Pożegnania… rozstania…

Pożegnania są okrutne…
Więc dlatego ich nie lubię.
Nie dość, że są bardzo smutne…
To w dodatku jeszcze trudne.

Wciąż nie mieści mi się w głowie…
I nie myślę o tym wcale…
Że się kiedyś rozstaniemy…
Z tymi, których tak kochamy…

Nie pomoże płacz i szloch…
Nie pomogą łzy błagania…
A nadejdzie kiedyś czas…
Czas okrutny… pożegnania!

Ale takie jest już życie…
Każdą radość… zżera smutek!
Więc odwrotność powitania…
Taki nam przynosi skutek!

Twarz Mamy

Często gdy powieki zamknę…
I próbuję jakoś zasnąć…
Jawi się przede mną twarz…
W której oczy dawno zgasły.

Teraz z błyskiem jak przed laty,
Patrzą na mnie swym błękitem…
Czujne, szczere, opiekuńcze…
Lecz z wyraźnym w nich zachwytem.

Jakby chciały o coś pytać…
Ale o coś wesołego…
Bo jej usta uśmiechnięte…
Nie wskazują na nic złego.

Trudny jest to dla mnie moment…
Bo tę twarz… tak dobrze znam…
Patrzę na nią… jak zaklęty…
Choć zamknięte oczy mam.

Twarz… po pewnym czasie znika…
Jak gdzieś w chmurach… lub we mgle…
Tak, to była twarz mej mamy…
Przyszła sprawdzić… czy już śpię!

Dzień majsterski

Zmianę czułem już wieczorem…
Coś musiało więc się stać…
Bo choć jestem chłopem zdrowym…
Dziś nie chciało mi się wstać…

Spało mi się też nie bardzo…
Dziwne… sny, pociłem się…
By po chwili… zasnąć twardo…
I jak zając… budzić się…

A przeczucie nie zawiodło…
Niebo jak niemowlę płacze…
Więc dziś robię dzień majsterski.
Dzisiaj gniewam się na pracę!

Ale jutro moi drodzy…
Popracuję, jak za dwóch…
Ale… wtedy oczywiście…
Gdy jak ryba będę zdrów!

Lecz się na to… nie zanosi…
Bo koledzy już dzwonili…
Zaraz parę piw przyniosą…
I będziemy… z deszczu drwili!

A robota, nie ucieknie…
Więc się o nią dziś nie martwmy…
Jutro to już co innego…
Praca przecież… to nie żarty!

Ziemio Połczyńska…

Wspaniała Ziemio Połczyńska…
Słynąca z borowin i wody…
Tyś jest lekarstwem na zdrowie…
I… eliksirem urody…

A uzdrowiska zdrojowe,
Które dzierżysz w swym sercu…
Są… balsamem na wszystko…
Co nas nurtuje i męczy!

Chcę podziękować Ci za to…
Że zaprosiłaś mnie tu…
Do sanatorium ,,PODHALE”…
Z którego wyjeżdżam już zdrów.

Ty jesteś jak antidotum…
Na całe zło i chorobę…
Na dowód wielkiej wdzięczności…
Przed tobą… chylę dziś głowę!

Do sąsiada… satyra

Nie ma to jak w swoim domu…
Możesz robić to… co chcesz.
Nie przeszkadzasz więc nikomu…
Chyba, że… dokuczyć chcesz!

Ale swoim nie wypada…
Ma się przecież dość kultury…
Co innego dla sąsiada…
A szczególnie temu z góry!

Jemu nawet czasem trzeba…
By uważał… by nie stukał…
Bo ty możesz się zagniewać…
I go ostro… słowem zbrukać.

W twoim domu czasem może…
Oczywiście coś się stać.
Lecz u niego… nie daj Boże…
Bo wiadomo… ,,kurza twarz”!

I tak dalej i tak dalej…
Tu przykłady można mnożyć.
Wszyscy wkoło… muszą wiedzieć…
Z tobą lepiej się nie… drożyć…

Może trochę przesadziłem,
Lecz zrobiłem to świadomie.
Z sąsiadami w zgodzie żyję…
A co oni mówią o mnie…?

O mnie… mogą mówić różnie.
To mnie wcale nie obchodzi!
Lecz nie jestem z Fredry… Pawłem…
I nie będę… w wodzie brodził.

Ogórek

Pan ogórek!…kto to taki?
Może ktoś zapytać z tłumu…
Odpowiadam więc rzeczowo…
By im doszło do rozumu…

Jest warzywem sezonowym…
Chociaż dziś z tym… różnie bywa.
Lecz oświadczam …wszem i wobec,
Latem są na niego żniwa…

Kształt i kolor tu pomijam…
Bo go wszyscy dobrze znamy.
Lecz nieśmiało przypominam…
Że… najlepszy jest kiszony!

Przepis prosty i dostępny…
Jest też jego wiele wersji…
Jak go kisić?…Nic trudnego…
Tu wystarczą… tylko chęci!

Woda, czosnek, sól i koper…
To podstawa… tej czynności.
A gdy dodasz… chrzan z gorczycą…
Nie odpędzisz się od gości…

By Was długo nie zanudzać…
Powiem Wam… Kochani tak!
Kto ogórków… nie ma w diecie…
Temu wciąż… rozumu brak!

Wiesław Lickiewicz