Na wieś część XXVIII – Nie ma ryzyka – nie ma zabawy

Troszcząc się o pozyskanie pieniędzy, musiałem zatroszczyć się również o ziemię. Wprawdzie nie było jeszcze pewne, czy ta ziemia będzie naszą, natomiast było pewne, że pozostawiona na zimę niezaoranym rżyskiem, na wiosnę nie będzie zdatna do uprawy. Ale starzy ludzie mawiają: nie ma ryzyka – nie ma zabawy. Zatem jeszcze we wrześniu, przed rozpoczęciem zajęć, pojechałem do Rajgrodu, gdzie po „aparacie gminnym” rozniosła się już wieść, że jakiś narwany doktorek z Warszawy kupuje kołchoz w Skrodzkich. Ale patrzyli na mnie przychylnie. Kierownik Komunalki zgodził się wypożyczać mi ciągnik. Prezes Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej był gotów doczepić mi do tego MTZ-ta trzyskibowy pług. Pozostawało tylko pytanie, kiedy z tych dobrodziejstw będę mógł skorzystać. Bowiem przewidując, że wiosną będziemy już mieszkać i pracować w Skrodzkich, całe swoje uczelniane pensum upchnąłem w semestrze zimowym.

Na szczęście udało się ocalić soboty. Zatem od połowy października, po piątkowych zajęciach, na Centralnym wsiadałem o dziesiątej wieczorem w pociąg do Ełku. Nastawiałem budzik w naręcznym, radzieckim zegarku, właziłem na bagażową półkę i po nieźle przespanej nocce, o piątej rano wysiadałem w Grajewie. Potem PKS do Rajgrodu i wizyta w Komunalce. Stamtąd dwa kroki na podwórko Spółdzielni gdzie podwieszałem pług i jazda na nasze hektary. A nasze hektary leżą na samym skraju mazurskiej moreny czołowej – w sąsiednich Kosiłach zmeliorowane łąki to już wstęp do biebrzańskich bagien. Zatem pola, choć rozległe, położone są na pagórkach i oranie nie jest łatwe. I tak w niedzielne południe, robiąc nawrót na stoku przyległym do bagiennego lasu, zagapiłem się i ciągnik stoczył się samowolnie jakiś metr, po czym oparł się odkładnicą pługa na olszynie. Olszyna była gruba, odkładnica zaś wypracowana, więc pękła na pół. Pojechałem do wsi po ratunek. Dobrzy sąsiedzi, mimo świętej niedzieli, wytoczyli przed garaż spawarkę i przed wieczorem dokończyłem oranie. Co nie oznaczało końca kłopotów, bo kiedy po zmroku wyszedłem na szosę, by złapać okazję do Grajewa, okazało się, że w tych czasach, o tej porze, tą szosą prawie nikt nie jeździ. Na szęście nie była to żelazna reguła i jakimś cudem udało mi się zdążyć na nocny pociąg do Warszawy. Po noclegu na bagażowej półce wysiadałem rano na Centralnym i dziarskim krokiem udawałem się na zajęcia ze studentami.

Jakoś w tym czasie w osiedlowym SAM-ie spotkałem Teresę, razem z którą chodziliśmy do Vc i pod kierunkiem pani Maruny tańczyliśmy w Ogrodzie Jordanowskim. Okazało się, że wraz z mężem Krzyśkiem i dwójką synków mieszka w sąsiednim bloku. Odnowienie znajomości okazało się nie tylko sympatyczne, ale i pożyteczne, bowiem Krzysiek pracował w Stacji Kontroli Pojazdów na Mokotowie. Wtajemniczył mnie, gdzie mogę zalegalizować i nabić numery na nową ramę naszej „Cytrynki”, a następnie zrobił jej i podstemplował okresowy przegląd.

Wojciech Więckowski