Historię przepisu Lucyny Ćwierciakiewiczowej, wynikłą z historii przepisu pani  Ćwierciakiewiczowej dedykowanej, lubił opowiadać wujek Kazio Wojno. Choć po prawdzie, to wujkiem on mi nie był. Bo to było tak:

Mój dziadek Wacław Werner miał sporo starszą siostrę Marię. Traktował ją z niezwykłą atencją, o czym świadczył między innymi fakt, iż zawsze zwracał się do niej w trzeciej osobie: „czy Marychna …” , „proszę Marychny…”  i temu podobnie.
Otóż owa Marychna wyszła za mąż za Mieczysława Maisnera, z którym osiedli w majątku Podlodów niedaleko Dęblina, gdzie dochowali się córki Zosi i synka Stasia. A że dziatwa mego dziadka spędzała w Podlodowie liczne ferie i wakacje, moja Mama bardzo zaprzyjaźniła się z Zosią, czyli swoją cioteczną siostrą. Zatem dla mnie, gdy się już na tym najpiękniejszym ze światów pojawiłem, cioteczna siostra mojej Mamy, wedle reguł terminologii pokrewieństwa, była cioteczną ciocią. Ale zanim się pojawiłem, Zosia wyszła za mąż i straciła męża w kampanii wrześniowej, po czym wyszła za  mąż powtórnie i tak w rodzinie pojawił się wspomniany na wstępie Kazimierz Wojno. Tej zacnej parze poświęciłem ciepłą wzmiankę w opowiadaniu „Na krawędzi światów”. Zaś kontynuując konsekwentnie terminologię pokrewieństwa/powinowactwa, dla mojej Mamy Kazimierz był ciotecznym szwagrem, zaś dla mnie ciotecznym pociotkiem.

Jednak Kazio był człowiekiem pogodnym, wyrozumiałym i na tytułowanie go wujkiem się nie obrażał.
Otóż Kazimierz, zanim został mojej Mamy ciotecznym szwagrem, był studentem SGGW. Fakt ten był na tyle istotny w jego życiorysie, że w roku 1959 przyczynił się do współutworzenia przez niego Stowarzyszenia Wychowanków SGGW, którego przez jakiś czas był prezesem. Świadczy o tym jego popiersie  stojące przed Aulą Kryształową w zabytkowym kompleksie SGGW na Ursynowie.
No ale miało być o pani Ćwierciakiewiczowej, więc musimy cofnąć się do Kazimierza czasów studenckich. Bo to w tych czasach książka kucharska pani Ćwierciakiewiczowej była bestselerem. A że zawierała ona przepisy „na 12 kucharek” rozpoczynające się od polecenia „posadź dwie dziewczyny do bicia piany”, to trudno się dziwić, że żywiącą się w garkuchniach studenterię one raczej irytowały niż podniecały. Zatem w gazetce studenckiej zadedykowali oni pani  Ćwierciakiewiczowej

Przepis na leguminę z chleba
Bierze się chleb do gęby
i miele na otręby.
Potem się gębą rucha
i wszystko idzie do brzucha.
A potem się wypina
i gotowa legumina.

I w tym miejscu, drogi czytelniku, zgodnie ze współczesnym savoir vivre-em, spodziewasz się zapewne hejtu i skandalu towarzyskiego ze sprawą o zniesławienie włącznie. A to świadczy o tym, że nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak prostackie dziś nastały obyczaje. Bo pani Ćwierciakiewiczowa bynajmniej się nie obraziła, tylko w następnym numerze pisemka przepis twórczo rozwinęła:

Bierze się pęczek brzeziny
i moczy przez dwie godziny.
A potem się formę siecze
aż się legumina upiecze.

Przytoczywszy tą piękną ripostę, nie chcąc jednakowoż by wyszło na to, że ja tylko cudze kulinaria cytować potrafię, w następnej odsłonie „Rozmaitości” podam swój własny przepis na pierogi z mięsem.

Wojciech Więckowski
Podlaska Redakcja Senioiora