Na wieś część XXI – Przyczynek do portretu

napisany z cichej potrzeby serca, do działania delikatną sugestią Margarity R. pobudzonej.

Około roku 2000 odwiedził nas W Skrodzkich profesor Tadeusz K., fizyk z Uniwersytetu w Białymstoku, z którym w trakcie spaceru dogadaliśmy się wspólnej znajomości z Krzysztofem R. Otóż Profesor, po rozwaleniu, w czasie Stanu Wojennego, Instytutu Badań Jądrowych w Świerku, zatrudnił się białostockiej wówczas Filii Uniwersytetu Warszawskiego. W związku z tym odbywał regularne podróże koleją na trasie Warszawa – Białystok. W czasie tych podróży zdarzało mu się prowadzić długie rozmowy z Krzysztofem, który podróżował z przyczyn podobnych. Choć od owych rozmów do wzmiankowanego spaceru upłynęło lat kilkanaście, Profesor zapytał: jeśli pan z nim blisko współpracował to niech mi pan powie, czy to był wizjoner czy mitoman. Odrzekłem, że pytanie należy postawić inaczej: na ile wizjoner, a na ile mitoman? Ale i na tak postawione pytanie nie potrafiłem wyczerpująco odpowiedzieć ani wówczas, ani wcześniej, ani dotychczas.

Jedną z pierwszych odpowiedzi, jaką na powyższe pytanie usłyszałem, była wypowiedź pani Alicji C. Pani Alicja pracowała w Instytucie Ekonomiki Rolnej, do którego biegałem „na komputer”. Prywatnie zaś była małżonką docenta C., który na Wydziale Ekonomiczno-Rolniczym Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW) wykładał ekonomię polityczną socjalizmu. Stąd wypowiedź pani Alicji, że społeczeństwo które chce się rozwijać, musi być stać na utrzymanie przynajmniej kilku takich szaleńców, jak Krzysztof R., zrobiła na mnie – muszę powiedzieć – duże wrażenie. Ale spróbujmy troszkę uporządkować chronologię.

Pierwszy raz spotkałem doktora R. jesienią 1973 roku w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym na Nowym Świecie. Byłem wówczas stażystą w Międzywydziałowym Instytucie Zastosowań Matematyki i Statystyki SGGW. Szefowa powiedziała: „Panie Wojtku, niech pan pójdzie na referat doktora R.. Chciałabym, by nawiązał pan z nim współpracę”. Przebiegła niewiasta. Była recenzentką mojego magisterium i wiedziała, gdzie mnie swędzi. Poszedłem i chyba nic wówczas nie zrozumiałem. Odniosłem natomiast wrażenie, że jacyś komandosi ekonomiczni organizują podziemie naukowe, a efekty jego działania zmienią oblicze tego świata. I tak mi już zostało. Nigdy nie nadążałem śledzić wszystkich nici, którymi Krzyś wiązał najnowsze osiągnięcia matematyki z teorią ekonomii, podpierając to informatyką teoretyczną i polewając gęstym sosem działań praktycznych.

Jakoś niedługo potem szefowa przygarnęła „bezdomnego” – po raz któryś – doktora R. do Instytutu Zastosowań Matematyki i Statystyki, w którym była wówczas wicedyrektorką. Instytut ten powstał z trzech katedr wydziałowych (na wydziałach: Rolniczym, Ekonomicznym i Melioracji Wodnych), parających się matematyką i statystyką, z zamysłem utworzenia szerszej i lepiej podbudowanej teoretycznie platformy, z której w oparciu o intensywnie rozwijającą się informatykę, można by wspierać badania na wszystkich wydziałach uczelni. Zamysł ten nigdy się nie zrealizował, zaś diagnozę tego niepowodzenia Krzyś streszczał jednym tylko słowem: KORKOPLAN. Dla niewtajemniczonych rozwijam to streszczenie:

Otóż w Zakładzie Doświadczalnictwa dotychczas stosowane ręczne procedury obliczeń statystycznych – bardzo pracochłonne i bardzo nielubiane przez badaczy, którzy na ogół czuli się niepewnie na gruncie statystycznym – zostały oprogramowanie na zakładowy mikrokomputer. Teraz badacz mógł dostarczyć tabelkę z danymi źródłowymi i odebrać tabelkę wynikową. I tyle! Krzysiowi natomiast – w jego świętej naiwności – wydawało się, że na przyzwoitym, dużym komputerze należy zainstalować pakiet zestandaryzowanych procedur statystycznych, ustalić jednolity format danych doświadczalnych i rozwiązując każdemu (za friko) jego statystyczny problem badawczy, ładować – na dobry początek – dobrze zaprojektowaną bazę danych o wszystkich doświadczeniach, prowadzonych na uczelni i w okolicy. Chyba każdy, kto zna historię takich przedsięwzięć jak „K-202” Jacka Karpińskiego czy „Życie i Nowoczesność” Stefana Bratkowskiego, zrozumie, że senne marzenia Krzysia miały marne szanse w konfrontacji z „fuchami” tłuczonymi na mikrokomputerze. Mikrokomputerowi było na imię Compucorp, czego Krzyś nigdy nie mógł (nie chciał?) zapamiętać i nazywał go KORKOPLAN. 

Jednakże, drogi Krzysiu, część odpowiedzialności za różne niepowodzenia twoich projektów musisz wziąć na siebie, czyli przypisać je swoim brakom z zakresu dyplomacji, czy też – jak kto woli – całkowitej ignorancji w trudnej sztuce wazeliniarstwa. Bo to było tak: wiosną roku 1975 nowo nominowany rektor, napompowany doświadczeniami nabytymi w FAO, w imię postępu postanowił zinformatyzować uczelnię. Zielone światło dostał wówczas ośrodek obliczeniowy (chyba największy wtedy w „cywilnej” Warszawie RIAD), zaś Instytutowi zorganizował w Rogowie kilkudniowe seminarium, na które zawezwał przedstawicieli wszystkich wydziałów, by zapoznali się z dorobkiem i ofertą. A potem zaprosił Krzysia z jego zespołem (Bodzio K., Józek D. i nie pamiętam czy ktoś jeszcze) do swego zakładu w Brwinowie, by opracowali jego doświadczenia.

W czasie prezentacji danych źródłowych okazało się jednak, że tu i tam czegoś nie zanotowano, a tu i tam poprzestawiano niechcący jakieś liczby. Na dyskretną sugestie Krzysia, by może najpierw uporządkować dane źródłowe, pan profesor odparł, że przecież specjaliści statystycy z takimi drobiazgami powinni sobie poradzić. Natenczas Krzyś odchylił się nieco, oparł mocniej w fotelu i rzekł: „Panie profesorze, ja rozumiem że jeśli ktoś chce mieć samochód – a póki co – nie stać go na to, to na dobry początek kupi sobie cztery koła. To ja rozumiem. Ale dlaczego te koła od początku muszą być kwadratowe, tego ja nie rozumiem!”. Po uczelni chodziło potem, że rektor robi doświadczenia na kwadratowych kółkach, a biedna Szefowa – uśmiawszy się serdecznie – w pocie czoła odrabiała dyplomatyczne straty.

To był przełom sierpnia i września roku 1975. Do naszego pokoju w Instytucie wparował Krzysztof wołając od progu: „Wojtek, musisz ze mną jechać do Sztynortu. Załatwiłem z Hajgelmanem. Jest robota”. Z dalszych wypowiedzi dowiedziałem się, że Hajgelman jest wielkorządcą klucza PGR-ów w okolicach Kętrzyna, którego Krzyś zaczarował optymalizacją struktury produkcji oraz wizją automatycznego zarządzania. Zaś w Sztynorcie, w pałacu byłych pruskich właścicieli, ów wielkorządca zorganizował zakładowy ośrodek wypoczynkowy wraz ze stanicą żeglarską. W ośrodku jest już zamelinowany matematyk Maciej, z którym Krzyś przerabia na praktykę teorię automatów, a ja mam na gwałt robić modele optymalizacyjne kolejnych gospodarstw klucza.

Spróbowałem sprowadzić go na ziemię napomykając, że zaczyna się wrzesień, koleżanka małżonka rozpoczyna pracę w szkole i nie mogę zostawić jej samej z dziećmi.
„Wydzwoń Gośkę! Zabieramy dzieci ze sobą!” zakomenderował Krzyś.

Mieszkaliśmy wówczas w Brwinowie, ale pani Małgosia była akurat z dziećmi u moich rodziców, w Fińskim Domku na Wawelskiej. Wykręcam więc numer, zaanonsowałem Krzysia i przyglądam się, co z tego wyniknie. Jego impet rozbijał się na kolejnych rafach babskich argumentów, w końcu odłożył słuchawkę i westchnął: „Oj, wiedział Kościół święty, Matka nasza, co robił, jak celibat ustanawiał! Oj, wiedział!” Westchnął jeszcze kilkakroć, po czym wrócił do opowiadań o Sztynorcie. W końcu odzyskawszy animusz zapodał: „Jedziemy do Małgosi!”.

Pani Małgosia właśnie jedną ręką wykończała obiad, drogą pomagała Kasi i Piotrusiowi zbudować wigwam, a trzecią kończyła pakować ich bambetle, bo właśnie mieliśmy wracać do Brwinowa. Krzysztof oznajmił, że Wojtek w Sztynorcie to sprawa wagi państwowej, że z drugiej strony pałacu jest doskonałe przedszkole, po czym wrzucił neseser z dziecinnymi szmatkami do bagażnika, dzieciom kazał siadać z tyłu, bo będzie fantastyczna wycieczka, i zanim opadnięta szczęka pani Małgosi wróciła do normy, byliśmy w drodze.

Do przedszkola w Sztynorcie dzieci chodziły trzy dni. Panie przedszkolanki do dzisiaj chyba nie wiedzą, na jakiej zasadzie. Czwartego dnia wróciły pod opiekę mamy. Małgonia bowiem misternie uplotła siatkę zastępstw, po czym odszukała nas według stempla na pocztówce, którą wysłaliśmy pierwszego dnia.

fot. pl.wikipedia.org – przy pomoście mariny w Sztynorcie dziewięć osób przygotowuje dwa jachty do odpłynięcia

Już nie pamiętam czy pobyt trwał tydzień czy dwa. Zebrało nas się w sumie 7 osób: Krzyś, Maciek z Marysią, ja z Małgosią i dwójka bąbli. Był rejs żaglówką na wyspę Kormoranów, na który nas zabrał poznany przez Krzysztofa instruktor żeglarski. Były polowania na kaczki – ciągowe oraz podnoszone przez psa z bagienek, do których przeprawialiśmy się przez oceany kukurydzy. Gospodarzami tych polowań byli kierownicy, z którymi przedpołudniami przygotowywaliśmy dane do budowy modeli ich gospodarstw. Krzyś był dumny i blady, bo któregoś razu strzelił słonkę, czego mu wszyscy gratulowali i zazdrościli. Była nawet przygoda archeologiczna – Kasiulka znalazła nad jeziorem śmieszny kamyczek z dziurką, w którym Krzysztof rozpoznał prząślik, które to znalezisko wspólnie przekazaliśmy muzeum w Kętrzynie. Wieczorami dzieciaki, choć dokładnie wywietrzone i uchodzone, niekoniecznie chciały zasypiać, gdy dookoła odbywała się jeszcze dyskusja o automatach, planowanie dnia następnego i skubanie kaczek na obiad. Wtedy Krzyś przysiadał na ich łóżku, coś tam im pobajdurzył, a potem cicho rzewnie płynęło:

Oj ne chooody Hryciu
taj na wiecziernicziu,

bo na wieeeczierniczi
diłki czarioniczi…

Pani Małgosia trącała mnie łokciem pod żebro i z ciepłym sarkazmem szeptała: „Tak gloryfikuje ten celibat, a zobacz, jak mu czegoś brakuje”.

W roku 1978 władze SGGW postanowiły ruszyć szerokim frontem ze studiami doktoranckimi. Reakcja Krzysztofa R. była natychmiastowa i charakterystyczna. Dostrzegł z jednej strony możliwość zapewnienia utrzymania swoim licznym współpracownikom, zaś z drugiej szansę prowadzenia badań interdyscyplinarnych, wykorzystujących najnowsze technologie i odpowiadających na potrzeby praktyki. Zorganizował więc trójki badawcze. Dziś już nie pamiętam ile ich było i czym się miały zajmować. Zapamiętałem tylko jedną. Był tam weterynarz który miał sporządzić katalog obrazów krwinek bydlęcych zdrowych i zabiałaczkowanych. Był matematyk, który w oparciu o, raczkującą wówczas, numeryczną analizę obrazu, miał opracować program komputerowy kwalifikujący badaną przez automat krwinkę jako zdrową, chorą lub do zbadania przez żywego diagnostę, a po jego decyzji rozbudowujący katalog. I był elektronik, który miał zaprojektować hardware tego automatycznego diagnosty. A cały ten projekt wynikł z tego, że Krzyś dowiedział się, iż laboratoria weterynaryjne „nie wyrabiają się” z diagnozowaniem wzbierającej wówczas fali białaczki u bydła. No ale kiedy te dzielne trójki wkroczyły w procedurę kwalifikacyjną, zrobiła się afera, że jacyś smarkaci studenci dyktują szacownym profesorom programy badawcze, a przecież wszyscy wiedzą, że powinno być odwrotnie. No i było odwrotnie. A ja, 20 lat później, dowiedziałem się, że w mojej mleczarni zawartość drobnoustrojów w mleku bada nie śliczna panienka, tylko komputer. Oczywiście zagraniczny. I to jest dobry moment na przytoczenie jednej z ulubionych anegdot Krzysia, która chyba dobrze ilustruje jego spojrzenie na zakres i koordynację prac badawczych. 

Otóż przez wiosenny świat biegną dwa byki. Jeden młody, świeżo opierzony, a drugi stary wyjadacz. Wtem ujrzały zieloną dolinę a na niej stado dorodnych jałowic. Młody ryczy: „ty zalatywuj od brzeziny do tej łaciatej a ja zalecę od olszynek i załatwię tą czerwoną!” A stary odrykuje: „nienieee, podejdziemy pomałuuuu i pokryjemy wszyyystkie.”

A u nas chyba jeszcze do dziś dużo takich, co zalatywują od olszynek i załatwiają swoje.

Kończąc to wspomnienie spróbuję jednakowoż odpowiedzieć na pytanie profesora Tadeusza K., przytoczone na wstępie. Sądzę, że mitomanem i szarlatanem był Krzysztof dla tych, którzy z uporem próbowali jeździć na kwadratowych kółkach i tych, którym wizja komputeryzacji kończyła się na Korkoplanie, podliczającym rozprawy doktorskie. Dla mnie pozostanie szalonym wizjonerem, który nauczył mnie na wszelkie zagadnienia patrzeć szeroko i z różnych stron. Oraz którego wiele pomysłów wykorzystania komputerów do zarządzania – choć dziś już nie tak nieprawdopodobnych – wciąż jeszcze czeka na wykorzystanie.

fot. winiety: pl.wikipedia.org/wiki

Wojciech Więckowski