Czy lubicie zaglądać do starych szuflad? Z dzieciństwa pamiętam, jak kusiło mnie przeglądanie zawartości różnych domowych skrytek i zakamarków w moim domu i u babci Olesi. Nie jestem dzieckiem, ale na starość też się podobno dziecinnieje. Zajrzałam niedawno do jednej ze swoich szuflad kuchennych, a ta do mnie… przemówiła! Ba, nawet uskarżała się, że o niej zapomniałam.

Pamiętam też, że zajęcie to uwielbiały dzieci mojego rodzeństwa. Kiedy zajmowały się przeglądaniem szuflad, nie trzeba było ich pilnować. Czynność ta pochłaniała milusińskich na długie godziny tak bardzo, że odnosiło się wrażenie, jakby ich w ogóle nie było.

stare sprzęty z kuchennej szuflady

A o czym opowiedziała moja szuflada? Oto przybory i proste urządzenia, spośród których większość służyła mi przed czterdziestoma laty. Sama się sobie dzisiaj dziwię, że naprawdę kiedyś z nich korzystałam. A i tak zawartość szuflady jest mocno przetrzebiona, bo podczas przeprowadzki do innego miasta, wyrzuciłam wszystko, co wydawało się zbędne. Wciąż jednak tkwi na swoim miejscu wiele kulinarnych „pomocników”, wprawiających mnie w zdumienie,  po co je kupowałam, skoro w zasadzie nie prowadziłam na co dzień kuchni dla siebie? Na co dzień stołowałam się w pracy, a jedynie w weekendy przyrządzałam małe co nieco, bo w dwudaniowe obiadki nawet w niedzielę nie chciało się bawić samotnej dziewczynie.

Wszystkie te trochę już dziś dziwaczne, archaiczne wręcz sprzęty, wymagały wtedy wielkiego zachodu, by je w ogóle zdobyć. Młodość mojego pokolenia upływała w okresie, gdy bardziej pełne były portfele niż sklepowe półki. Zdobycie towarów wymagało zabiegów, czasu, czasem sprytu, bądź znajomości i układów. Wtedy ekspedientki to dopiero były „panie”! To od ich dobrej woli zależało, czy zostanie się szczęśliwym nabywcą tego, co akurat „rzucili”. Prawie wszystkie przeglądane dziś przeze mnie przedmioty zostały nabyte w niezwyczajny sposób. Albo wystane w wielogodzinnych kolejkach, albo kupione przypadkiem, bo do mijanego akurat sklepu właśnie coś „rzucili”. Albo znów spod lady, bo szczęśliwym trafem sąsiadka koleżanki czy znajoma znajomej  tam pracowała. Takie to były czasy.

Najpierw maszynka do mielenia mięsa. Nie wiem, czy choć raz zagościło w jej wnętrzu jakieś mięso. Za to służyła do mielenia twarogu na sernik (kłania się dobrze znany z przepisów zwrot: ser przekręcić przez maszynkę trzy razy), sparzonego maku na makowiec, czy herbatników do innych wyrobów cukierniczych. No i do robienia „ciastek maszynkowych”. Miała do tego specjalną końcówkę i kilka wzorów wykrawacza. Trudno opisać, ile trudu wymagało uruchomienie tej maszynki w miejscu, które wówczas zajmowałam. Nawet nie było gdzie postawić stołu, więc przykręcałam ją do ławy w pokoju.

Do ciast miałam „rękę” i na imieniny potrafiłam zaserwować aż siedem rodzajów. Dlatego tak się cieszyłam, gdy kiedyś udało się kupić foremki do robienia rurek, a nieco później foremki do pieczenia babeczek. Moje rurki nadziewane kremem budyniowym były hitem niejednego przyjęcia organizowanego nie tylko w moim domu, ale też u znajomych, czy u rodziny i rodziców na rozmaite okoliczności: odpusty, święta, komunie, wesela, rocznice. Choć rurki smakowały wyśmienicie, to babeczki na kruchym cieście robiły furorę z innego powodu. Można było puścić wodze fantazji, by wypełniać je i ozdabiać na nieskończenie wiele sposobów: polewą czekoladową, marmoladkami, galaretką, kremem, drażami, orzeszkami, wiórkami, owocami i wszystkim, co tylko przyszło do głowy. Były bardzo dekoracyjne i umieszczało się je na górze klosza.
A ubijaczkę do piany pamiętacie? W tamtych czasach był to chyba przyrząd numer jeden, niezbędny do wyrobienia bodaj najprostszego biszkoptu. A ten był z kolei podstawą każdego tortu. Nie było więc kuchni bez trzepaczki. Oj, trzeba było się namęczyć, zanim się tę pianę na sztywno ubiło. Czasem była tak krnąbrna, że ani dodawanie szczypty soli, ani cukru nie pomagało i do ciasta wlewało się taką półpłynną, lekko spienioną ciecz.

Dużo później pojawiły się miksery. Mój kupiła mi znajoma z Oświęcimia, bo tam był tak zwany region śląski, górniczy, co oznaczało wówczas znacznie lepsze zaopatrzenie sklepów. Mam go  ponad trzydzieści lat, ale co to za sprzęt! W ciągu ostatnich trzech lat zepsuły mi się i kolejno poszły do śmietnika aż trzy nowe blendery, zaś ten poczciwy mikser marki Zelmer wciąż wzorowo spełnia swoją funkcję. Tylko wizualnie stracił trochę – zżółkła obudowa, miejscami już się nie daje odmyć, ma nawet małe pęknięcie i rysy, ale wszystkie końcówki sprawnie działają, a silnik bije na głowę te wszystkie obecne, które się spaliły po kilku użyciach. A trzepaczki przy mikserze nie tylko pianę na sztywno ubiją, ale każde ciasto, od naleśnikowego poczynając, na chlebowym kończąc. A skoro mowa o cieście naleśnikowym, to w mojej szufladzie są też mocno „zabytkowe” i toporne formy do robienia z niego pięknych róż karnawałowych. Przybory te kupiłam u objazdowego sprzedawcy na rynku, gdy działanie tego sprzętu prezentował na miejscu, gromadząc wokół siebie tłumek gapiów.

Młynek do kawy. Ta sama sprawa, co z mikserem. Obudowa pożółkła, sznur także, ale nie miałam serca wyrzucać sprawnego urządzenia. Stoi gdzieś na najwyższej półce, a ja wciąż obiecuję sobie, że wreszcie zmądrzeję i znów zacznę mielić kawę w domu. Bo dawno temu zachłysnęliśmy się możliwością zakupu kawy mielonej, potem przyszedł czas na kolejną nowinkę – kawę rozpuszczalną. Wygodnictwo i chęć bycia nowoczesnym sprawiły, że chwytaliśmy kolejne „wcielenia” poczciwej kawy, bez której większość z nas nie wyobraża sobie poranka. Kiedyś, z trudem zdobyta, była smakowana od święta oraz na przyjęciach. Wtedy to było całe wydarzenie, rytuał. Po niejednym spotkaniu rozmawiało się, jaka była kawa, jakiej marki, jaki miała smak, zapach… Zapach! Kiedy kręciło się ją w młynku, woń wprost przewiercała nozdrza, tak zniewalający był to zapach. Dzisiaj już żadna tak nie pachnie jak tamte kawy. Co do młynka, służył on też do mielenia cukru, gdy nie udało się kupić cukru pudru, a także do przemielenia cynamonu, goździków, wanilii, a nawet… pieprzu! Tylko potem trzeba go było dobrze wyczyścić.

Co ja mam tu jeszcze? Różne stareńkie sztućce duże i małe: łyżeczki i widelczyki do ciast. Były używane wiele lat temu, są zdekompletowane, mają trochę wymięte i przybrudzone pokrowce, ale wciąż nie umiem się ich pozbyć. Niektóre były upominkami z różnych okazji, więc przypominają dziś osoby, co je podarowały. Tyle w nich mojej historii!

Szczególnie wiele emocji wzbudza ten zdekompletowany zestaw sztućców z niebieskimi uchwytami z tworzywa sztucznego. To kiczowaty komplet kupiony w Moskwie.  Nie było co kupić, więc brało się, co popadnie. Po kilkakrotnym użyciu łamały się jak zapałki, więc zrezygnowałam z nich w kuchni, ale w szufladzie pozostały. I przypominają mi o tych nieszczęsnych rublach, które z duszą na ramieniu  przemycałam przez granicę.

Jest jeszcze i stary korkociąg. Wina nie pijam, bo nie mogę, więc w moim domu używano go sporadycznie. Uwielbiam jednak czerwone wytrawne, toteż korkociąg jednak był przydatny. Zwykle w kobiecym gronie zawsze miałyśmy z nim problem. Kiedy już każda chętna pokręciła, korek miast do góry, zwykle wędrował do dołu. Skubało się go potem jakimś szpikulcem, nożem, widelcem i wyjmowało po kawałku. Albo… wciskało do butelki. To było lepsze wyjście, bo w pierwszym wypadku wino było „okraszone” kawałeczkami korka, które trzeba było albo po odrobinie wyciągać z kieliszka, albo… wypluć.

Wśród tych rupieci są jeszcze inne drobiazgi, ale dam im spokój.
Wy też pewnie macie takie swoje zakamarki, szuflady, kufereczki, półki, pudełka, w których drzemią sentymentalne opowieści. Może ktoś zechce się podzielić swoimi? Ja – zapewniam – jeszcze przynajmniej o jednym zechcę napisać.

(foto: Jadwiga Zgliszewska)

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok