WYPISY Z WĘDRÓWDEK WŁÓCZYKIJÓW
Praktyczna praktyka

Wkrótce po zaślubinach odbyła się sesja egzaminacyjna, a zaraz po niej rozpoczęła się półroczna praktyka. Ponieważ ja stanowczo oświadczyłem, że przygotowuję się do pracy z sektorem rolnictwa indywidualnego i nie pojadę na praktykę do PGR-u, zostałem skierowany, wraz z kolegą Józkiem, do praktykowania w służbie rolnej Gromady Miszewo Murowane pod Płockiem. Opiekunem naszym był agronom gromadzki pan Henio, stołowaliśmy się w zakładzie opiekuńczym dla niepełnosprawnych, zaś zamieszkaliśmy w domku uroczego, bezdzietnego małżeństwa. Domek stał na niewielkiej, obsadzanej ziemniakami działce, pani Nacia była księgową w GS-ie, zaś pan Zygmunt instruktorem w Związku Producentów Trzody Chlewnej. Przyjęli nas jak swoich, szczególnie pani Nacia. Kiedy po jakichś trzech tygodniach pan Zygmunt chodził po domu nie mogąc znaleźć sobie miejsca i nie wiedząc jak zagaić temat, Nacia perswadowała: „Zygmuś, to swoje chłopaki, oni ci jeszcze pomogą.” Zygmuś zatem zaprosił nas na strych, gdzie przytulony do komina i otulony pierzyną stał 50-cio litrowy kociołek z przefermentowanym roztworem cukru. Na zaproszenie gospodarza zamoczyliśmy w nim paluchy, by oblizawszy je stwierdzić, że nie są słodkie. Skoro test na zakończenie fermentacji wypadł pomyślnie, znieśliśmy kociołek do kuchni, gdzie ostrożnie zlaliśmy zawartość do kilku wiader i garnków. Pozostały na dnie drożdżowy osad został powierzony kanalizacji, a kociołek stanął na płycie kuchennej i został ponownie napełniony zacierem, tyle że już bez drożdżowego mułu. Do kociołka Zygmuś wstawił na drucianym trójnogu emaliowaną miseczkę i przykrył go większą miednicą, którą napełniliśmy zimną wodą. Teraz wystarczyło utrzymywać pod kociołkiem równy, niewielki ogień, by odparowywany alkohol skraplał się na zimnej miednicy i skapywał do miseczki. No i jeszcze trzeba było cierpliwie wymieniać w miednicy ciepłą wodę na zimną oraz co jakiś czas zlewać z miseczki do szklanego słoja urobek, sprawdzając organoleptycznie, czy to jeszcze aqua vita czy już aqua destillata.

Podczas gdy ja z Józkiem integrowaliśmy się z miejscową społecznością, Gosia w Warszawie, oprócz uczęszczania do szkoły muzycznej, znalazła pracę – w Klubie Sportowym „Hutnik” akompaniowała do zajęć z gimnastyki artystycznej. Lubiła tę pracę. Była jakby kontynuacją jej szkolnej przygody z Radomia, gdzie jej koledzy – „dęci” instrumentaliści – woleli grać egzaminy z jej akompaniamentem niż wraz z nauczycielem. W klubie było podobnie – to zawodniczka była główną postacią, którą trzeba bacznie obserwować i dopasować do niej wejście i akcenty.

No i te zawodniczki w czerwcu wyjeżdżały na Mistrzostwa Polski do Gdańska. Ponieważ ich trenerka nie miała nic przeciw temu, by Gosia dzieliła ze mną hotelowe łóżko, urwałem się na kilka dni z praktyki i dołączyłem do ekipy. Pierwszy (i jedyny) raz miałem okazję być wewnątrz sportowej imprezy. To podniecenie przed startem, to komentowanie sędziowskich werdyktów, te napalone pogaduchy „wypierzających” się nastolatek tworzyły egzotyczny dla mnie klimat.. Egzotyczny okazał się też klimat Gdańska. Gdy z wujkiem Jankiem Zarębą, który po wojnie osiadł w Gdańsku a teraz zaprosił nas w odwiedziny, czekaliśmy aż  Gosia skończy kolejną rundę zawodów, wiało tak, że mało łba nie urwało.

Wycieczka do Gdańska zakończyła się cudownym spacerem, choć droga na ten spacer była długa i nie prosta. Wracaliśmy autobusem wraz z całą ekipą. W gronie kadry, na tylnym siedzeniu wymieniliśmy się przy wódeczce wrażenia z imprezy. Gdzieś koło Płońska wspomnieliśmy z Gosią, że my wysiądziemy w Zakroczymiu, bo tam odchodzi droga do Płocka. Będziemy łapać okazję, by razem wrócić do praktykowania w Miszewie. Trenerka i opiekujące się zawodniczkami mamusie były, jeśli nie zbulwersowane, to wielce zdziwione – ciemna noc, Gosia w dobrze widocznej ciąży, a ci się na autostop wybierają! Mimo protestów jednak wysiedliśmy i okazję (nie pamiętam już jaką) złapaliśmy. Tyle, że jechała do Płocka nie gęsto zabudowaną trasą przez Bodzanów i Miszewo, ale nowo wybudowaną szosą przez lasy w pradolinie Wisły. Wysiedliśmy jakieś 3 kilometry poniżej Miszewa, a kiedy oddalił się warkot samochodu usłyszeliśmy słowika. Gdy ruszyliśmy brukowanym traktem w stronę wsi, jego śpiew stawał się coraz głośniejszy.  A gdy zbliżyliśmy się do rozłożystego dębu, którego konar, niczym semafor, pochylał się nad drogą, Małgonia wypatrzyła siedzącego na nim śpiewaka. Prezentował swoje trele na tle ogromnej, srebrnej tarczy księżyca. Te namiętne wyznania, cichnące z każdym naszym krokiem, umiliły nam jeszcze kawał drogi.

W Miszewie, w drugiej połowie lipca, rozpoczęliśmy blisko miesięczny okres podróżowania w jeszcze inny sposób. Mianowicie pan Henio przekazał mnie, wraz z Józkiem, do dyspozycji kierownika Międzykółkowej Bazy Maszynowej. Mieliśmy robić za traktorzystów przy żniwach. I to za prawdziwe pieniądze! A ponieważ Józek, romantycznie zaaferowany, ginął na całe dnie razem ze swoim motocyklem, cały ciężar żniwnych usług (wraz z gratyfikacjami) spadł na mnie. Dostałem Ursusa, „trzydziestkę” bez kabiny i prawie nową snopowiązałkę. Na „dzień dobry” dostawałem listę zamówień na dany dzień, przy dystrybutorze ze starożytną „kaczajką” tankowałem traktor, a potem brałem się za remont transporterów podających zboże. Były to ok. metrowej szerokości płótna z przynitowanymi drewnianymi listewkami, z których część, po całym dniu pracy, była połamana. Teoretycznie to ja powinienem przekazać uszkodzone płótna pracownikowi warsztatowemu i dostać od niego wyremontowane. Ale skoro w MBM-ie brakowało traktorzystów, to pracowników warsztatowych tym bardziej nie było, Zaś pan kierownik tego bałaganu był zbyt ważną figurą, by robić za „fizyka”. Więc ja, zamiast jechać w pole gdy tylko słonko wypije rosę, odrabiałem warsztatową działkę. Potem „na rozciąg” odpalałem „trzydziestkę”(bo akumulator był praktycznie nieobecny) i podjeżdżałem pod naszą kwaterę. Małgonia sadowiła się w siedzonku na błotniku i ruszaliśmy w te nasze żniwne podróże.

Wprawdzie ciągnik był mniejszy i bez kabiny, wprawdzie Małgosia z brzuszkiem nie wsiadała na snopowiązałkę, tylko zażywała relaksu w plenerze, ale maszyna na → TYM FILMIKU  jest taka sama.

Wojciech Więckowski