Bożego Narodzenia. 

Adwent był okresem przygotowania duchowego na przyjście na świat  Bożej Dzieciny. Był to także czas wielkich generalnych domowych porządków. Tato przygotowywał schaby, szynki i kiełbasy, które po wędzeniu napełniały cały dom smakowitym zapachem. Czekaliśmy na organistę, który wszystkie rodziny z parafii zaopatrywał w różnokolorowe kruche opłatki. Pytał mamę, czy dzieci są grzeczne i w nagrodę dostawaliśmy żółte, różowe,  niebieskie i zielone niewielkie opłatki. Te duże,  białe były, jak mówiłyśmy,  dla mamy i taty. Gdy opłatki znalazły się w naszym domu, to był znak, że mama zasiądzie do pisania życzeń świątecznych i  wysłania całej naszej licznej rodzinie. Adresowała koperty, na każdej pocztówce pisała własnoręcznie życzenia, a my, dzieci, pomagaliśmy, wkładając do każdej koperty z pocztówką kawałek opłatka owinięty w kolorową bibułkę. Zajmowało to nam dużo czasu, gdyż kart świątecznych też było niemało, 40 – 50 sztuk. Robię to do dziś, chociaż wysyłam ich  znacznie mniej. W dobie nowych technologii lubię otrzymywać karty tradycyjne z życzeniami świątecznymi i opłatkiem.

Wracając do wspomnień z dzieciństwa, pamiętam wyprawy z tatą, zaopatrzonego w „asygnatę”, do lasu, aby wyciąć najpiękniejszą, według nas, choinkę. Stroiliśmy ją rano w wigilię Bożego Narodzenia pięknymi szklanymi bombkami  i wykonanymi przez nas ozdobami z kolorowej bibułki, wydmuszek jajek i słomy. Najbardziej cenne były jednak te, przywiezione przez mamę z jej rodzinnego domu. Wieszając każdą z nich mama potrafiła opowiedzieć historię jej powstania i historię swojej rodziny. W moim rodzinnym domu ozdabiano choinkę małymi czerwonymi  jabłuszkami, piernikami własnoręcznie przez nas wykonanymi i cukierkami w pięknych błyszczących papierkach, nazwanych choinkowymi. Na długo przed świętami kleiliśmy też kolorowe łańcuchy z wycinanek. 

Nie sposób pominąć atmosfery przygotowań do samej wieczerzy wigilijnej. Stół, na którym zawsze było siano, przykryte białym, wykrochmalonym obrusem, z opłatkami w centralnym miejscu, w otoczeniu postnych, ale jakże wykwintnych potraw. W wigilijnym menu królowały ryby (Mazury) w różnych postaciach, a także barszcz z uszkami, kutia i kompot z owocowego suszu. Potraw zawsze musiało być dwanaście. Pamiętam wzruszenie, gdy po modlitwie łamaliśmy się opłatkiem, składaliśmy  sobie życzenia. I jeszcze wspomnę o pustym talerzu na wigilijnym stole, który czekał na niespodziewanego gościa. Raz zaprosiliśmy w swoje progi bardzo samotnego człowieka, który nieoczekiwanie przybył do nas w czasie wieczerzy wigilijnej. Do dziś mam w pamięci obraz tego zziębniętego staruszka. 

Jak wszystkie dzieci czekaliśmy na Świętego Mikołaja i prezenty. Odwiedzał nas po wieczerzy wigilijnej osobiście lub zostawiał prezenty pod choinką, gdzie znajdowaliśmy je po powrocie z pasterki. Rzadko  były w nich zabawki, najczęściej ubrania, zawsze potrzebne dla trójki dzieci lub bogato ilustrowane książki, które czytali nam rodzice w czasie świąt, a w późniejszych latach robiliśmy to już sami.

W okresie Świąt Bożego Narodzenia przez mazurskie wsie wędrowali kolędnicy z szopką. Bardzo czekaliśmy na nich, gdyż często śpiewaliśmy wspólnie  kolędy. Zwyczaj kolędowania zapewne wszyscy znają, więc słów kilka o “Herodach”, jak nazywano na Mazurach ten zwyczaj obrzędowy. Grupa nastolatków, młodych mężczyzn, przedstawiała historię narodzin Jezusa i jego prześladowań przez króla Heroda. Odziani w bogate, własnoręcznie wykonane przez siebie stroje,  król Herod, jego wojskowa asysta, śmierć, diabeł i anioł, byli w odgrywanych przez siebie rolach tak przekonujący, że gospodarze chętnie witali ich w swoich progach. Zapraszano ich do stołu, aby mogli ogrzać się i posilić, bo zimy z mego dzieciństwa były niezwykle mroźne i śnieżne. Nigdy w moich białostockich świętach Bożego Narodzenia nie spotkałam tak barwnej grupy rekonstrukcyjnej, nie spotkałam też kolędników.

Moje „dorosłe” Święta Bożego Narodzenia też obfitowały w wiele emocji i wzruszeń. Jednak nie zapadły w pamięć tak, jak te z czasów z mego dzieciństwa. 

zdjęcia: Krystyna Cylwik

 

Krystyna Cylwik
Podlaska Redakcja Seniora Białystok