Na wieś część XXVI – Poszukiwania

W czasie pobytu nad jeziorem Gosia zwróciła się do mnie tekstem mniej więcej następującym:
– Ty już skończyłeś 35 lat, a mnie to czeka wraz z końcem tego roku. W kontekście rolniczych kredytów preferencyjnych kategoria „młody rolnik” obejmuje między innymi małżeństwa, gdzie przynajmniej jeden z małżonków nie przekroczył 35-tego roku życia. Jeśli więc chcemy kupić gospodarstwo za rozsądne pieniądze, to jest ostatni moment.

Zostawiliśmy więc czteromiesięcznego Kacperka pod opieką pozostałych obozowiczów, pożyczyliśmy od Sąsiadów Fiata i ruszyliśmy na Mazury w poszukiwaniu gospodarstwa.

fot. Anna Małgorzata Więckowska – zatoczka na jeziorze porośnięta trzcinami – tutaj stało miasteczko namiotowe, w którym Kacperek czekał na nasz powrót z poszukiwań

Dziś już nie pamiętam według jakiego algorytmu prowadziliśmy te poszukiwania, natomiast pamiętam wyniki – ziemi, należącej zazwyczaj do PFZ (Państwowy Fundusz Ziemi), wszędzie pod dostatkiem, ale o budynkach, czy to gospodarczych, czy to mieszkalnych, nie ma co marzyć. I tak, zawiedzeni kolejnymi ciekawymi okolicami, dotarliśmy do położonej nad Śniardwami wioski Chmielewo, gdzie wesoły sołtys, dowiedziawszy się o co nam chodzi, zawołał:
– A przyjeżdżajcie, ja mam harmonię, będzie nam wesoło. –
Zaraz też poinformował nas, że nieopodal jest 450 ha ziemi PFZ, na których gospodaruje SKR (Spółdzielnia Kółek Rolniczych), mająca swą siedzibę po drugiej stronie Orzysza. I że jest tam jakieś siedlisko.
Pojechaliśmy owo siedlisko zobaczyć.
I rzeczywiście – są zarośnięte krzakami fundamenty rozległego dworu, nieco obok ogromna kamienna stodoła, w trzech czwartych już rozsypana, a nieopodal, na planie kwadratu, cztery niewielkie, ale zupełnie przyzwoite domki pracownicze.
Po krótkim namyśle decyzja – podchodzimy do tematu. Prujemy więc za Orzysz do owego SKR-u. Na szczęście szef tego bałaganu jest na miejscu. Wprowadzony w temat pyta:
– Ile wam odciąć? 50, 100, 150? Mnie te hektary to jak wrzód na dupie!
Dopytywany w kwestii domków wyjaśnia, że w trzech z nich gmina zakwaterowała ludność napływową tak zaradną, że nadane im kiedyś wraz gospodarstwami budynki rozsypały się w proch i pył. Przyszłe sąsiedztwo nie rysuje się zatem rewelacyjnie.
Natomiast czwarty domek dzierżawi pszczelarz, który trzyma tam swoje oprzyrządowanie, i to da się odzyskać.

Ponieważ już dobrze minęło południe, prujemy z powrotem do Orzysza, by zdążyć do banku przed jego zamknięciem. Panie urzędniczki, zapytane o możliwość wzięcia kredytu, nieco zdziwione informują, że wszystkie limity już dawno zostały wyczerpane. Po dłuższych deliberacjach okazuje się jednak, że na zakup ziemi z PFZ to pieniądze są z całkiem innej kieszonki, i że taki wniosek można składać.
Złożyliśmy więc wniosek na skredytowanie zakupu chyba – dziś już nie pamiętam – 50-ciu hektarów i wróciliśmy nad Śniardwy, by w pogodny wieczór odreagować nad jeziorem życiową, jak się wydawało, decyzję.

Po powrocie do Podliszewa Małgosia zaczęła kombinować:
– Rozejrzałbyś się w gminie, może tutaj jest coś do kupienia? Zaprzyjaźniliśmy się z Zenkiem, pewnie by nam coś na początek pomógł?
Szybko przekalkulowałem:
– Albo będę do końca wakacji tłumaczył, że to są stare, polskie tereny, jeśli ktoś ma gdzieś do sprzedania działeczkę, to pięciu sąsiadów ostrzy sobie na nią zęby. Albo poświęcę godzinkę i pojadę do gminy, gdzie mi moje domniemanie oficjalnie potwierdzą.
I tak też się stało. W Gminnej Służbie Rolnej pan Janek opisał sytuację dokładnie tak, jak ją Gosi przedstawiłem. Zadowolony wychodzę z pokoju i potykam się o pana Marka , który pyta, o co chodzi. Więc Janek referuje mu rzecz pokrótce, na co Marek: – No przecież rozleciał się kołchoz w Danowie!
I tak moja misja zwiadowcza uległa nieoczekiwanemu przedłużeniu. Dowiedziałem się bowiem, że ileś tam lat temu w Danowie zawiązała się Rolnicza Spółdzielnia Tuczu Zwierząt, która trzy lata temu odkupiła duże gospodarstwo od Olszewskich ze Skrodzkich, teraz zaś, z powodów bliżej panom nieznanych, znajduje się w stadium likwidacji. Dowiedziałem się również, że ostatnia pani prezes, obecnie zasiadająca w komisji likwidacyjnej, mieszka w Łazarzach. I że obie te miejscowości znajdują się w zasięgu małej wycieczki rowerowej.

Pedałuję więc jakieś 10 kilometrów i pytam sołtysa w Skrodzkich o te spółdzielcze hektary. Wskazuje mi prowadzącą na kolonię drogę, a ponad to doradza, by do Łazarzy nie jechać przez pola, bo się zgubię, tylko z powrotem przez Skrodzkie. Wskazana przez sołtysa droga wije się malowniczo wśród pól, ale koleiny to przynajmniej do kolan. Przejechałem z kilometr i nic nie widać.

fot. Anna Małgorzata Więckowska – droga zakręca wśród zielonych pól – z tego miejsca po raz pierwszy zobaczyłem nasze gospodarstwo

Ale za kolejnym zakrętem odsłania się widok na otoczone sadem siedlisko i ja już wiem, że to jest to, o co nam chodzi.
Wjeżdżam na podwórze napalony, jakbym zobaczył Wenus w kąpieli. W obszernym czworoboku stoi duży, murowany dom, ze 40 metrów bieżących nowej obory z białej cegły, ogromna, drewniana stodoła i spora murowana chlewnia pod eternitem. Na podwórzu szambowóz, przyczepa-wywrotka i zaczepiana sieczkarnia polowa. I nigdzie żywego ducha – ani ludzkiego ani zwierzęcego.

Szybciutko spenetrowałem budynki. W porównaniu z M 4 w blokowisku dom wydał mi się pałacem – ze 100 m2 parteru i prawie drugie tyle strychu do zagospodarowania. W porównaniu z zawaloną stodołą w Chmielewie, budynki gospodarcze to Ameryka. I to wszystko w pięknej okolicy, na kolonii, gdzie nikt nam w garnki nie będzie zaglądał.

Wsiadam na rower i grzeję do Łazarzy, a po drodze próbuję ostudzić nieco emocje, by nie podchodzić do wstępnych rozmów w stanie napalonym.

Wojciech Więckowski