O rozstaniach i pożegnaniach
„Każde odejście jest zarazem powrotem,
każde pożegnanie powitaniem, każdy powrót rozstaniem.
Wszystko jest jednocześnie początkiem i końcem”.
Andrzej Sapkowski (z książki Pani Jeziora)

Kto z nas nie przeżywał bólu pożegnań? Kto nie odgarniał korali łez wywołanych sytuacją rozłąki? Nie zastygał w bólu? Nie tęsknił, zanim już rozstanie faktycznie nastąpiło? Nie ma chyba takiego człowieka.

Pożegnanie pożegnaniu nierówne. Jest wiele ich rodzajów. Przed kilkoma dniami stanęłam właśnie w obliczu jednego ze wspomnianych przejawów. Tkwię w tym jak w gęstej mazi smutku pomieszanego z melancholią i Bóg wie z czym tam jeszcze, jakimś niedookreślonym. Właśnie odleciała do USA bliska mi osoba – siostrzenica i chrześnica zarazem. Przez niewiele dni jej pobytu zdążyłam się przyzwyczaić do tej oczekiwanej i upragnionej obecności oraz rzadkiej możliwości radowania się nią. Dodatkowo w tym roku nie zapomniała o mnie nawet w Dniu Matki. Wparowała z pięknym bukietem różyczek zaznaczając od progu, że „chrzestna to też matka”. Wzmiankowany ból rozstania splatał się dodatkowo z dozą zrozumiałego lęku o pomyślny lot, wszak jeszcze chyba większość z nas właśnie podróżowanie samolotem wciąż jest skora łączyć z obawami. Obawami o szczęśliwy jej powrót przecież do… domu! Jej domu, który od dawna jest tam, za oceanem.

Pożegnania. Nie da się ich uniknąć. Im starsi jesteśmy, tym rozstań tych więcej. Więcej, ale też jakby bardziej doniosłych, bardziej dotkliwych; także – tych ostatecznych… Są wszak nieodłącznym elementem życia. Nikomu nie są też obce towarzyszące im odczucia: żal, ból, niepokój, trudność ze znalezieniem sobie miejsca, nieokreślone rozedrganie i inne przykre symptomy. Czasem ulgę przynoszą łzy, czasem zajęcie się (bodaj na siłę) czymkolwiek, co odwróci uwagę. Niekiedy jednak niczym się w takich chwilach zająć nie potrafimy, bo nie udaje się podjąć żadnej aktywności. Wtedy ogromnie doskwiera wszechobecne odczucie pustki, której nie sposób czymkolwiek wypełnić.

Rozstania. Towarzyszą nam właściwie od wczesnego dzieciństwa. Małe dzieci reagują wielkimi emocjami nawet na krótkie pożegnania. Zwykle dotyczy to rozstań z rodzicami, nawet gdy rozłąka trwa całkiem niedługo. Bo wtedy mała chwila jawi się być całym wiekiem! Doskonale znam to z własnej praktyki pedagogicznej, obserwowałam bowiem przez trzydzieści pięć lat nie setki, a tysiące takich codziennych porannych rozstań w przedszkolnej szatni. O ile później zamieniają się w spokojną rutynę, o tyle na początku każdego roku szkolnego wszystkie „nowe” maluchy (a wraz z nimi – ich rodzice) przeżywają istne katusze! Wtedy prawie wszystkie płaczą i bardzo, bardzo cierpią. Bo co innego jak nie bezbrzeżny ból może zawierać w nieskończoność zadawane przez łzy pytanie: „kiedy mama przyjdzie?” Ta wielka trauma, jak sądzę, musi zostawiać po sobie jakieś znamię. Choć wraz z upływem czasu przestaje być problemem i nic nie zdaje się wskazywać na to, by kiedykolwiek miało miejsce. W okresie szkolnym pożegnania nie dotyczą już dzieci jakoś powszechnie. Choć te wrażliwsze mogą je przeżywać. Na pewno do takich można zaliczyć fakt zmiany miejsca zamieszkania i konieczność pożegnania rówieśników czy nauczycieli, ale przeprowadzki to w Polsce wciąż rzadkie zjawisko.

Dzieci jednak dorośleją i sytuacje związane z koniecznością pożegnań znów stają się częstsze. A ponieważ coraz bardziej intensywnie tworzą się w ich życiu relacje i związki – koleżeńskie, przyjacielskie, towarzyskie – rodzą się pierwsze uczucia, przeto w okresie młodzieńczym znów pożegnania i rozłąki bywają przeżywane wyjątkowo dotkliwie. A że uczucia bywają naówczas głębokie i intensywne (choć labilne, niestałe), to na ich tle może również dochodzić do dramatycznych rozstań.

Tak zwane życie dojrzałe to, na ogół, względna równowaga powitań: nawiązywania znajomości, wchodzenia w relacje, jak też kończenia ich, czyli naturalnego rozpadu tychże, co oznacza żegnanie pewnych osób w swoim życiu. Natomiast gdy zaczynamy się starzeć, częściej żegnamy niż witamy. To naturalna kolej rzeczy. Sama niespełna dekadę temu przeżywałam okres wielkich pożegnań. Po trzydziestu pięciu latach pracy w jednym miejscu przeszłam na emeryturę i przeniosłam się jednocześnie do innego miasta. Pozostawiając w poprzednim dosłownie wszystko, co stanowiło dotąd całą treść mojego życia. Trudno sobie wyobrazić zmiany bardziej radykalne. No i pożegnania! Jak nietrudno się domyśleć – łatwo nie było…

Ale życie płynie dalej i trudno nurzać się bez końca w tym, co minęło. Wiedząc jednocześnie, że gdy coś umiera, automatycznie niejako tworzy miejsce na nowe. Wszechświat nie znosi próżni. Musi się więc coś nowego narodzić. O ile każde powitanie już z góry wieszczy pożegnanie, o tyle i też pożegnanie zwiastuje kolejne powitanie. Witajmy je więc z nadzieją i optymizmem!

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok