ŻYWOT STUDENTA POCZCIWEGO

Mało brakowało, bym po tak barwnym i pachnącym różami rozpoczęciu przygody z SGGW, nie zakończył jej po pierwszym roku. Powody były dwa. Kurs chemii ogólnej (I semestr) i organicznej (II semestr) zakładał znajomość tematu na poziomie liceum, a my w technikum chemii praktycznie nie mieliśmy. Przyznaję, że profesor K., którego zaliczam do grona moich mistrzów dydaktyki, prowadził wykład z niesłychaną przejrzystością. Genialnie wyczuwał też moment, kiedy sala przestawała „asymilować” – miał na tą okoliczność przygotowany cały arsenał dykteryjek i po krótkim ha ha ha rekapitulował trudny wykład. Ale te jego niewątpliwe dydaktyczne walory nie rekompensowały niestety mojego braku przygotowania i z trudem przeczołgiwałem się przez zaliczenia i terminy poprawkowe. Drugim „strupem” były kiepsko zaprojektowane i koszmarnie prowadzone przez dwa semestry wykłady z matematyki i podstaw statystyki. Pamiętam, że na którymś wykładzie audytorium było na tyle zdezorientowane, iż pan wykładowca nie był w stanie tego nie zauważyć i zapytał: „Czy ktoś tego nie zrozumiał?” Zosia, która była prymuską roku, dzielnie wzięła to na klatę i podniosła rączkę. Pan wykładowca bardzo powoli i bardzo dobitnie powtórzył ostatnie dwa zdania i… pojechał dalej. W mojej grupie sytuację ratował sensownie prowadzący ćwiczenia asystent, który był miły stwierdzić: „Panie Więckowski, pan jesteś miglanc… ale ja panu zaliczę.”

Minąłbym się jednak z prawdą twierdząc, że jedynie brak chemicznego przygotowania i koszmarny matematyk byli przyczyną moich trudności. Bo ja, oprócz studiów, miałem na głowie inne ważne sprawy.

Po moim powrocie z Radomia Zosia mogła poczuć się zwolniona z domowych obowiązków i już bez przeszkód realizować swoje życiowe powołanie. Ja przejąłem zatem część domowych obowiązków, w szczególności gotowanie obiadów i pranie.

Kluczowych w obiadowym temacie zakupów (mielone, wątróbka, lub wołowina na pieczeń) dokonywałem w „Mięsnym” na Rakowieckiej. Jak tu nie było, pedałowałem na Plac Unii do „Supersamca”. Dopóki przemieszkiwało u nas rumuńskie kuzynostwo Taty, dalszą obróbką tych produktów zajmowaliśmy się na przemian z ciotką Wandą. Raz nawet wynikł z tego zabawny incydent. Wróciwszy pod wieczór z zajęć usłyszałem: „Na kuchni stoją ciepłe kartofle, myśmy już jedli”. Szufluję sobie na talerz te kartofle, a ciocia zauważa „ale nie nakładaj tak dużo”. Zdziwiła mnie ta odzywka, ale puściłem ją koło uszu i szufluję dalej. „Ale po co tak dużo” mityguje mnie ciocia. Ki diabeł, myślę sobie, jak ona ugotowała to będzie mi wydzielać? Dołożyłem sobie przynależnego kotleta i zasiadam do konsumpcji. Ojej! – ciocia była cokolwiek zdziwiona – ja myślałam, że ty szykujesz półmisek dla nas wszystkich.

Ale z końcem jesieni ciocia z Jonelem wrócili do Bukaresztu, a ja delikatnie zasugerowałem Anulce i Rodzicom skorzystanie czy to ze szkolnej, czy też z pracowniczych stołówek. Po tym manewrze pozostało mi już tylko gotowanie obiadów niedzielnych (tego, że soboty mogą być dniem wolnym, nikt wtedy nie podejrzewał), których też nie za wiele stworzyłem. Wykupując bowiem co miesiąc swoją kartę obiadową (11 złociszów za obiad) zauważyłem, że studenckie stypendium socjalne to nie jest żywa gotówka, tylko uprawnienie do nabywania ulgowych kart na posiłki. Ale studiujące na SGGW potomstwo rolników na niedziele zazwyczaj wyjeżdżało na wieś do rodziców, zatem przy zakupie karty prosiło o wycięcie z niej niedzielnych obiadów. Przepytywałem więc stojącą przede mną kolejkę „Kto wycina niedziele”, w konsekwencji czego, po zwrocie ulgowych 4.30 za obiad, wchodziłem w posiadanie czterech kompletów niedzielnych kwitków. Zatem w niedzielę szliśmy rodzinnie na trzynastą trzydzieści na mszę św. do jezuitów na Rakowiecką, potem 200 metrów obok do stołówki i było pozmywane.

Temat prania rozwiązałem w trakcie pierwszej przerwy semestralnej. Nie pamiętam z czego to wynikło, ale niegdysiejsza druhna, którą obtańcowywałem na organizowanych przez Jaśka prywatkach, zwierzyła mi się, że chciałaby urwać się od swojej raczkującej córeczki i wyskoczyć na dwa tygodnie na narty. Ja narty z „Pingwinami” zaliczyłem już (o czym za chwilę) w czasie bożonarodzeniowych ferii, zaś w przerwie miałem jeszcze jakieś terminy egzaminacyjne z poślizgu, które szczęśliwie okazały się być w godzinach przedwieczornych. Zaoferowałem się zatem być za niania, a Lidka z Krzyśkiem to kupili. Przyjeżdżałem do Ani zaraz po szóstej, bo Krzysiek o siódmej musiał być w pracy, z której wracał około 16-tej wraz z aprowizacją na dzień następny. Tak więc poza kolacją i wieczornym bajaniem, Ania cały dzień była ze mną. Lidka zaordynowała co najmniej dwie godziny codziennego spaceru (za wyjątkiem, gdyby żaby z nieba leciały). Ze dwie kolejne godziny zajmowało przebieranie, wysadzanie, pierwsze i drugie śniadanie oraz obiad. (Po powrocie z nart, pani psycholog Lidia była zdziwiona, że Ania nie biega po mieszkaniu, tylko sprawnie konsumuje posiłki siedząc w swoim foteliku.) W pozostałym czasie jednym okiem śledziłem poczynania Ani, jedną ręką starałem się organizować jej zabawę, zaś drugą połową siebie próbowałem zgłębiać tajniki (bodajże) botaniki. Termin prezentacji tych tajników nadszedł któregoś popołudnia, zanim zdążyłem doczytać do końca podręcznik. Uratowała mnie znajomość anegdoty o słoniu: Facet, który podręcznik zoologii studiował bardzo dokładnie, ale przed egzaminem zdążył dobrnąć do końca rozdziału o dżdżownicy, został poproszony o referat o słoniu. „Słoń ma trąbę w kształcie dżdżownicy” – stwierdził odkrywczo – i dalej opowiedział co wiedział o dżdżownicy. Bo ja temat zadany przez sympatyczną panią doktor miąłem opanowany mniej więcej do połowy. Przyjąłem więc postawę człowieka dobrze zorientowanego i zacząłem dokładnie, ze szczegółami i odwołaniami do epizodów z ćwiczeń, referować znaną mi połowę. Czas płynął, sympatyczna pani doktor wertowała swoje papiery i zanim wpadłem w otchłań niewiedzy wyrzekła sakramentalne – dziękuję, proszę indeks.

A dni z Anią biegły dalej, i wyzwolony z obowiązków naukowych uświadomiłem sobie, że mam obowiązki domowe. Mimo, że bieliznę pościelową i tatowe urzędnicze koszule oddawaliśmy do pralni, co jakieś dwa tygodnie trzeba było zrobić pranie. Były do tego „Frania” i elektryczna wirówka, ale w fińskich domkach nie było ani łazienki ani ciepłej wody. Pranie więc rozstawiało się w kuchni między zlewem a piecem kuchennym, na którym w garach grzało się wodę, a czasem wygotowywało jakieś białe szmatki. Smutny fakt, że kolejne szmatki czekają na przepierkę uświadomił mi Krzysiek, gdy po powrocie z pracy zabrał się za namaczanie aninych fatałaszków. Może trochę bezczelnie, ale za to skutecznie zapytałem, czy nie mógłbym skorzystać z ich łazienki i pralniczego oprzyrządowania. I od tej pory Lidka z Krzyśkiem co jakiś czas robili sobie „miodowe popołudnie” a ja z Anią uskuteczniałem rodzinne pranie w ich łazience – była „Frania”, była wirówka, a ponadto duża wanna do płukania i gorąca woda z rury. I był plecak, który niemiłosiernie wrzynał mi się w ramiona, gdy na rowerze wiozłem mokre pranie do Fińskiego Domku.

 Ale nie tylko wyżej opisane ważne sprawy utrudniały mi sprawne pokonywanie egzaminów. Powróćmy zatem do zapowiedzianej relacji o pingwinich nartach.
(Więcej o „Pingwinach” można przeczytać → TUTAJ oraz → TUTAJ.)

Zaproszony przez Fokę do ponownego szefowania „Diablikom” zastrzegłem, że tym razem nie będę mógł z nimi odprawić uroczystości sylwestrowo-noworocznych, gdyż już obiecałem być w Radomiu na balu u Małgosi. Zatem po śniadaniu w sylwestrowy poranek wyruszyłem – autostopem oczywiście – do Radomia. Szczegółów tej podróży już nie pamiętam, poza tym, że była podzielona na baaaardzo wiele etapów. Niemniej u szkolnego kolegi i współbalownika zdążyłem się jeszcze wykąpać i wbić w maturalny garnitur. Balowaliśmy szumnie i sumiennie do piątej rano, po czym – pamiętając o pingwinich obowiązkach – podziękowałem gospodarzom za rozkoszną propozycję przytulenia się do kanapy i dzięki pierwszemu autobusowi znalazłem się przy cmentarzu na opoczyńsko – kieleckich rozstajach. Towarzyszyła mi świadomość, że w tej dacie i o tej godzinie naród raczej trzeźwieje niż podróżuje, ale pocieszył mnie widok autobusu, który jakieś pół kilometra w stronę Kielc stał, połową zsunięty do rowu. Przy takiej atrakcji kierowcy zwalniają i łatwiej im się zdecydować na zatrzymanie i zabranie autostopowicza. Wyruszam więc w tym kierunku, ale po chwili słyszę za sobą gang silnika. Odwracam się machając ręką, ale sportowy Ford Triumph z nartami na dachu mija mnie obojętnie. „To musiało być Zakopane” konstatuję i nieco sfrustrowany idę dalej. Na kolejny poszum silnika za plecami odwracam się jakby bez większych oczekiwań a machająca ręka opada mi bezradnie. Ogromna, lśniąca limuzyna Mercedesa mija mnie dostojnie, ale … zatrzymuje się. Podbiegam, ledwo dotknięta klamka uchyla drzwi, i pytam nieśmiało „Można z panem do Kielc?”. „Po to się zatrzymałem” pada uprzejma odpowiedź. Otrzepawszy więc starannie zszargane co nieco narciarskie spodnie, sadowię się w fotelu. Drzwi, sprowokowane moim dotknięciem, zamykają się same, co pasażera przywykłego do „Żuków” i „Syrenek” wprawia w osłupienie. Boję się spłoszyć czar chwili, ale pytam nieśmiało, czy może dojadę z panem do Krakowa. A pan mi się zwierza, że miał abstynenckiego sylwestra, bo szef z szefową sylwestrowali z góralami w Zakopanym, a szefowa ma jutro wizytę u dentysty. W Wiedniu.

Po tym jak, spodziewany dopiero następnego dnia, pojawiłem się w Bukowinie na noworocznym obiedzie, Foka i Koty uwierzyły w mój autostopowy fart. Przeto tydzień później nie zdziwiły się, że powierzyłem im swoje narty z prośbą o oddanie ich do przechowalni na Głównym i z ekspresu „Tatry” wysiadłem w Krakowie. Ekspres bowiem zmierzał do Warszawy przez Częstochowę, szerokim łukiem omijając Radom, a ja „tę ostatnią niedzielę” ferii chciałem spędzić z Małgosią.

A fart trwał nadal, chociaż już nie tak komfortowy. Bowiem, jak tylko dotarłem na Czerwony Prądnik, udało mi się zatrzymać „Żuka” jadącego do Warszawy. Panowie zatrzymali się, bo myśleli, że ja tylko kawałek i zdziwili się nieco że ja, pomimo 20 stopni mrozu ucieszyłem się z miejsca pod plandeką. A potem nimi trochę huśtało. Bo ja byłem nauczony, że najlepszym sposobem na ominięcie przykrości rozgrzewania się, jest nie pozwolić sobie zmarznąć. Klęknąłem więc na tej pace, rozebrałem się do koszuli i wciągnąłem na siebie, ździebko nieświeże, barchanowy podkoszulek, flanelową koszulę i górę od pidżamy. Złożywszy z powrotem sweter i skafander zacząłem na klęczkach ćwiczyć syberyjskie „zabijanie” rękami., Po jakiejś przerwie przeszedłem do parteru na okoliczność pompek. A potem, aby nóżki też popracowały, były przysiady z wyprostem do pionu i powstawanie z pokłonem – by nie wyrżnąć głową w żebrowanie plandeki. Ile takich cykli odprawiłem w czasie trzygodzinnej podróży – nie pamiętam. Pamiętam, że panowie byli nieco zdziwieni, że nie zmarzłem. No i pamiętam to ciepłe przywitanie z Małgosią.

Po ciepłym powitaniu niedziela przebiegła w równie ciepłej atmosferze, co jednak nie było w stanie sprowokować decyzji o przedłużeniu wizyty na poniedziałek. W poniedziałek mieliśmy bowiem zajęcia w Studium Wojskowym, a absencja na nich byłaby zachowaniem wysoce lekkomyślnym. W czasie tych szkoleń miałem bowiem już przećwiczone spanie w ławce z długopisem w ręku i wzrokiem utkwionym w zeszycie. Można też było dyskretnie zająć się rozwiązywaniem krzyżówki lub grą w okręty. Natomiast każdą opuszczoną godzinę trzeba było szczegółowo zaliczyć u wykładowcy. Na taki koszmar pozwalano sobie tylko w ostateczności, ja zaś nie byłem połamany ani ciężko zatruty, tylko zakochany. A teraz, drogi Czytelniku wybacz, ale otworzyła mi się w rozumku wojskowa szufladka, muszę więc zawiesić podróżowanie, by wytłumaczyć się ze swojej (siwiejącej już) brody.

foto: pixabay.com

Wojciech Więckowski