Każdego roku Wielkanoc jest inna. W tym będzie najdziwniejsza. Być może dlatego tak bardzo oddajemy się wspomnieniom wcześniejszych świąt. I dlatego wspominam szczególne święta – ostatnie święta z moją mamą. Wielkanoc 2012 roku przypadła na dni 8 i 9 kwietnia. Zawsze jeździłam na święta do matki, mieszkającej samotnie na wsi. Wszystko toczyło się swoim torem.

koszyczek ze święconką

Mam kilkoro rodzeństwa. Ci jednak, wraz z dorośleniem własnych dzieci, sami organizowali spotkania we własnych gronach. Mama i babcia, choć bardzo towarzyska i lubiąca ich wizyty, w ostatnich latach życia wolała, by te odbywały się raczej pojedynczo. Od jakiegoś czasu uwielbiała spokój, cichą modlitwę i… moje towarzystwo. Dlaczego akurat moje? To oczywiste, ponieważ ja też jestem samotna. Lubiłyśmy takie skromne i spokojne święta, tylko we dwie. Nie trzeba było się zbytnio wysilać, a świętem był już czas spędzony razem.

 

Tego roku przyjechałam wcześniej. Najpierw ze wzruszeniem powitałam rodzinne podwórko odmienione po zimie, pierwszą zieleń skąpej trawki oraz kilka skulonych od chłodu stokrotek, nad którymi czule się pochyliłam. Dom był przygotowany do świąt, prawie nic robić nie musiałam, bo mama wynajmowała kogoś wcześniej do tych prac. Od roku poruszała się jedynie na wózku. Poza rozmową, zajęłam się więc tylko dekorowaniem, upiększaniem i dosmaczaniem. Między innymi wykonałam oryginalną świąteczną ozdobę – wydmuszki oklejone skrawkami skorupek jaj w nieco odmiennej barwie. Te niezwykłe pisanki podziwiali wszyscy. Uczestniczyłam też w Triduum Paschalnym w kościele, dokąd podwoził mnie stryjek Zygmunt. Mama zostawała i modliła się w domu.

wiosenne stokrotki

W Wielką Sobotę zbudziła mnie wcześniej, abym szykowała święconkę. Na wieś ksiądz przyjeżdżał tylko jeden raz, na godzinę dziewiątą i wszyscy do tej pory musieli się wyrobić. Przygotowałam więc maleńki koszyczek, przystroiłam i zaniosłam do wiejskiej świetlicy, gdzie odbywało się co roku święcenie pokarmów. Podziwiałam inne święconki, ustawione na stole, dokoła dużego krzyża z kropidłem i wodą do poświęcenia. Potem wszyscy czerpali tę wodę do pojemniczków, aby poświęcić nią swój dom i obejście, zanim się zasiądzie do wielkanocnego śniadania. W tym czasie mocno udzielałam się na najbardziej popularnym wówczas portalu społecznościowym. To do tego celu sfotografowałam naszą święconkę, by ją wstawić w internecie wraz z życzeniami dla znajomych. Uzyskała potem mnóstwo komentarzy. Ktoś napisał, że czuje się wzruszony i wyróżniony, mogąc się wpisać pod moją prawdziwą święconką, a nie jakimś gotowym wielkanocnym obrazkiem. Dziś jest dla mnie bezcenną pamiątką. Bo czyż mogłam przypuszczać, że była to nasza ostatnia święconka.

 

Kacperek z babcią i jej pieskiem

Nie pamiętam, czy uczestniczyłam w rezurekcji, bo wtedy już raczej nie chciało mi się wyruszać tak rano do zimnej nieogrzanej świątyni. Pierwszy dzień Wielkanocy przebiegł w zupełnym spokoju. Zresztą na wsi do dziś ludzie starają się, by – zgodnie z dawnym zwyczajem – nie odwiedzać się w Wielką Niedzielę. Drugiego dnia, w Wielkanocny Poniedziałek, zapowiadało się, że wszystko przebiegnie tak jak zazwyczaj. Po obiedzie położyłyśmy się obie na mały odpoczynek, słuchając pieśni wielkanocnych na antenie Katolickiego Radia Podlasie. W pewnym momencie usłyszałyśmy wyraźnie, że na podwórko wtoczyło się powoli auto. Mama zawsze reagowała lękiem na niespodziewane wizyty. W jej mniemaniu przybyłych należy ugościć tak, by stół się uginał od potraw. Uspokajając ją wstałam, by otworzyć drzwi. Ukazała się w nich Dorotka, najstarsza ulubiona wnuczka mojej mamy, a moja siostrzenica, ze swoim naówczas sześcioletnim synkiem Kacperkiem. O, jakże szczęśliwa była babcia, widząc wnusię i prawnuka! Ale też zaraz zapytała o jej męża. Temu zaś, jak to w zakładach pracy ciągłej bywa, wypadła akurat w tym dniu zmiana. Nie zapomnę słów Doroty oznajmiającej, że przyrzekła sobie, iż kiedyś jeszcze musi odwiedzić babcię na wsi w Wielkanoc. Czy mogła coś przeczuwać?

Minęło kilka miłych godzin. Kacperek wybawił się z moją sunią Daisy, którą uwielbiał, a my wygadałyśmy się za wszystkie czasy. Tuż przed wieczorem nasi niespodziewani goście odjechali do Białegostoku, żegnając się z myślą, że to do następnego spotkania…

My też niebawem zakończyłyśmy dzień. Po świętach zwyczajowo brałam dzień urlopu, aby odjechać bez pośpiechu. Jeszcze ogarnięcie domu, pogawędki, pakowanie się… Wszystko, co zostało, musiałam dzielić po połowie. Mama nie pozwalała, bym po świętach musiała od razu robić zakupy. Ja nie odmawiałam, bo z rozkoszą jeszcze przez parę dni delektowałam się domowymi przysmakami.

Odwoził mnie brat. Kiedy ubierałam się do wyjścia, a on wynosił bagaże, wtedy rozpoczynał się matczyny płacz. Tak było zawsze. A gdy już samochód wyruszał w drogę, patrzyłam jak jej zalana łzami twarz przylega do okna. Ja zaś z całych sił zaciskałam powieki, aby tych łez nie okazać. Wtedy też pomyślałam, że oby jeszcze za rok…

Pomyliłam się. Zaledwie półtora miesiąca później, u progu kwitnącego lata, mama odeszła. Cicho, nie budząc się ze snu. Jej serce przestało dla nas bić. I już nie ma żadnych świąt z nią ani urlopów. Na wakacje jeździmy do pustego domu, który ożywiamy swoją tam obecnością. I wspominaniem jej. Bo to ona była duszą tego miejsca.

Zdjęcia: Jadwiga Zgliszewska i Dorota Wasiluk

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok