Od zawsze

Na wieś to ja chciałem od zawsze. Przez długie lata przyjmowałem to jako wyposażenie dane mi przez matkę naturę i dopiero jako człek dojrzały zacząłem dociekać, skąd mi się to wzięło. A wzięło się to zapewne za sprawą wakacji. Bo wakacje rodzice organizowali nam wspaniale. Jako półtoraroczne pacholę biegałem z łopatką po ogródku przy Fińskim Domku i nie chciałem zrobić kupy inaczej, jak tylko do wykopanego dołka. Było to pokłosie miesięcznego biwaku w Puszczy (chyba Białej), gdzie rodzice prowadzili badania terenowe. Bo to był ich sposób na zorganizowanie nam wakacji, a jednocześnie nie uszczuplenie, lecz podpompowanie domowego budżetu. Mama była asystentką, potem adiunktem na Wydziale Geografii Uniwersytetu Warszawskiego i co roku przez miesiąc prowadziła ze studentami praktyki terenowe (które – o ile dobrze pamiętam i interpretuję – były jednocześnie elementami szeroko zakrojonej pracy badawczej Instytutu Geografii UW) Nieopodal kwatery praktykantów wynajmowała kwaterę rodzinną, gdzie nasza czwórka (Ani jeszcze nie było) spędzała pierwszy miesiąc wakacji. Tata też był geografem. Całe powojenne życie urzędniczył w różnych urzędach centralnych (Państwowa Komisja Planowania Gospodarczego, Komitet Budownictwa Urbanistyki i Architektury, Ministerstwo Budownictwa), ale na urlop ruszał w Polskę.

Gdy w Zimnej Wodzie rodzice z Zosią i Jaśkiem sondują jezioro, Wojtuś integruje się z miejscową ludnością

Przyjmował w tym celu zlecenia na prace terenowe. Głównie (jeśli nie wyłącznie) na kartowanie jezior. I potem przez cały sierpień, wraz z Mamą a przy pomocy Zosi i Jaśka, powstawała mapa „wnętrza” jeziora.

Na czym to polegało, zrozumiałem dużo później. Na razie przyglądałem się, jak Jasiek wiosłował w poprzek jeziora, co chwila zatrzymując łódkę. Dziś wiem, że skalował w ten sposób odległość, jaką łódka przepłynie po iluś tam pchnięciach wiosłami. Później Rodzice nakładali na fizyczną mapę jeziora siatkę pomiarową i wyznaczali na brzegach charakterystyczne punkty topograficzne leżące na liniach tej siatki. Dopiero po tych przygotowaniach zaczynała się właściwa praca: Wsiadało się do łódki przy tak wyznaczonej linii siatki, kilkanaście wyskalowanych uprzednio pchnięć wiosłami, stop, sondowanie głębokości, pomiar temperatury, notatka dla tego punktu pomiarowego i następne kilkanaście pchnięć wiosłami. I tak kilkaset razy. Ja do uczestnictwa w takich roboczych dorosłem dopiero podczas prac w Brejdynach.

Wojtuś z bratem przyglądają się, jak Mama przegląda notatki

Najpierw były praktyki w Pieckach, gdzie studenci i kadra zakwaterowani byli w ośrodku wczasowym, a my w kempingowym domku i gdzie Jasiek nocą właził na słup i scyzorykiem odcinał kabelek megafonu, by przez cały dzień nie ryczał na całą okolicę. A potem był sierpień w Brejdynach, gdzie na środku jeziora dostałem wygawor od Mamy, bo przyuważyła, jak wyrzuciłem do wody niedojedzone jabłko. Dowiedziałem się, że wyrzucanie jedzenia to grzech, a zaśmiecanie jeziora to chamstwo. Zawróciła łódkę i musiałem dojeść wyłowiony ogryzek.

Wiele lat później podobną kindersztubę odebrałem na drodze z Błocisk na Halę Gąsiennicową. Szliśmy z Mamą we dwoje gwarząc i podśpiewując – to wtedy nauczyłem się piosenki o czterech córkach młynarza. W pewnym momencie poprosiłem Mamę o ligninę – o papierze toaletowym wówczas nawet się nie marzyło. Mama wyasygnowała mi ją ze swego chlebaczka po czym zboczyłem nieco z drogi. A potem szliśmy dalej gwarząc i podśpiewując.

To zdjęcie zrobiła Wojtkowi Mama na Tatrzańskim szlaku

Po jakimś czasie Mama przystanęła i zapytała: „a zagrzebałeś po sobie?” Zaś widząc moją głupią minę zakomenderowała: „no to wracaj”. Nie pomnę już dziś, dokąd wówczas z Mamą szliśmy. Być może na Świnnicę – akwarela ją przedstawiająca, namalowana przez Babcię Zofię Wernerową wisiała w Fińskim Domku nad kasetonem z porcelaną.

Pamiętam natomiast nocleg w „Murowańcu”. Nocowaliśmy w „trumnie”. Tak nazywano strych schroniska, obity surową płytą pilśniową i zastawiony „na sztywno” żelaznymi łóżkami. Gdzie wysokość pozwalała – piętrowymi, a pod skosami dachu pojedynczymi. Ściany tego locum były pamiątką dni deszczowych – całe pokryte sentencjami wymalowanymi pastą do zębów. To wówczas dowiedziałem się, kto wynalazł radio – „do dupy z drutem powiedział Marconi i wymyślił telegraf bez drutu” oraz że „dumny jest Brwinów ze swoich synów”.

foto: z albumu rodzinnego Autora

Wojciech Więckowski