foto: Dariusz Marek Gierej

_

Opowieść o Franku – część szósta

Pamiętam, jak tato przywiózł Franka do nas. Był to wysoki starszy pan, bardzo schorowany, bardzo chudy, jego oczy były takie puste, jakby myślami błądził gdzieś daleko.

Tak z nami zamieszkał Franek, bo chociaż rodzina była bardzo duża, nikt go nie chciał do siebie przyjąć. A moi cudowni rodzice nie odmówili mu gościny na stałe.

W 1959 roku urodził się mój najmłodszy braciszek, Krzyś. Stał się on oczkiem w głowie Franka, który nosił go, coś mu tam nucił, coś mu tam opowiadał po swojemu. Utkwił mi w głowie taki obraz. Krzyś zachorował na tężyczkę, siniał, dusił się, a mama stała koło łóżeczka z bezradnie opuszczonymi ramionami. Myślała, że to koniec. Wtedy Franek podbiegł, wyjął chłopca z łóżeczka, odwrócił go główką w dół, aż dziecko odkaszlnęło i wrócił mu oddech. Po raz pierwszy widziałam płaczącego Franka, który ujął spracowaną rękę mojej mamy i ucałował ją. Powiedział:

– Maryś, nie bój się, będzie dobrze. Kristofek bydzie żył.

Wieczorem mama pytała taty:

– Skąd on to wie? Żeby nie on, to Krzyś by się udusił, już by go nie było.

– On był przecież sanitariuszem na froncie francuskim, to i ma doświadczenie, niejedno widział i ma przebłyski świadomości. Nie zawsze też był chory. To był kiedyś bardzo mądry człowiek. To był mój ulubiony wujek. A wiesz, jak on umiał ładnie opowiadać – mówił tato.

Moje oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. Nie mogło mi się w głowie pomieścić, że ten wujek kiedyś wyglądał inaczej. Zapamiętałam go jako spokojnego człowieka, który bardzo kochał dzieci. Ale czasami bywały takie dni, że Franek stawał się niespokojny, chciał gdzieś uciekać, bał się wszystkiego – radia, roweru, obcych ludzi.

Potem przeprowadziliśmy się na Śląsk. Tu Franek dokończył swego żywota. Zmarł 11 kwietnia 1973 roku w Starej Kuźni. Tu też jest jego mogiła z tablicą informującą, że był powstańcem.

Urodził się dla Polski, żył dla Polski, odszedł w milczeniu.

To wspomnienie to epitafium, bo uważam, że Franek jak nikt zasłużył sobie na nie. Był członkiem Związku Bojowników o Polskość i Demokrację. Jako powstaniec Śląski otrzymał odznakę powstańczą. Syn ziemi Śląskiej, który nie splamił honoru Polski i polskości, bo już jako młody chłopiec udowadniał wszystkim, że jest Polakiem.

Starajmy się przekazać młodemu pokoleniu przeżycia naszych dziadów, bo w ten sposób zaszczepimy w nich chociaż trochę patriotyzmu, który jest im potrzebny jak woda roślinom. Bez patriotyzmu człowiek będzie suchy jak nać kartoflana. Wspominajmy takich ludzi jak wybitny reżyser śląski Kazimierz Kutz. Znał on dobrze historię Śląska, nawet chciał nakręcić film o śląskich emigrantach, którzy musieli uciekać, bo groziły im represje. Jednak nie doszło do powstania tego filmu, a szkoda, bo byłby to niezły western, który opowiadałby, jak śląscy kowboje lali Prusaków, którzy zalewali Śląsk.

Byli i inni, choćby Wojciech Korfanty zwany trybunem ludu, apostoł wszystkich Ślązaków, któremu kłody pod nogi rzucano. Byli również doktor Mielęcki, Zofia Koniarkowa, pani Szymkowiakówna, Jadwiga Marek, Stanisław Ligoń, Józef Wieczorek. Był też Wincenty Wajda, sztygar z kopalni Katowice, w czasie okupacji ścięty wraz z Pawłem Chromikiem na katowickim rynku.

Trzeba też wspomnieć pisarkę Zofię Kossak-Szczucką Szatkowską, Gustawa Morcinka, Arkę Bożka… Kogo tam nie było… Powstańcy, harcerze, sportowcy, ludzie od pióra i łopaty, oni oddali to – co najcenniejsze – swoje życie, abyśmy żyli w pokoju. Na wspomnienie tych nazwisk obowiązkiem naszym jest zdjąć czapkę i nisko pochylić głowę, bo w ten sposób oddamy im cześć.

Nie zapominajmy o ostatniej wojnie, by ci, co jeszcze żyją, opowiedzieli o tych jakże krwawych czasach, gdzie nienawiść zderzała się z nienawiścią, gdzie życie zderzało się z życiem. Gdy świat oszalał. Sześć lat wojny, piekła, gdzie nie było miejsca na miłość i zgodę, gdy ludzkie siły skierowane były na wykonywanie urządzeń do mordowania i męczenia bliźnich, kiedy życie ludzkie nie było nic warte. Ludzi jak bydło dzielono na klasy i rasy. Za polskie słowo, za utrzymywanie, że się jest Polakiem, szło się do obozu, a stamtąd najczęściej „wychodziło się” kominem. Takie słowa jak wolność, prawda, sprawiedliwość czy też niepodległość zostały siłą, bronią bądź biciem usunięte z codziennego życia.

Gdyby to trwało dłużej, to Śląsk zostałby wynarodowiony, tak jak kiedyś połabscy Serbowie. Nikt nikomu w tych czasach nie ufał. Sąsiad donosił na sąsiada. Byli tacy, co się zapierali swojej narodowości, zmieniali nazwiska, sprzedawali się, aby tylko uratować życie. Inni pochowali się po kątach i czekali końca. Byli też tacy jak Franek, a było ich wielu, ci się buntowali i z bronią w ręku bili się o tą, „co jeszcze nie zginęła”. To były czasy, w których ludzie zapomnieli, że są ludźmi. Jedni bluźnili, a inni jeszcze się modlili i prosili Boga o pomoc. I dlatego nie wolno nam pod żadnym pozorem zapomnieć o tamtych czasach.

Często bywam na mogile Franka. Uważam, że swą obywatelska postawą zasłużył na to, co najlepsze, a przede wszystkim na pamięć.

Niosę ci, Franku, w setną rocznicę Niepodległości Polski, ten skromny upominek. Kocham Cię za patriotyzm i miłość do Ojczyzny. Ty jesteś moim niedościgłym wzorem.

Żyją jeszcze w Polsce tacy skromni Frankowie. Dziś są to ludzie schorowani, zapomniani, odsunięci na bok. No cóż, smutne są dzisiejsze czasy i puste. Naznaczone pracą od świtu do nocy, przeładowane natłokiem informacji. Na duchowe rzeczy nie ma już czasu. Wydaje mi się, że nadeszła odpowiednia pora na odsłonięcie często bardzo bolesnych ran z przeszłości. Przynajmniej pośmiertnie powinniśmy uznać zasługi ludzi z tamtych lat, przynajmniej pamiętać o nich.

_

Irena Piwowar „Orynka”
Podlaska Redakcja Seniora Bielsk Podlaski