Chleb

                           Pamięci babci Stefanii

W kardach wspomnień obrazy, niczym z iluzjonu
wyjęte, odsłaniają jej postać.
Zanim wschód różem rozpalił świerki w ogrodzie,
ona – błyskotliwa jak rosa na kwiatach – preludium dnia
otwierała pieczeniem chleba.

Widzę tamte bochny napęczniałe dosytem.
Kuchnia poci się od gorąca, w ,,kaflowym” milkną
języki bierwiona. Kosior ostrą szczęką zgarnia
zwęglone szkielety. Miotła – brzozowa diwa –
pryska ostrzegawczo mokrym warkoczem.
Alabastrowy pył, w rozżarzoną paszczę ciśnięty,
zapachem zbóż napełnia palenisko.
Zsuwają się z łopaty wyrośnięte smaki. Siedem –
tyle, ile dni w tygodniu. Ósmy dla przygodnych gości.
Na brzegu podpłomyki nabierają rumieńców złota.
Pamiętam jakie były pyszne, chrupiące.

Nie ma zapachu chleba i babci też nie ma.
Wschód zdziwionym okiem błądzi po ścianach.
W miejscu starego pieca żarzy się tęsknota.

Regina Świtoń