Pierwsze dni listopada to czas zwyczajowo poświęcony zmarłym. Odwiedzamy cmentarze, porządkujemy i przystrajamy groby, zapalamy znicze, modlimy się. I wspominamy swoich najbliższych. Sprawy ostateczne – śmiertelna choroba, zgon, obrzędy pogrzebowe na wsi z połowy XX wieku – były czymś ważnym, podniosłym i jak najbardziej… społecznym! Towarzyszył im specjalny utrwalony tradycją ceremoniał, który urzeczywistniał się na oczach sąsiadów, obowiązkowo z ich udziałem i trochę pod presją opinii tychże. A jak to przebiegało? 

Dzisiaj czyjaś nieuleczalna choroba oraz powolne odchodzenie jest sprawą bardzo intymną, wyjątkowo osobistą i znaną zazwyczaj tylko bliskiej rodzinie. Dlaczego tak się dzieje?
Obecnie ludzi w stanie terminalnym najczęściej izoluje się od otoczenia, umieszczając w szpitalach i hospicjach. Jedną z przyczyn jest pośpiech i praca zawodowa członków rodziny ciężko chorego, którzy nie mogą się nim w tych ostatnich dniach przed śmiercią zajmować. Ważnym powodem jest też to, że ośrodki specjalistyczne posiadają możliwość zapewnienia profesjonalnej opieki paliatywnej. Czasem są to silne środki uśmierzające ból i pomoc psychologiczna. Nierzadko wynika to również i z lęku przed chorobą czy śmiercią, ponieważ większość z nas nie wie, jak się w takiej sytuacji zachować. Lęk jest więc najczęściej powodem, że w XXI wieku pragniemy o śmierci, która jest obok, nie wiedzieć, nie słyszeć, nie pamiętać, odsuwać ją od siebie jak najdalej. Stąd odchodzenie człowieka w stanie terminalnym jest dziś zjawiskiem wstydliwie przemilczanym. Tymczasem śmierć jest czymś naturalnym mimo wszystko. Kto się urodził – musi i umrzeć i od tej reguły nie ma wyjątków.

 Inaczej było kiedyś na wsi. Kiedy tylko zaczynałam cokolwiek rozumieć, często słyszałam rozmowy dorosłych dotyczące chorujących sąsiadów czy znajomych. W tym również chorych śmiertelnie. Mówiło się prostymi słowami, że ktoś „tylko godziny czeka” lub jest „na wykończeniu”, czy „stoi nad grobem”. Nikt nie ukrywał takich spraw przed dziećmi. Ludzie chorowali wtedy w domach, czasem miesiącami nie wychodząc z łóżka. Siłą rzeczy widywałam takie sytuacje. Szpital był uznawany wręcz za „dopust boży”, lękano się go jak ognia. Mało kto decydował się poddać hospitalizacji. Chory błagał rodzinę, by go tam nie oddawano. Przyjazd karetki pogotowia do wsi był dla nas, dzieci, niczym… lądowanie UFO! Wszyscy biegli do płotu, aby zobaczyć, koło kogo się zatrzyma. Co ciekawsi podążali za karetką, aby znaleźć się tam, gdzie stanęła. Budziło to ciekawość, ale przemieszaną z lękiem i grozą. Zwykle po długotrwałej chorobie chory umierał. Od rana wieść niosła się wśród mieszkańców, okraszana detalami dotyczącymi samej śmierci i zachowania rodziny. Zwykle pytano, czy umierał przytomnie, czy coś przed śmiercią powiedział, co przekazał umierając, czy przyjął ostatnie sakramenty. 

Śmierć w życiu ludzkim to moment owiany największą tajemnicą. Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z nią, nie rozumiałam zbyt wiele. Byłam dzieckiem, towarzyszyły mi więc niewyobrażalne emocje. Chociaż dziecko na wsi w tamtym czasie ze śmiercią miało kontakt częsty i naturalny, widując ją u zwierząt. Jedne padały z choroby, inne z racji wieku, na przykład psy, koty, kury, czasem świnie, a nawet krowa czy koń. W pewnym momencie martwa zwierzyna znikała z oczu, bo zadbali o to dorośli. A my zapominaliśmy szybko o sprawie. Tylko z naszą łaciatą krową, od której mleko piło się odkąd sięga pamięć, jakoś trudno było się rozstać. Chodziłam na gumno, by przytulić się do jej martwego ciała. Głaskałam mocno zakręcone rogi i zalewałam się łzami. Takich i podobnych pożegnań było niemało, zanim przyszło się mi zmierzyć się z odejściem pierwszej bliskiej osoby – dziadka Józefa.

Czymś zupełnie innym niż padnięcie zwierzęcia była śmierć znajomego człowieka. A w wiosce każdy był znajomym. Choć miejscowość była mała, tu przecież również umierali ludzie. Z pozycji dziecka wydawało się, że śmierć dotyka jedynie starych. A „starzy” oznaczało wszystkich starszych od rodziców. Takie było wtedy pojmowanie świata i spraw ostatecznych. 

Najczęściej czyjś zgon był poprzedzony krótszą lub nieco dłuższą chorobą. Ludzie udawali się wprawdzie do doktorów, a do chorych obłożnie czasem nawet lekarzy dowożono, ale leczenie nie trwało zbyt długo. Dzisiaj myślę, że powodem było najpewniej późne rozpoznanie, spowodowane odwlekaniem pierwszej wizyty. Chłopi bali się lekarzy jak ognia! Wyobrażano sobie, że to wieszczy wyrok śmierci. A kiedy postawiona została diagnoza, często było za późno na leczenie. Gdy babcia kuzynów miała pójść na operację, wieść tę przekazywano sobie niemal konspiracyjnie, niczym złowrogą przepowiednię. Sama myśl o operacji przyprawiała o dreszcze. Zwłaszcza strach przed tym, że się po zabiegu nie wybudzi z narkozy. 

Jak już wspomniałam, podobną grozę powodował wtedy na wsi widok wyłaniającej się z opłotków karetki pogotowia. Dzieci biegły za nią z krzykiem. Wnet pojawiały się gromadki gapiów głośno rozprawiające o wydarzeniu. Zaraz też pojawiały się domysły, po co i do kogo. Czasem przypuszczenia się sprawdzały, bo wiedziano, kto choruje. Wszyscy spoglądali w kierunku  sanitarki, czy zabierze chorego. A jeśli już tak się stało, to debatowano, czy wyszedł o własnych siłach, czy go wyniesiono. Transport na noszach powodował trwogę. Wydaje się, że w ten sposób radzono sobie z wielkim lękiem wynikającym z niewiedzy.

(zdjęcia: pixabay)

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok