Podróż przez czas               

Za oknem przydymione mleko listopadowych mgieł. Gęste szare powietrze o wilgotnym zapachu butwienia z trudem przedziera się w ciężko dyszące płuca. Fala przypływu łez miesza się z mżawką, rozmazuje obraz idących jak w kondukcie przechodniów, skrytych za dachami parasolek. Jękliwe zawodzenie wiatru akompaniuje lamentowi duszy kobiety na finiszu pielgrzymki przez życie. Razem z wiatrem przelatują wspomnienia.

Oto mała złotowłosa dziewczynka, zagubiona na zgiełkliwej od świerszczy łące, zadziera głowę spoza wyższych od niej źdźbeł traw i niebieskimi jak chabry oczami pełnymi zachwytu i podziwu spogląda na drżące serduszka Matki Boskiej łez, kłosy tymotki, srebrzysty rajgras, różnokolorowe główki polnych kwiatów rysujące się na świetlistej kopule błękitu. Przebłysk narodzin zdumiewającej świadomości swojej różnicy od świata – Ja i Świat. Maleńkie Ja mieszczące w sobie, w swojej percepcji ogrom Kosmosu. Od tego momentu z rozmysłem będzie kontemplować każdą chwilę życia, każdy obiekt i każde zjawisko stworzonego istnienia.

Oto śnieżna noc zimowa rozświetlona cekinami gwiazd i nikłym blaskiem lamp w oknach wiejskich chat. Powietrze ostre jak brzytwa orzeźwia i lekko przenika do płuc, smakuje i pachnie świeżym ogórkiem. Wokół kojąca cisza, w oddali słychać tylko szczekanie psów, dzwoneczki sań i melodię kolęd. W przytulnym mieszkaniu pachnie piernikami, choinką wystrojoną w złote anielskie włosy, kolorowe lampki, bombki i łańcuchy; wesoło trzaskają iskry w płonącym kominku, na ścianach tańczą cienie. Beztroskie dzieciństwo pachnie i smakuje Bożym Narodzeniem.

Wicher czasu zmiótł młodość i dojrzałość w niepamięć. Zbyt zajęty, pracowity okres, pełen trosk i obowiązków, kłopotów i spraw do załatwienia – dzieci, praca, wnuki, odchodzący w zaświaty rodzice – żeby choć na chwilę zatrzymać się nad żółtym kaczeńcem, siedmiobarwną tęczą, świergotem ptaków, upajającym zapachem siana, tęsknym klangorem żurawi. Pół wieku przeleciało jak błysk spadającej gwiazdy, umarł ostatni złoty liść jesieni – i oto patrzysz w okno, za którym szary, mglisty i dżdżysty listopadowy dzień. 

Regina Kantarska-Koper