Równo trzydzieści lat temu spędziłam w Moskwie raptem ponad tydzień, ale bogactwem doznań i przeżyć mogłabym obdzielić kilka osób. Teraz część trzecia moich przygód.

ulica Arbat

 

Ostatnią niedzielę potraktowałyśmy jako pożegnalną. Wiera towarzyszyła nam wszędzie i robiła za przewodnika. Z rana wybrałyśmy się na Arbat. To kultowa ulica w Moskwie, ulica pisarzy, poetów, malarzy – jednym słowem ulica artystów. Teraz to urokliwy spacerniak o niezwykłym klimacie. Trzeba było zwolnić i wyluzować, bo Arbat to ikona. Witryny sklepów z pamiątkami, kuszące turystów do zakupu, dodają kolorytu tej ulicy. Arbat, ten sprzed trzydziestu lat, miał jeszcze dużo wspólnego z tym opiewanym w balladach przez Okudżawę. Cała uliczka stoisk z wyrobami artystycznymi, które usiłują sprzedać turystom ich twórcy. Dużo obrazów i malarzy. Niektórzy malują na poczekaniu portrety, cieszące się sporym zainteresowaniem. Nie miałyśmy tyle czasu, by rozsiadać się do portretowania. Jednak inny artysta w mig wycinał z czarnego papieru profile ludzi. Skorzystałyśmy, a podobieństwo było rzeczywiście uderzające. Można to sprawdzić, bo pamiątkę-wycinankę zachowuję do dziś. Arbat to miejsce obowiązkowe do odwiedzenia, jeśli już będziecie w Moskwie. 

Jeszcze na długo przed wyjazdem z kraju postanowiłyśmy, aby podczas pobytu w Moskwie koniecznie odwiedzić grób niedawno zmarłego Włodzimierza Wysockiego. Uwielbiałam piosenki tego znanego barda i chciałam wyrazić hołd jego pamięci. Grób pieśniarza znajduje się naCmentarzu Wagańkowskim, położonym bardzo daleko od miejsca naszego pobytu. Jednak pokonałyśmy i tę przeszkodę. Udało się dotrzeć na miejsce.

Jeszcze dziś pamiętam tamto drżenie serca przy przekraczaniu bramy oraz bukiet, jaki kupiłam u przycmentarnej kwiaciarki. Grób Włodzimierza Wysockiego znajduje się niedaleko od wejścia, a jego sceneria robi ogromne wrażenie. To nie jest zwyczajne miejsce pochówku, a całe zjawisko! Nad wszystkim góruje posąg barda z gitarą oraz rzeźbione głowy końskie z grzywami rozwianymi w galopie. Posąg nawiązuje do przeboju „Konie narowiste” i jest uważany za symbol i metaforę niezwykłego życia pieśniarza. 

Wkrótce po śmierci grób Wysockiego stał się miejscem pielgrzymek dla kilku pokoleń fanów. Rzeczywiście, było tam mnóstwo osób oraz mnóstwo żywych kwiatów. Jest zatrudniona osoba, która ze złożonych kwiatów układa kompozycje i wstawia do wazonów ze świeżą wodą. Z magnetofonu odtwarzane są pieśni Wysockiego. Ludzie słuchają w zamyśleniu, ktoś ociera łzę. Jest to niezwykłe przeżycie. Ja też się wzruszam, składam wiązankę i wrzucam do puszki kilka rubli na utrzymanie grobu oraz budowę domu-muzeum Wysockiego. 

Pomnik- Wołodia Wysocki

Kolejny problem to kwestia zdobycia biletów na powrót. Wiemy, że jest o nie bardzo trudno i trzeba załatwiać wcześniej. Tak też zrobiłyśmy, wstając o piątej rano i udając się do jakiegoś specjalnego punktu. Zastałyśmy tam tylu czekających na otwarcie biura, że stanie w kolejce zajęło nam cały dzień! Podróżni różnych narodowości i ras, pragnący nabyć bilet do swojego kraju, ani na chwilę nie mogli się oddalić, bo groziło to skreśleniem z listy kolejkowiczów. Dobrze, że towarzyszyła nam Wiera, która dostarczała coś do jedzenia i picia. Tuż przed kasą – nerwówka, czy na pożądaną datę bilety będą dostępne. Uff! Udaje nam się kupić jedne z ostatnich. Końcówka pobytu przebiega więc już bardziej na luzie. 

Ponieważ w sklepach były pustki, zostało nam sporo pieniędzy. Trzeba więc je zabrać ze sobą, ale jak, skoro to nielegalne? Cały wieczór poprzedzający wyjazd przeznaczam na… wszywanie rubli w dno torby! Kontrola graniczna nic nie wykrywa, ale serce podchodziło do gardła. Wkrótce z dnia na dzień nastąpiła zmiana pieniędzy i moje radzieckie banknoty służyły już tylko jako zakładki do książek. 

W drodze powrotnej poznajemy ciekawe osoby – matkę z córką, mieszkające za kołem podbiegunowym. Opowiadają nam o życiu w krainie, gdzie przez pół roku nie widzą w ogóle słońca, zaś przez pozostałą część – śpią pozbawieni ciemności nocy, kierując się jedynie zegarem. Wszystko tam jest inne i osobliwe. I wszystko nas interesuje, więc wypytujemy o szczegóły. Nowe znajome towarzyszą nam przez całą podróż, a na koniec wymieniamy się adresami. Zapraszają nas do swojej dziwnej krainy. Niby nic, wystarczy dojechać do Moskwy, a potem… „tylko” cztery doby statkiem po Jenisieju. Odechciewa się na samą myśl o takiej podróży.

Moskwa to jednak miasto niezwykłe. Choć dziś powszechne są u nas podróże do różnych krajów we wszystkich częściach świata, zawsze z ogromnym sentymentem wspominam swój pobyt w tej metropolii, stolicy dzisiejszej Rosji, który miał miejsce trzydzieści lat temu.

foto: Jadwiga Zgliszewska i pixabay

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora  Białystok