Blog Post

SREBRO NIE ZŁOTO – prezentacja utworów laureatów VII edycji
okładka tomiku 1 strona
SREBRO NIE ZŁOTO

SREBRO NIE ZŁOTO – prezentacja utworów laureatów VII edycji 

Prezentacja utworów laureatów VII edycji konkursu literackiego SREBRO NIE ZŁOTO.

 

Kategoria wiersz

 

Miejsce I

 

 

 

Elżbieta Kasperek z Białegostoku za wiersz „Las”

 

 

Las

patrzy na nas
z góry
Nie ocenia, nie szydzi,
nie straszy; otula.
Las milczy,
otwiera zielone oczy
i widzi mrówkę, co przeszła
na drugą stronę ścieżki.
I widzi, że właśnie w nocy
rozkwitła poziomka.
Kora drzew popękana
koi ból.
Igliwie pachnie słońcem,
splątane ścieżki giną
w zieleni,
malachit mchów
okrywa zwiędłe liście.
Nie da się opisać lasu,
co w mroku
snuje jak pająk
zawiłe wątki snów.
A my co mamy robić innego
niż stanąć i patrzyć
i milczeć i słuchać,
bo on przed nami,
za nami,
a teraz także
w nas.

 

Uzasadnienie:

  – Nagroda za liryczną wypowiedź na tematy pozornie sprzeczne przybliżane w kolejnych, poetyckich sekwencjach. Za przekonujący obraz natury i człowieka w nią wkomponowanego – ludzką mrówkę – drobinę oraz dojście do uniwersalnych, jednoczących wniosków.

 

Miejsce II

 

Marek Górynowicz z Kleosina za wiersz „W ciszy wspomnień”

w ciszy wspomnień

w albumie o Podlasiu
jest kilka malowanych cerkwi
synagoga w Tykocinie
stary kościółek nad Narwią
i spóźniony pociąg do Czeremchy

obudziliśmy się na kolejnej stronie
wtuleni jeszcze w koci sen
mruczymy do siebie
nocą poczęte wiersze
zawijam w pieluchy

na skraju łóżka

kolejny akapit

i kartki czasem podzielone
teraz rozwieszasz akwarele

pędzle odjadą ostatnią furmanką

na fotografii w kolorze sepii
radosna wieś tykający  zegar
wspomnienia w starych łachmanach
pukają do drzwi

 

Uzasadnienie:

  – Nagroda za poruszające, współczesne, poetyckie kreślenie krajobrazów pamięci zamieszczanych w rodzimych, tutejszych albumach oraz zręczne i subtelne używanie wyszukanych metafor i żonglowanie przenośnią.

 

Miejsce III

Jolanta Maria Dzienis z Białegostoku za wiersz „Znaczenie słów”

 

znaczenie słów

moje wiersze zaczarowała cisza
przycupnęły w rabatowej zieleni
nieme motyle w hałasie kwietnych barw

wczoraj przedrzeźniały chichoczące echo
słowa pieśni wiatrowi podrzucały
dziś od nowa uczą się znaczenia słów

Uzasadnienie:

 – Nagroda za nieprzeciętne zdolności i umiejętności „czarowania w ogrodzie”, posługiwania się poetyckim słowem i obrazem, ekwilibrystykę metaforą, subtelność, wdzięk i niespodziankę dla czytelników …

 

Trzy równorzędne wyróżnienia:

 

Tadeusz Charmuszko z Suwałk za wiersz „Ślady”

 

Ślady

Droga ze zmienną kolekcją głęboko rytych

kolein, które pojawiały się po byle deszczu,

przebycie jej wiosną albo jesienią stanowiło

nie lada wyzwanie, w rozmiękłej, lepiącej się

glinie można było bezpowrotnie stracić buty.

 

Wiejska droga początkowo zyskała żużlową

nawierzchnię, chętnie pyliła rakotwórczymi

związkami, wreszcie doczekała, skromnego

wprawdzie, asfaltowego dywanika, atrakcje

doznawane wcześniej poszły w zapomnienie.

 

Poziom wód gruntowych się obniżył, zanikły

stawy i bagna, drewniany dom kryty słomą,

zniknął z powierzchni ziemi, wspomnienia

tułają się po ścieżkach wydeptanych we mnie,

perz z babką zwyczajną nie mogą ich zarosnąć.

 

Jeszcze szorstkość trawy łaskocze wyobraźni

łydki, napotkany motyl ożywia chwile, kiedy

zapamiętale goniłem od rana po pełnej jaskrów

łące z sitem do przesiewania zboża za licznymi

bielinkami, cytrynkami, rusałkami, modraszkami.

 

Świat wydawał się bajecznie kolorowy, pełen

skowronków, wróbli, kwiatów, motyli i niczego

więcej, przeniosłem się do innego świata, gdzie

trawę jak czuprynę strzygą, tutaj nitki babiego

lata przyniosły mi pajęczynę siwych włosów.

 

Tutaj pszczoły nie oblegają rojem kwitnących lip,

nie budzi z rana pianie koguta, by zachwycać się

naturą, czasem ptaszek zaśpiewa, na balkon motyl

lub trzmiel zawita, jakby sprawdzali, co porabiam

w mieście, w betonowym pudle robi się weselej.

Uzasadnienie:

 – Dzięki poetyckiej przenośni, wyobraźni podmiot liryczny / zręczny „Pasikonik” podróżuje traktami, drogą na już mityczną, rajską i coraz piękniejszą łąkę dzieciństwa. Ocalałe, hołubione w pamięci autora wspomnienia przybierają wielce kształtny językowo obraz.

 

Regina Świtoń z Knyszyna za wiersz „Babcia Stefania”

 

Babcia Stefania

Woń mięty przypomina mi kuchnię babciną.

Pachniała ziołami.

Zebrane z bożej apteki pól, miedz, przydroży,

pod okapem w pęczki powiązane,

syciły stary dom aromatem zdrowia.

Wciąż widzę pełne dobroci błękitne spojrzenie,

włosy płowe, upięte jedwabną chustą.

Tamte lata, w sonacie chwil szczęśliwych,

smakuję jak jej pączki na parze,

racuchy i rumiane chrusty.

Wprowadziła mnie do zielonej świątyni,

nauczyła słuchać bezsłownej modlitwy borów.

Pamiętam radość z pierwszej bursztynowej kurki,

wysmukłego koźlarza, króla borowika.

Freski słońca – drogowskazy przecedzone przez drzewa –

znaczyły powroty.

Wstęgą królewskiego niegdyś gościńca,

z koszami leśnych zdobyczy,

wracałyśmy do naszego ustronia, w eskorcie wieczoru.

Wspomnienia – krajobrazy dzieciństwa –

pięknieją niczym psalmy zachodu na ołtarzach ciszy.

Przemijamy po to, aby trwać wiecznie.

Pamięć epitafium nam wypisze.

 

Uzasadnienie:

Poetka wielce udanie, wzruszająco kreśli następne rysy, odsłony „Babci Stefanii”, dobrego ducha czuwającego nad wnuczką, opoki na której naukach, wzorach, radach nadal można się oprzeć i ufać. Wywołana szczęśliwa, dobra pamięć utrwala się , niesie po „Wrzosowej Dolinie”, stanowi stały, wdzięczny zaczyn dla twórczości autorki.

 

Kamil Dąbrowski z Białegostoku za wiersz „ Myszy”

 

Myszy

Myszy są tutaj pobożniejsze

codziennie o poranku

klękają przed tabernakulum.

W adwent skubią wieniec

aby nie kłuł Dzieciątka

na dzień narodzin.

W Popielec są szare jak popiół

więc nie widać, że weszły w pokutę

ich lewa łapka, nie wie, co czyni prawa.

W Wielkanoc żegnają się z kościołem

by udać się na pola.

One dokładnie wiedzą, co to znaczy:

ora et labora.

Regularnie przychodzą na majowe

skubną co nieco i znowu do pracy,

bo zima wbrew pozorom niedaleko.

Na Boże Ciało nie budują ołtarzy

ale dziękują Bogu przy każdym

za chleb powszedni, co spada ze stołu.

Październik to różaniec

koraliki, które pospadały z nieba

aby odszukać pogubionych.

Wiadomo lepiej być w kościele

niż marznąć na dworze.

Mysz wie, że Matka zawsze doda otuchy

nawet jak zrobili cię na szaro.

„To wszystko widziałem w Majewie

małym jak myszka

ale tutaj bardziej widać Największego.”

 

Uzasadnienie:

– nagradzamy za wyjątkowo trafne uosobienie: w kontekście szalonego pędu życia, jakiemu poddaje się człowiek, tylko one doceniają sens życia.
Wiernie trwają przy Najważniejszym, szukają spokoju i ciszy świata w kościele, dostrzegają to, co najprostsze i najważniejsze. Ale umieją to umiejętnie zbalansować z realnym, wypełnionym pracą życiem.
Ta figura stylistyczna pozwoliła nie tylko autorowi zadać ważne pytania: czy nie zapominamy, że człowiek składa się nie tylko z ciała, także z ducha. 

 

Kategoria proza

 

Miejsce I

Krzysztof Broda z Białegostoku za prozę „Mówcie do mnie Mamo”

Mówcie do mnie Mamo

*

 Staruszka o włosach białych jak mleko siedzi przy kuchennym stole. Od czasu do czasu przygląda się swoim spracowanym dłoniom, wychudłym palcom pokrytym pomiętą skórą. Złota obrączka i skromny pierścionek z niebieskim oczkiem dziwnie nie pasują do tego obrazu. Na dłoniach zapisane jest całe jej życie, życie matki dziesięciorga dzieci. Dłonie te mogłyby opowiedzieć niejedno… Dziś lekko zgarbiona postać wygląda, jakby dźwigała ciężar minionych lat. Na jej pięknej, dziś pokrytej pajęczyną zmarszczek twarzy nagle pojawił się lekki uśmiech, a oczy rozbłysły czarem wspomnień, które tak często są z nią.

*

Mamy propozycję zorganizowania pierwszego w mieście Rodzinnego Domu Dziecka – rzekł podniecony jej mąż, gdy niespodziewanie wcześniej wrócił z pracy. – Dostaniemy wielkie służbowe mieszkanie w bloku na nowym osiedlu – dorzucił przejęty. – Co ty na to?- spytał, choć miała wrażenie, że już podjął decyzję. –Dostaniemy transport, pieniądze na meble i wyposażenie, ale wszystko musimy sami zdobyć i zorganizować!

Ale jak to? Co ze mną, moją pracą w szkole? Co z naszymi dziewczynkami?- spytała cichym głosem, w którym dało się wyczuć napływające do oczu łzy. 

Przytulił ją mocno do siebie, poczuł, jak jej ciało drży.

Nie martw się, damy radę. Dziewczynki pójdą do dobrych szkół, a i start będą miały tam lepszy. Jednak co miasto, to nie wieś. Ja dostanę pracę w placówce opiekuńczo – wychowawczej. 

Czuł, jak po każdym jego zdaniu żona powoli się uspokaja.

Ty będziesz na etacie kierowniczki Domu, zatrudnimy jeszcze kogoś jako pomoc do dzieci – dodał pewny, że już ją przekonał.

Skąd weźmiemy dzieci? I co na to nasze dziewczynki?- spytała niepewnie.

-Wszystko załatwione, zgadzają się. Możemy zaczynać już w te wakacje. Najpierw urządzimy mieszkanie, a później pojawią się dzieci – zakończył tajemniczo. 

Gdyby wtedy wiedziała, ile problemów i trudności przyjdzie jej przez te wszystkie lata pokonać, jak wiele będzie musiała z siebie dać, ile poświęcić, z ilu marzeń i ambicji zrezygnować, to chyba powiedziałaby: nie! Dziś po latach patrzy na to zupełnie inaczej.

*

Pierwszy Wigilijny Wieczór. Długi stół przykryty białym jak śnieg obrusem. W powstałej z połączenia dwóch pokoi jadalni zasiadła cała rodzina: rodzice, dwie własne córki i siedmioro dzieci w różnym wieku z różnych placówek wychowawczych. Najmłodsze – 2,5 roku, najstarsze 13 lat. Wszyscy odświętnie ubrani. Muzyka kolęd polskich otula pokój radosnym, podniosłym nastrojem. Świąteczny klimat udziela się wszystkim. Najmłodsi zerkają łakomie w stronę wielkiej choinki, pod którą piętrzą się podarunki. Starsi czekają na pierwsze potrawy, których zapachy wypełniają cały dom i nieznośnie drażnią swoją apetyczną wonią. 

Kochani, to nasze pierwsze wspólne święta. Życzę Wam i sobie, byśmy wszyscy czuli w naszym domu miłość, radość i ciepło. By każdy z nas znalazł tu swoje miejsce. By nie było między nami kłótni i sporów – zaczął życzenia „ojciec”, wyraźnie wzruszony sytuacją. – No i żebyście byli szczęśliwi, zdrowi i dobrze się uczyli – skończył, łamiąc trzymany w dłoni opłatek.

Teraz wstała Ona i drżącym głosem powiedziała:

 – Dołączam się do życzeń, i chcę wam coś ważnego powiedzieć. Od dziś mówcie do nas- Mamo i Tato!

Po czym usiadła ciężko na krześle, jakby przytłoczona słowami, które wypowiedziała. Zapanowała cisza. Z kilku oczu popłynęły łzy szczęścia…. 

*

Zerknęła na budzik – 5.25. Jeszcze pięć minutek pod cieplutką kołdrą, ale żeby tylko nie zaspać! Pora wstawać. Szybka toaleta, narzucony szlafrok i do kuchni. 5.40, – wstawiona woda na herbatę. Teraz szybciutko ubieranie się i biegiem do pobliskiego sklepu po dziesięć litrów mleka i świeżutkie pieczywo. Dzieci przecież tak lubią pachnące bułeczki. Dzisiaj już nikogo w sklepie nie dziwi te kupowane co rano 4 chleby i 20 bułeczek, choć ciągle pamięta te usłyszane w sklepie mięsnym nienawistne słowa, rzucone przez kogoś stojącego w kolejce: „Narobiła dzieci i teraz ma kartek pod dostatkiem, a dla nas nawet mortadeli braknie!

Teraz biegiem do domu. O 6.15 budzenie. Nie jest to łatwe zadanie, gdy się ma cztery pokoje „wypełnione dziećmi”. Jedni chowają się pod kołdry, inni udają ból brzucha, czy ucha, starsi twierdzą, że dziś lekcje odwołane, bo pani od polskiego jest na wycieczce, itd., itd. Wszystko najczęściej kończy donośny głos męża: „Pobudkaaaa!”. Dziewczynki wstają szybciej. Każda chce pierwsza zdobyć łazienkę dla siebie. Na szczęście są dwie. Przed drzwiami obu wieczne kłótnie i spory. W tym czasie trwa gorączkowe szykowanie śniadania. To niełatwe – 13 talerzyków (przed każdym leży zawinięta kanapka na drugie śniadanie), kubki, dzbanki mleka i herbaty. Najtrudniejsze są wyjątkowe poranki, gdy dzieci na śniadanie zamawiają naleśniki. Wieczorne smażenie i poranne odgrzanie 30 placków na 7.00 to prawdziwy rekord świata! O 7.15 wszyscy zaczynają się spieszyć, śniadanie jest połykane w pośpiechu. Tylko najmłodszych trzeba karmić, ale do przedszkola można zaprowadzać je do godziny 9.00, jest więc jeszcze czas. Szybkie buziaki w drzwiach i rzucone „Powodzenia!”, wędrówka z maluchami do przedszkola i można brać się za codzienne prace domowe. Sprzątanie, pranie, zakupy i gotowanie obiadu w wielkich jak kotły garnkach. Czas płynie strasznie szybko…

*

-Trzeba załatwić kartki na buty, bo dzieci w zimie będą chodzić w trampkach!- zaczęła wieczorną rozmowę, gdy w domu zapanowała względna cisza. – Z kurtek też chłopcy wyrośli!- dorzuciła. 

Zobaczymy, co się da zrobić – powiedział mąż z troską. – Ale wiesz, lodówka nawaliła, a Marek chyba dziś będzie spał na podłodze, bo jego łóżko się rozleciało – zażartował. – Jakoś sobie poradzimy, nie martw się. Acha, załatwiam w różnych zakładach pracy dla wszystkich książeczki mieszkaniowe, , żeby każdy z nich miał swój własny kąt, jak dorośnie.

– Super!- krzyknęła, rzucając mu się na szyję.

*

26 maja. Wyjątkowy dzień każdego roku. Od rana życzenia, drobne prezenty i wzruszenia. Dom pachnie kwiatami. Są jak zwykle wszyscy – dzieci i wnuki. Małe „słodkie” przyjęcie i mnóstwo wspomnień, opowieści, żartów. Mama posadzona na „tronie” (to telewizyjny fotel taty) i tradycyjne, odśpiewane przez wszystkich „Nie ma jak u mamy…”. Przejmująca i mądra piosenka, która zawsze wyciska z oczu łzy…

*

– Uchwałą Rady Państwa z dnia 22 czerwca 1988 roku odznaczona została Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski – usłyszała. Czuje się sparaliżowana, słysząc swoje nazwisko. 

Pełne wzruszenia słowa córki: – Mamciu, to o Tobie, idź, proszę!- przywracają jej świadomość.

*

Siedzi zamyślona, wsparta o parapet okna. Patrzy w jesienny krajobraz miasta. Znów powraca czterdzieści pięć lat wspomnień… Twarze dzieci (dziś już dorosłych), wizyty w szpitalu (szczególnie Marek był zawsze chorowity), problemy z wagarami Jaśka, wywiadówki w szkołach i kłopoty z nauką Marysi, rozwalone na wycieczce kolano Zosi, matura i egzaminy na studia, śluby Zosi i Krysi, narodziny wnuka Karolka, pogrzeb męża… Obrazy z przeszłości przesuwają się, jak w kalejdoskopie. Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia… I ta powracająca myśl: „Minęło tyle lat, przeszło tyle spraw, pokonałam tyle problemów, doznałam tylu zmartwień i radości, a wszystko jakby trwało tylko pięć minut…”

Uzasadnienie:

 – za przejmujące wspomnienie życia wypełnionego misją dzielenia miłości. Jesteśmy na ziemi tylko przez chwilę i  największym sensem tego istnienia jest umiejętność mądrego kochania. Bohaterka opowiadania wraz z najbliższymi stworzyła Rodzinny Dom Dziecka, a autor z wielką wrażliwością i delikatnością ją opisuje. Wyczuwa się w tym tekście osobiste emocje, ale i przesłanie, że miłość najpiękniej się mnoży, kiedy się ją dzieli. I głęboką wdzięczność!

 

Miejsce II

Jolanta Maria Dzienis z Białegostoku za „Dziecięcy świat między kościołami”

 

Dziecięcy świat między kościołami

  Znacie Białystok? Na pewno tak, nie będę więc pytać, czy wiecie, gdzie jest to miejsce, w którym akurat przebywam. A raczej siedzę. Może niezbyt wygodnie, bo grzbiet betonowej owcy, na który się wdrapałam, ziębi nieprzyjemnie tak zwane cztery litery. Figura Jezusa Dobrego Pasterza
z rozpostartymi ramionami stwarza poczucie bezpieczeństwa. I bezkarności. Bo może nikt mnie nie zauważy i z wielkim krzykiem nie ściągnie z problematycznej miejscówki. Obok, na wyszczerbionej barierce wałów kościelnych, porzuciłam bukiet złocistych dalii kaktusowych. Mam je zanieść siostrze Izabeli do przystrojenia ołtarza. Zaniosę, na pewno. Tylko trochę później. Teraz spoglądam przed siebie. Wzrok biegnie trzema ulicami, ocienionymi szpalerami drzew, płynnie przechodzącymi jedna w drugą. Nie potrzebuję lornetki, żeby zobaczyć siedmiolatkę w czerwonym płaszczyku, czytającą książkę na stopniach Książnicy. Jest zatopiona w lekturze, nie obchodzi jej, że przycupnęła na schodkach niegdysiejszej Loży Masońskiej „Zum Goldenen Ring”. Słońce wyglądające zza szczytu budynku, otacza ją świetlista aureolą. Zaskakujący symbol przeszłości.
Nie czyta długo. Zgrzyt hamującego autobusu wybija ją z transu. Zamyka książkę i chowa ją do tornistra, na którym siedziała. Z kieszeni płaszczyka wyciąga makowy, szydełkowy kapelusik. Naciąga go szybkim ruchem na głowę i rusza w kierunku skrzyżowania z Sienkiewicza. Łatwo śledzić ją wzrokiem. Czerwony ogieniek, przemykający wśród szaro-burego tłumu.
  Mija właśnie Farę. Młoda, ułomna żebraczka w połatanej, brudnej sukience, spod bocznych wrót katedry wyciąga proszącą dłoń. Wierni mijają ją obojętnie. Dziewczynka ma dwie monety pięćdziesięciogroszowe w kieszonce płaszczyka, ale monety są jej potrzebne, więc z uczuciem zawstydzenia, ze spuszczoną głową, szybko mknie dalej. Przechodzi obok białego kościółka parafialnego. Mimo, że bardzo się śpieszy, zajrzałaby do wnętrza, ale wie, że wszystkie drzwi są zamknięte. I te od dziedzińca, porośniętego kasztanowcami, i te ukryte w bocznej nawie Fary. Za to drzwi Kina Ton, przytulonego do kościelnego wzgórza, są otwarte na oścież. Z podcieni budynku wabią fotosy filmowe. Mała lubi to miejsce. Kojarzy się jej z pierwszym, obejrzanym filmem Disneya. „Zakochany kundel” stał się symbolem przezwyciężonej choroby. Tu bowiem zaprowadziła ją w nagrodę mama, tuż po opuszczeniu lecznicy. Opowiedziała jej też, że kiedyś był tu szpital-przytułek, założony przez Jana Klemensa Branickiego. Zapamiętała tę informacją, chociaż nic wtedy dla niej nie znaczyła. Najważniejszy był film. Do dziś go wspomina. Nie ogląda jednak fotosów, chociaż ma na to ochotę. Chce zadzwonić do mamy, do pracy. Mija Archiwum Państwowe. Zerka na nie kątem oka i przez myśl przebiegają jej słowa taty, że to dawniej był Cekhauz, czyli zbrojownia, albo też w ostateczności składnica sprzętu strażackiego. Wiadomości tej nie wyrzuciła
z pamięci, bo bardzo spodobało jej się obce słowo. Jak egzotyczny kwiat.
  Przyspiesza kroku i widzi już budkę telefoniczną, wciśniętą między kiosk Ruchu i Stary Dom Towarowy, nad którego oknami wystawowymi wiszą przybrudzone markizy. Przed budką stoi długa kolejka. Sześć osób, przestępujących niecierpliwie z nogi na nogę. Za dużo czekania, stwierdza i zmienia swój plan dnia. Pojedzie autobusem. Mamie opowie wszystko wieczorem, ostatecznie nic ważnego się nie wydarzyło. Lekcje zostały dzisiaj skrócone z powodu rady pedagogicznej, wolny czas wykorzystała więc na wizytę w bibliotece. Teraz musi tylko zdążyć na katechezę do Kościoła św. Rocha. Jeżeli skorzysta z komunikacji miejskiej, będzie miała czas na wizytę w ogrodzie Leluszów. Ostatnia myśl rozjaśnia jej poważną buzię rozmarzonym uśmiechem. Ogląda się za siebie, w stronę przystanku, usytuowanego wygodnie między Kinem Ton, a Archiwum. Na zakręcie przy Pałacu Branickich pojawił się właśnie autobus. Robi w tył zwrot i biegnie, żeby zdążyć. Uff! Udało się! Gdy pojazd przystanął i otworzyły się tylne drzwi, wsiadła tylko z lekka zasapana. Kupiła bilet
u konduktora. Oczywiście ulgowy. Jedna pięćdziesięciogroszówka ubyła z jej kieszonki. Druga przyda się albo na powrót, albo na rozmowę telefoniczną z budki.
  W brzuchatym wnętrzu autobusu nie ma wielu pasażerów. Jest dużo wolnych miejsc. Siada przy oknie po prawej stronie. Zna na pamięć obraz przesuwający się przed oczami, ale przyciska nosek
do szyby, bacznie obserwując mijane miejsca. Dom Towarowy Merkury, a zaraz po nim restauracja Astoria na rogu ulic Sienkiewicza i Rynku Kościuszki, zostały w tyle. Za skrzyżowaniem wielkie oszklone witryny księgarni Empik, wabią przechodniów bogatym asortymentem. Przychodzi tu z rodzicami najczęściej po płyty gramofonowe. Czarne krążki z bajkami, wierszami i piosenkami dla dzieci. Ostatnio dostała na imieniny nagranie „Ptasiego radia” i innych utworów Juliana Tuwima. Słuchała ich tyle razy, że umie wszystkie na pamięć. Deklamuje je z upodobaniem koleżankom
z podwórka, kuzynom i znajomym rodziców. Lubi to robić, co zaowocuje wkrótce wygranymi
w konkursach recytatorskich.
  Autobus minął bank PKO, pasaż prowadzący do ulicy Ludwika Zamenhofa i sklep tekstylny,
z wejściem, skrytym pod arkadami. Przejeżdża teraz powoli obok Domu Usług.
  Tu, w oszklonym saloniku pośrodku hali, mama kupiła małej śliczne zielone, zamszowe botki. Dookoła tego sklepu gnieżdżą się, nieduże lokale, gdzie można nie tylko nabyć, ale i dopasować do figury ubrania i bieliznę. W kąciku po prawej od wejścia ma swój warsztacik zegarmistrz, a na lewo umiejscowił się damski salon fryzjersko-kosmetyczny. Między sklepikami udało się też upchać miejski punkt informacyjny.
Dziewczynka nie wie, że za osiem lat wejdzie tu z radiomagnetofonem w ręce, żeby przeprowadzić
i nagrać wywiad na zajęcia z „Przysposobienia do życia w rodzinie socjalistycznej”. Będzie chciała dowiedzieć się, co ludzie sądzą o Poradni Przedmałżeńskiej, która rozpocznie wtedy działalność
w Białymstoku. Uda się jej doprowadzić do skutku trzy rozmowy. Z salonu fryzjerskiego zostanie wyproszona, zanim wytłumaczy, po co przyszła. Nie zrazi się tym. Nie może. I chociaż zaczepiani ludzie będą odganiać się od niej, jak od uprzykrzonej muchy, zauważy w końcu młodą parę przy stoisku z akcesoriami niemowlęcymi. Na zadane przez nią pytanie:
– Czy Państwo słyszeli o Poradni Przedmałżeńskiej?
– Oczywiście, słyszeliśmy! – padnie zdecydowana podwójna odpowiedź:
– Co Państwo o niej sądzą?
– To bardzo dobry pomysł. Potrzebna jest taka w każdym mieście – stwierdzą zgodnym prawie chórem.
– A czy Państwo z niej korzystali?
– Nie zdążyliśmy – odpowie mężczyzna, patrząc z dumą na mocno zaokrąglony brzuch, nagle pokraśniałej na twarzy, towarzyszki.
Następną parę, oglądającą koronkowe dessous, wypatrzy w sklepiku z elegancką bielizną. On około czterdziestki, szpakowaty, z szeroką złotą obrączką na serdecznym palcu prawej ręki, ona mająca nie więcej niż dwadzieścia lat.
Od nich też otrzyma pozytywną odpowiedź na swoje dwa pierwsze pytania. Ale na trzecie mężczyzna odpowie:
– Nie jesteśmy małżeństwem – na co kobieta zaciśnie mocno zęby.
Trzecie nagranie zrealizuje w punkcie informacyjnym. Rozczochrany młodzian zgodzi się wziąć udział w ankiecie. On też będzie wiedział o istnieniu Poradni. Tylko na pytanie, co o niej sądzi, odwróci się do kolegów i krzyknie:
– Chłopaki, do cholery, co ja mogę o tym sądzić? – po czym dostanie takiego ataku śmiechu, zakończonego czkawką, że nie będzie w stanie powiedzieć już nic więcej.
  Ale to przyszłość. Teraz autobus mija świetnie zaopatrzony sklep kreślarski i mały lokalik na rogu budynku, zamykającego Rynek Kościuszki, do którego wiedzie kilka schodków. Nigdy w nim nie była, więc nie wie, co tam można kupić. Od ulicy Lipowej oddziela go przejście do ulicy Fornalskiej. A sama ulica Lipowa zaczyna się firmowym salonikiem Zakładu Przemysłu Skórzanego Chełmek. Rodzice zawsze kupują tu buty i mała już dawno postanowiła, że jak dorośnie, to ona też będzie się w nim zaopatrywać. Wszyscy przecież wiedzą, że jak buty, to tylko z Chełmka! Lecz nie myśli
o tym długo, bo autobus jedzie dalej, zostawiając za sobą sklepiki złotnicze, Składnicę Harcerską, przecina ulicę Malmeda i przejeżdża obok sklepu sportowego. Pewnie była w nim dzisiaj dostawa, bo długi ogonek kolejkowiczów czeka przy drzwiach. Jest tam też stoisko z zabawkami. Gdy autobus zwalnia, widzi na wystawie ogromną lalkę, pewnie chodzącą. Marzy o takiej.
  Za sportowym połyskuje nowiutkimi neonami świeżo oddany do użytku pierwszy w Białymstoku sam nocny, a tuż obok pyszni się największe w mieście Kino Pokój. Zaprasza widzów, wabiąc kolorowymi plakatami. Zanim autobus zatrzyma się na przystanku, zostawi po prawej ulicę Nowy Świat. Za przystankiem, wzdłuż Lipowej ciągnie się długi budynek, na parterze którego mieszczą się duże obiekty handlowe: Kryształy, Moda Damska, Męska i Sklep Muzyczny. Do tego ostatniego dziewczynka zachodzi, żeby pobrzdąkać na pianinie. Sprzedawcy pozwalają jej na to, chociaż potrafi wystukać tylko pięć melodii. Dzisiaj daruje sobie tę przyjemność. Jeszcze trochę jazdy przed nią. Zanim opuści pojazd, przejedzie obok Salonu Meblowego, Cepelii – zaczarowanego miejsca sztuki ludowej, kwiaciarni „Gerbera”, antykwariatu i komisariatu milicji. Minie też willę „Pod Kariatydami”, do niedawna siedzibę szkoły podstawowej.
  No i nareszcie przystanek, tuż przy niewielkim sklepiku z butami dla dzieci, umiejscowiony niemal idealnie naprzeciwko księgarni po drugiej stronie ulicy. Mała wysiada, czeka chwilę, aż autobus odjedzie. Rozgląda się uważnie w lewo, w prawo i znowu w lewo, a gdy nie widzi ani nadjeżdżających pojazdów, ani milicjantów, czyhających na łamiących prawo, przebiega szybko przez jezdnię. Niezgodnie z przepisami ruchu drogowego, ale do najbliższego przejścia ma około dwustu metrów, a jej zaczęło się bardzo śpieszyć. Miejsce, do którego chce chociaż na chwilę zajrzeć, znajduje się za budynkiem mieszczącym Dom Książki Techniczno-Naukowej. Wystarczy przejść przez bramę z prawej strony sklepu i już widać ogrodzenie z metalową furtką, do której przymocowany jest szyld z napisem OGRÓD. Dziewczynka naciska klamkę i wchodzi. Jeszcze kilka kroków i ogarniają ją kolory i zapachy. Świeża ziemia, otwarte inspekty, pełne sadzonek, grządki warzywne, rabatki kwiatowe, wydzielony ogródek daliowy, pergole z pnącymi różyczkami i klematisami, krzewy i drzewka owocowe – raj na ziemi w samym centrum miasta! Na jej powitanie wychodzi Irena Leluszowa, właścicielka tego cudu. Ma dzisiaj dla niej niespodziankę. W ogródku daliowym, nad maleńkim oczkiem wodnym, stanęła fontanna, rzeźba nagiego chłopca ze słonecznikiem na ramieniu, z którego tryska strumień wody. Mała jest zachwycona. Od razu ma dla niego imię. To będzie Nelusz – woła. Wzruszona ogrodniczka ze śmiechem wyraża zgodę na te niespodziewane chrzciny.
– Duszki kwiatowe szepnęły mi rano na uszko, że przyjdziesz. Mam więc twoje ulubione kakao
z bitą śmietanką. Napijesz się? – zagaduje Leluszowa, zaglądając gościowi w oczy.
Gdy mała entuzjastycznie potakuje, prowadzi ją na taras przy domu, sadza na ażurowym krzesełku przy okrągłym stoliku, nakrytym lnianą serwetą z mereżkami, a sama drobnym kroczkiem idzie po dzbanek z napojem. Przynosi go, rozlewa parujące kakao w dwa duże, pękate kubki. Przez chwilę popijają smakołyk, delektując się nim w milczeniu. Cisza nie trwa długo. Przerywa ją ogrodniczka, pytając, dokąd dziewczynka się udaje. Gdy ta odpowiada, że na lekcję religii, starsza kobieta rozpromienia się. Prosi o przysługę. Obiecała dostarczyć siostrze Izabeli bukiet pomarańczowych, kaktusowych dalii do przybrania ołtarza, a w tym momencie nie może sama tego zrobić. Pomocnicy mają wychodne, a ona nie chce zostawiać ogrodu bez opieki. Zaraz mają też przyjść klienci po zamówienia. Mała bez wahania wyraża zgodę. Dopija kakao, a Leluszowa przynosi kwiaty, przybrane asparagusem, zawinięte w biały papier pakowy. Razem idą do furtki, gdzie ogrodniczka oddaje dalie w ręce dziewczynki. Całuje ją serdecznie na pożegnanie. Pani Irena jest niewysoka, przygarbiona od ciągłej pracy przy roślinach, więc nie musi się schylać, gdy przytula gościa.
  Dziewczynka, przez bramę przy księgarni, wychodzi na ulicę Lipową. Bez zatrzymywania się idzie do kościoła, położonego na wzgórzu. Pokonuje kaskadowe schody. I gdy jest już na górze, zanim pójdzie oddać kwiaty siostrze Izabeli, wślizguje się na kościelne wały. Podchodzi do Figury Jezusa Dobrego Pasterza, który rozpostartymi ramionami chroni owieczki, przytulone do jego stóp. Bukiet kwiatów pieczołowicie kładzie na wyszczerbionej barierce, a sama wdrapuje się na grzbiet  jednej z podopiecznych betonowego Chrystusa. Przez chwilę spogląda prosto przed siebie. Wzrok jej biegnie trzema ulicami, ocienionymi szpalerami drzew, płynnie przechodzącymi jedna w drugą…  

Uzasadnienie:

za dźwięki, barwy, kolory dawnego Białegostoku. Za możliwość odbycia podróży w czasie po dawnym mieście, które wielu skonfrontuje z własnymi wspomnieniami. Drobiazgowy opis ulic, sklepów, zapomnianych neonów na Lipowej wzbudza emocje, bo każdy z nas przechadzał się główną arterią miasta. Autorka dokumentuje kawałek swojej pamięci i przy okazji malowniczym opisem pobudza zapomniane zakamarki naszych wspomnień. Piękny, literacki opis tętniącej życiem dawnej ulicy Białegostoku.

 

Miejsce III

Wojciech Więckowski ze Skrodzkich k. Rajgrodu za „Paciorki różańca”

PACIORKI RÓŻAŃCA

Przezwali ich „Niechcice”, bo osiedli na zakupionym gospodarstwie akurat wówczas, gdy telewizja kończyła nadawanie pięknego serialu według Marii Dąbrowskiej. W skojarzeniu pomogła pewnie jego bujna broda oraz kapelusz, który nosił przy pracy w miejsce powszechnej w okolicy maciejówki. Ksywka przyjęła się szybko i trwale. Szybko i szeroko, bo kiedy po roku gospodarzenia poszli dać na mszę dziękczynną, Wielebny w swoim kapowniku zapisał „w intencji rodziny Niechciców” i dopiero po uśmiechniętej interwencji, czerwony jak burak, poprawił nazwisko. A że szeroko i trwale, okazało się jakieś ćwierć wieku później, gdy, przywieziony do Olszanki niemowlęciem, młody gospodarz po raz pierwszy zawiózł na spęd cielaki;

– Jak się nazywasz? – zapytano w czasie okolicznościowej pogawędki.

– Kwiatkowski – odparł Młody.

– A skąd jesteś? – dociekano.

– Z Olszanki.

– W Olszance nie ma żadnych Kwiatkowskich!

– Są! Jestem synem Niechcica.

– No to mów od razu!

Przyjęto ich życzliwie, choć po cichu zastanawiano się – wariaci czy aferzyści. Bo kto normalny, mając mieszkanie i dobrą pracę w mieście, przenosi się do wioski i to na kolonię, gdzie wrony już  zawracają. 

Gdy odwiedził ich łysy a okrągły na gębie kuzyn, poszła plotka, że to Kuroń teraz stoi za nimi, bo w Stanie Wojennym, jako opozycjoniści, musieli uciekać na wieś. Zapewne w jakiejś mierze zaspakajaniu ciekawości służyły kurtuazyjne wizyty, które zaczęto składać nowym sąsiadom. Oni rewizytowali w trybie świąteczno-imieninowym, byli zapraszani na wesela i tak przylgnęli do wiejskiej społeczności.

Na rampie zlewni niecodzienny tłok. Zlewniarka Magda ździebko zaspała, więc teraz wszyscy uwijają się jak w ukropie, aby zdążyć przed przyjazdem cysterny. Waldek ręczną dwukółką przywiózł swoich pięć kan. Krysia na rowerze jedną. A Tolek z Kolonii na furmance cztery kany swoje i jeszcze siedem od trzech sąsiadów. Magda odbiera od nich mleko korzystając z przerw, w których wozak Wacek odnosi na wóz puste kany i przynosi następne. A Wacek krąży tak od dłuższego czasu, bo na zlecenie Mleczarni zbiera kany z całych Brzezin. Magda zaiwania jak wieloczynnościowy robot. Każda konew ma dwukrotnie wymalowany urzędowy numer dostawcy – na zwężce i na deklu. Trzeba pobrać z szafki szklane naczynko z odpowiednim numerem i długą pipetą, sięgając do dna każdej kany pobrać próbkę i wlać ją do naczynka. Przy okazji sprawdzić, czy kany pełne wypełnione są rzetelnie, po samą szyjkę. Mleko z kany niepełnej każe przelać do miernika, a po zliczeniu zawartości wszystkich kan zapisuje wynik na koncie danego dostawcy i dopiero wtedy pozwala przelać mleko do wielkiej wanny chłodzącej. A tu Kazik, wozak z Olszanki, zajeżdża parą koni z platformą pełniuteńką konwi. Towarzystwo solidarnie łapie się za noszenie konwi, więc Kazik stojąc na wozie tylko dyryguje – teraz te trzy, teraz te dwie, a teraz tych pięć. I ustawia za porządkiem, według numerów, powracające bańki. I udało się – ostatnia kana wróciła na wóz w momencie, kiedy na podjazd zajechała cysterna. Ale dla Kazika to był dopiero początek feralnego dnia. Gdy wrócił do domu i zasiadł do zasłużonego śniadania, rozszczekały się psy, bo przy bramie stanął Hieronim z małą kaną w ręku. Kazik musiał podejść do bramy, bo z Hieronimem był pogniewany i nie wpuszczał go na podwórko.

– Czego postawił mi na ławce nie moją kanę?

– Jak nie twoją, twój numer wymalowany!

– Na deklu mój, ale na kanie Stasiaków.

– No to szedłeś koło nich, trzeba było odmienić.

– Ja tam do Stasiaków nie zachodzę. Zresztą nie ja dekle pomieszałem. Niech sam do nich zajdzie. Ja chcę mieć na ławce swoją kanę.

Hieronim z przytupem postawił „dziesiątkę” przed bramą i poszedł. A Kazikowi odszedł apetyt na stygnące śniadanie, bo on także ze Stasiakami miał na pieńku i problem robił się poważny. Postał chwilę, poskrobał się za uchem, wsiadł na rower i pojechał do Niechcica.

– Tobie to dobrze, ty gadasz z całą wioską, zaszedłbyś do Stasiaków i Hieronima poodmieniać dekle. .

– A czemu ja, przecież tobie bliżej

– No ale wiesz, że mnie do nich nie po drodze

– No to masz dobrą okazję zajść do Stasiaków, dobre słowo powiedzieć. A Hieronimowi, póki co, postawisz kankę na ławce.

– To nie takie proste. Długo by o tym gadać. Do obiadu by zeszło, a ja jeszcze bez śniadania.

I co było robić! Niechcic wsiadł na swój rower i pojechali do wsi.

     Z Wielebnym poznajomili się przy remoncie kościoła. Parafialnymi siłami wykuwali w starej posadzce kanały nawiewne do ogrzewania. Niechcic dygał taczkami wykuty gruz na podstawioną przyczepę, a że Wielebny w wytartych dżinsach i z podwiniętymi rękawami uwijał się wraz z nimi, był czas by zapalić i pogadać. Głęboka teologia z tych pogwarek nie prześwitywała, ale nawiązała się sympatyczna znajomość. Z tą teologią to wśród parafialnego kleru za tęgo nie było i Niechcica drażniły pobożnościowe mocno kazania. Gdy na długi, majowy weekend przyjechała siostra z rodziną, wyrzucił to z siebie. Rozgwieżdżone niebo, strzelające z ogniska iskry i upieczone na patyku gorące kiełbaski (podlewane „duchem puszczy”) nastrajały metafizycznie. Szwagier opowiedział ciekawą historię zasłyszaną od przyjaciół z oazowych jeszcze czasów: 

– Na niedzielnej mszy wypadło czytanie ze św. Mateusza: „Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i ofiaruj dar swój.” Wikary przeczytał Ewangelię i nawija: no to co, teraz każdy zmyka do domu – do teściowej, sąsiada czy z kim tam się pokłócił – i za pół godziny spotykamy się na Ofiarowaniu; ja oblecę kościół z tacą, a potem z czystym sercem przystępujemy do Stołu Pańskiego.

– Bardzo szczytna ortodoksja – wtrąciła siostra – ale niedzielny porządek nabożeństw by jej nie wytrzymał. Szczęśliwie proboszcz wyskoczył z konfesjonału i zarządził korektę – pojednanie w ciągu tygodnia i powrót z czystym sercem w następną niedzielę.

– To tak według zasady – szwagier nie odpuszczał – „niech się cała wieś spali, a porządek w straży musi być”

– Widzisz Dorotko, my tu o ewangelizacji, Janie Pawle, przemianach posoborowych, a moi wielebni na okrągło o pielgrzymkach, nowennach, pierwszych piątkach i procesjach.

– Bo widzisz braciszku, ty nie bierzesz poprawki na to, że myśmy mieli szczęście chować się wśród niezwykłych księży.

– A tak przy okazji – dorzucił szwagier – ty też jesteś cząstką Kościoła. Spróbuj wnieść coś od siebie.

Po jakichś trzech latach, gdy gospodarstwo zaczęło stawać na nogi, w miejsce życzliwego pobłażania, ze strony sąsiadów zaczął pojawiać się dystans – aha, nie takie to dziwaki, radzą sobie. Zaskoczenie i uznanie pojawiło się po następnych kilku latach, kiedy to na początku ustrojowej transformacji dokupili ziemię – kilkanaście hektarów, praktycznie w jednym kawałku, w sąsiednich Strzałkach. Wioseczka była oddalona o dobry kilometr od asfaltu i ten kilometr żwirówki wprowadził Niechcica w jej społeczność. Bo jak przychodziło do wiosennego wożenia żwiru i równania pozimowych dziur, strzałecki sołtys troskliwie pamiętał o nowym użytkowniku drogi. Ta sąsiedzka tłoka drogowa była czymś wyjątkowym w życiu wioski, bo stawiali się na nią wszyscy, mimo, iż na co dzień nieomal każdy z każdym był pogniewany. Pięciu gospodarzy oddawało mleko do Mleczarni i codziennie cztery furmanki i jedna ciągnikowa bryczka jechały do odległej o 5 kilometrów zlewni. A wożenia „kolejką” nijak nie dawało się ustalić, bo ktoś wiózł jedną kanę, ktoś inny dwie a czasem trzy, a na bryczce zwykle jechało baniek siedem. No i znajdź tu sprawiedliwe rozwiązanie. System „każdy po dniu” bulwersował biedniaków – „a co ja będę bogatemu kany dygał”. Dla bogatego nie do przyjęcia było „ile kan, tyle dni” – „legaty będą spać, a ja będę latał jak wariat”. I tak wszyscy zgodnie woleli nic sobie nie ulżyć, byleby sąsiadowi nie było lepiej.

Zwariowany pomysł, by rzucić miasto i „ze świeżego powietrza” budować własne gospodarstwo, miał jednak przykrą dolegliwość – trzeba było za to wszystko zapłacić. Dochody z produkcji jakoś wystarczały na pokrycie bieżących kosztów oraz nielichych zobowiązań kredytowych, ale trzeba było jeszcze za coś żyć. Zaczynała się zima, zrobiło się luźniej z czasem, bo skończyły się prace polowe i Niechcic dogadał z prywatnym tartakiem dostawę drewna. Wykazał się jako drwal, brzozowe i olszynowe pnie załadował na przyczepę, a gałęzie zamierzał po powrocie pociąć na opał. Nieopodal tartaku mieszkali znajomi, do których wracając zajechał na kawę. Podskoczyli oni z oburzenia na pomysł przepuszczenia brzozowych gałęzi przez piec, bo dla nich był to cenny surowiec – piłą tarczową cięli brzozowe gałęzie na plasterki, z których wykrawali różańcowe koraliki. I od ręki wynegocjowali współpracę – Niechcic odda im część gałęzi, a oni pożyczą mu samodziałową wiertarkę ze specjalnym wiertłem-frezem i odbiorą surowe paciorki.

Te paciorki wycinali z żoną przez całą zimę i jeszcze w marcu wypełniały im każdą wolną chwilę, a sień do której wstawili wiertarkę – skrzypiącym szumem frezującego wiertła i wylatującym spod niego drzewnym pyłem. Muzyka przez ten szum się przebijała, lecz kiedy radio zatrąbiło hejnał mariacki i Niechcic chciał posłuchać wiadomości, musiał wyłączyć maszynę. I w tej dzwoniącej w uszach ciszy usłyszał, że w czerwcu papież JP II odwiedzi Łomżę. Natychmiast napłynęły wspomnienia z pielgrzymki w roku 1983– radość wspólna z tłumem oblegającym Aleję Żwirki i Wigury w czasie przejazdu z lotniska. A o dostaniu się na Stadion Dziesięciolecia nie było co marzyć – ciżba wypełniająca szczelnie błonia zatrzymała ich przy samych Alejach Jerozolimskich. A potem chwila skupionej ciszy i niezwykła owacja tej mnogości ludzi po wezwaniu przez JP II Ducha Świętego, aby zstąpił i odnowił oblicze Tej Ziemi. Niechcicowi bliski był pogląd o istotnym związku tego wezwania ze zwołaniem Okrągłego Stołu i upadkiem Muru Berlińskiego, więc rzeźbiąc, w ramach poobiedniego relaksu, kolejną partię koralików zastanawiał się, czym mogłoby zaowocować łomżyńskie spotkanie. A że już taka jest ta ludzka natura, iż myśl o Panu Bogu szybciutko splata się z myślą o ulżeniu sobie w tym, co najbardziej boli, pomyślał o ludzkiej głupocie. Bo bardzo go bolała głupota ludzkiej złości, która nie dość, że zatruwa serce, to jeszcze idiotycznie komplikuje życie. A gdyby tak zakombinować, żeby każdy paciorek to jedna głupota mniej?

Gdy na niedzielnej mszy Wielebny zapowiedział parafialne przygotowania do łomżyńskiego spotkania, poszedł do niego opowiedzieć o swoim pomyśle. Jako punkt wyjścia  zrelacjonował strzałkowskie i kazikowe problemy z wożeniem mleka i oddawaniem baniek, po czym postulował: 

– Postawmy przed bocznym ołtarzem naczynie z różańcowymi koralikami i skarbonkę na Dar Papieski. I ogłośmy, że każdy, kto zwrócił się z pojednaniem do teściowej, sąsiadki, męża, żony czy kogokolwiek, ma prawo pobrać z naczynka jeden paciorek i wrzucić do skarbonki. Jeden paciorek za jedno pogodzenie się z bliźnim. Te paciorki spleciemy potem w „Różaniec Pojednania”, który delegacja parafialna wręczy papieżowi. 

– No tak, ale jak każdy sam będzie swoje pojednanie oceniał, to nie będzie to zbyt wiarygodne.

– No to może ksiądz zapodać, że potrzebna jest weryfikacja pogodzenia się, na przykład w czasie spowiedzi.

– A to już poważnie komplikuje przedsięwzięcie.

– Ale stawiam dolary przeciw orzechom, że dla Jana Pawła będzie to najcenniejsza pamiątka z całej pielgrzymki.

– Nie przewiduję, żebym miał dostęp do papieskich ocen.

– Spokojnie, dowiemy się o tym z mediów, będzie o tym głośno.

– No, pomyślę o tym. Pomyślę.

Przez kolejne tygodnie i miesiące nie było widać szczególnych oznak księżowskiego myślenia. Przetoczyły się wprawdzie przez wioski Kółka Różańcowe, zbierając kasę na jakiś kosztowny „Dar dla Ojca Świętego”, ale skarbonka na pojednane paciorki przed bocznym ołtarzem się nie pojawiła. Za to Wielebny po pielgrzymce ogłosił zbiórkę datków na budowę przy plebanii kapliczki Matki Boskiej Fatimskiej – na pamiątkę odwiedzin papieża, który ma do tej figury specjalne nabożeństwo.

Uzasadnienie:

 –za przywołanie zapomnianego tematu dawnych zlewni i uczynienie z niego… perły literackiej. Splatają się wspomnienia wymieszane z faktami, żarty, dowcip i najprawdziwsi bohaterowie codzienności.
Wierzymy, ze to dopiero początek, bo historię „Niechciców” vel „Kwiatkowskich” chce się czytać dalej. Czekamy …na powieść J

 

Wyróżnienie

 

 

Tadeusz Maksimowicz z Bełchatowa za prozę „Dobry człowiek”

 Dobry człowiek


 – Czy pamiętasz Pana Leona? – pytałem znajomych i krewnych, o których miałem wiedzę, że w wyniku różnych okoliczności, spotkali tego człowieka na swojej życiowej drodze. Prośba o przypomnienie sobie jaki był, kim był, co robił, na czym polegała ich znajomość, wywoływała początkowo na twarzach moich rozmówców pewne zaskoczenie, stopniowo przechodzące w błogi uśmiech, świadczący o miłych wspomnieniach, związanych z osobą Pana Leona. I wreszcie padała odpowiedź, krótka i co najciekawsze za każdym razem taka sama:

–  To był dobry człowiek – lub – był dobrym człowiekiem – mówili.

Mój Zabłudów – miejsce bardziej usadowione w moich sferach emocjonalnych, niż racjonalnych ocenach, wszak z trzech miast gdzie przyszło mi mieszkać na stałe, w Bełchatowie mieszkam już prawie czterdzieści pięć lat, w Olecku mieszkałem dwadzieścia trzy lata a w Zabłudowie zaledwie niecałe trzy. Ale w Zabłudowie urodziłem się, w Zabłudowie jako dziecko spędzałem wspaniałe wakacje i tu mieszkali moja Babcia Zosia i Dziadek Walerek. Emocje i wielkie ciągoty do tych miejsc przez wiele lat skutecznie rozniecał i podtrzymywał przyjaciel mojego  domu Jan z Łubnik.

W tymże Zabłudowie, w 1905 roku urodził się Leon Powichrowski, człowiek zacny i bliski, przyjaciel naszej rodziny, człowiek szanowany przez dorosłych, kochany przez dzieci. Trudno w tej chwili snuć opowieść o jego dzieciństwie i latach młodzieńczych, wszak grubo sto lat minęło od tego okresu i nie ma już z kim o dniach młodości Leusia wspominać. Ci którzy pamiętają go z autopsji mają dobrze po siedemdziesiątce a nawet po osiemdziesiątce, natomiast wiedza pozostałych, oparta jest na opowiadaniach oraz nielicznych dokumentach i fotografiach, które się po nim zachowały.

 Na przełomie lat 20-tych i 30-tych poznał Kornelę, pannę o rok młodszą, pochodzącą z miejscowości Sikory,  położonej niedaleko Knyszyna w gminie Kalinówka (obecnie Mońki),  parafia Kalinówka Kościelna – około sześćdziesiąt kilometrów od Zabłudowa. Panna Kornela sympatyczna i pogodna, zaradna, bardzo kobieca, nieco gadatliwa, niektórzy mówili rozszczebiotana, prowadziła gospodarstwo domowe u państwa Mrozów, zabłudowskich sklepikarzy. W międzywojennym Zabłudowie popularne było tworzenie się wśród młodych, ale już samodzielnych ludzi, nieformalnych  grup towarzyskich. Po ciężkiej pracy spotykali się,  organizując sobie wolny czas; majówki, nie tylko w maju, zabawy nie tylko w karnawale, randki nie tylko w celach matrymonialnych. Nie tylko, ale często tworzące się w grupach pary, kończyły przed ołtarzem. Tak też było  z Leonem i Kornelą, których w 1931 roku Pan Bóg połączył a ksiądz pobłogosławił.

Leon ciężko pracował w wielu miejscach, gdzie tylko było jakieś zatrudnienie z wynagrodzeniem, najczęściej w garbarni Chaima Millera na ulicy Podrzecznej. Ciężka i chorobotwórcza była to praca; wilgoć, odór garbowanych skór i używanych w procesie garbowania chemikaliów, dawały się we znaki nie tylko pracownikom ale również pobliskim mieszkańcom.

– Oj nadojeło dzisiaj,  boli dla mnie głowa – uskarżał się po powrocie z pracy i to „dzisiaj” stawało się coraz częstsze. Cztery osoby trzeba jednak było wykarmić, bo kiedy wybuchła wojna, syn Janek miał już       dziewięć lat a córka Stanisława o trzy mniej.

Jakoś przeżyli trudny okres okupacji i sowieckiej i niemieckiej a tak się złożyło, że Zabłudowianie doświadczyli i jednej i drugiej. Wojna w Zabłudowie skończyła się już pod koniec lipca 1944 roku a mówiąc precyzyjniej, to okupant  niemiecki opuścił  Zabłudów, . Nie należy jednak sądzić, że przyszła wolność i nastał pokój, wszak wiemy jak to było – ale do rzeczy. Kadra nauczycielska w miasteczku była aktywna  przez całą okupację, prowadząc tajne nauczanie i gotowość tą wykazała, przystępując  do pracy  oświatowej natychmiast po wyjściu Niemców. Gorzej było z lokalem. Jeszcze w 1936 r. potrzeby skłoniły władze i mieszkańców do budowy nowego, murowanego, piętrowego budynku szkolnego. Budynek był prawie gotowy kiedy wybuchła II wojna światowa  i gdy miasto przeszło w ręce niemieckie, w  budynku tym lokum znalazły władze okupacyjne, na odchodne niszcząc go doszczętnie. Zanim został odbudowany przekazano oświacie drewniany, obszerny budynek z przestronnym parterem i pomieszczeniami mieszkalnymi na sporym poddaszu. W obiekcie tym przed wojną mieściło się zabłudowskie przedszkole. Były tu i izby lekcyjne, były i mieszkania, było też kilkanaście miejsc internackich. Szkoła ruszyła a wśród zatrudnionych nauczycieli znaleźli się moi rodzice Antoni i Tomira. Zatrudnienie znalazł również bohater mojej opowieści – Pan Leon. Oprócz zatrudnienia przydzielono i jednej i drugiej rodzinie lokale mieszkalne. Antoni z żoną Tomirą i córeczkami Marysią i Urszulą zamieszkali na parterze a Leona z żoną Kornelą, synem Jankiem i córką Stanisławą zakwaterowano na poddaszu. Antoni uczył matematyki, Tomira polskiego, czasem historii  zaś Pan Leon, stał się najważniejszą osobą reaktywującej się zabłudowskiej oświaty. Powierzono mu najbardziej odpowiedzialne, wielozadaniowe stanowisko. Gospodarz obiektów, konserwator urządzeń, opiekun i powiernik, ochroniarz i porządkowy czyli człowiek „złota rączka”  i woźny szkolny. Miał swoje zasady, których rzetelnie przestrzegał, był uczciwy i mimo okazywanej, zewnętrznej  surowości zjednywał sobie zaufanie i przyjaźń młodzieży i współpracowników  a dzieci wręcz go kochały. Starsi o 10 lat od Tomiry i Antoniego Kornela i Leon szybko stali się najlepszymi sąsiadami i bliskimi ludźmi. Ich dzieci           i nasze dzieci spędzały wspólnie czas, zaś doglądane razem były bezpieczne. Do wymienionej wyżej czwórki doszła w 1947 mała Zosia, siostra Janka i Stasi a we wspólnym spędzaniu czasu i wspólnych zabawach brali jeszcze udział Maryś i Czarek, synowie kierownika szkoły. Nie sposób wymienić wachlarza gier i zabaw zarówno tych znanych powszechnie jak i tych wymyślanych na poczekaniu ale  o jednej warto wspomnieć. Jej podlaska odmiana nazywała się  grą „w kaczanego” i polegała na kulaniu pisanek w okresie wielkanocnym  a różnych, okrągłych przedmiotów w pozostałym czasie. Janek, kilkunastolatek wolał już inne towarzystwo ale Stasia lubiła matkować tym młodszym, choć czasem kiedy słychać było hasło siku lub kaku, pomoc nie była łatwa. Oko Pana Leona widziało wszystko, krzywda nikomu stać się nie mogła,  zaś sprawiedliwe   oceny i wyroki dziatwa bez szemrania akceptowała. Jak się przytrafiła kuka to do wujka Leona jak w dym; pochuchał, podmuchał i kuka przestawała boleć.

Kiedyś Leon przywiózł gęsiora żeby przez lato go podtuczyć a w odpowiednim czasie uatrakcyjnić powojenny jadłospis. Gęsior chodził luzem i upatrzył sobie naszą Marynię; syczał na nią, straszył a nawet brał się za szczypanie. Tylko Pan Leon mógł coś w tej sprawie zaradzić. Przy czteroletniej Marysi nakrzyczał na ptaka i za nogę przywiązał do płotu. Dziecku zrobiło się żal i w obecności gęsiora oznajmiła:

 – On już więcej nie będzie – i dodała po chwili –  tak mi obiecał, Wujku Leonie trzeba go odwiązać.

O dziwo uwolniony ptak więcej Maryni nie zaczepiał.

Antoni z Leonem znajdowali wspólny język i tematy do rozmów. Szkoła była wspólna, polityka była wspólna i te dwie sfery życia wystarczyły do prowadzenia długich rozmów. Antoni popalał, za to Leon kopcił jak lokomotywa; „Popularne”, „ Sporty” i co się dało ale najchętniej „Mocne”. Choć wiedział, że lata  w garbarniach zniszczyły mu płuca i puka do nich astma, nie potrafił przestać palić. Obaj panowie mieli  wspólną ulubioną potrawę. Były to oładki,  smażone na słono placki ziemniaczane, zarówno jako same placki, jak też jako kanapka: dwie skibki chleba z plackiem w środku. Smakowało nawet bez prynuki; próbowałem, naprawdę dobre.

 Pan Leon był niezbyt wielkiej  postury. Mężczyzna szczupły, by nie powiedzieć  wręcz chudy, twarz pociągła z lekko zapadającymi się policzkami,  ciemne, przyprószone siwizną włosy, zaczesane do tyłu. Miał głęboko osadzone oczy, spokojnie oceniające świat spod mocnych, gęstych brwi. Wiele mówiły też jego ręce,  na których widoczne były ślady ciężkiej pracy, a których dotyk potrafił być bardzo delikatny. Postura niewielka, niewielka rozmiarami ale ogromna przez emanujący spokój, stanowczość i zdecydowanie,  wtedy rysy stawały  się łagodne i pogodne.

 – Tato! Wujku, gdzie jedzie tata? – darła się Marynia biegając jak szalona przed budynkiem, w którym mieszkali. 12 października 1945 roku kilku uzbrojonych mężczyzn przyjechało przypomnieć dawnemu podchorążemu, członkowi NZS, że trzeba wspomnienia zakopać głęboko i określić się po jednej i jedynie słusznej stronie. Po ponad 75-ciu latach widzę przestrach w oczach Marii, kiedy opowiada mi o żołnierzach   z karabinami, na każdym rogu budynku i innych, którzy zawlekli jej ojca do takiego wojskowego samochodu, co nie miał dachu.  Miała wtedy niespełna cztery lata. Leon utulił, pogłaskał i obiecał, że tata wróci. Jak Leon obiecał, to znaczy, że tak będzie. I rzeczywiście po kilku miesiącach  wrócił ale przestrach pozostał. To Leon zaalarmował rodzinę i namawiał do jeszcze możliwej ucieczki, lecz Antoni nie chciał uciekać. W tej wojnie nauciekał się już wystarczająco.

W październiku 1948 roku, w Piotrkowie Trybunalskim skąd pochodziła Tomira, zmarł Antoni Bolesław Wichliński, ojciec Tomiry. Po sporym namyśle i poważnej rozmowie z sąsiadami postanowiono, że Leon i Kornela  zajmą się dziewczynkami, by mama i tato spokojnie mogli jechać na pogrzeb ich dziadka. Właściwie to Leon miał się zaopiekować Marynią i Ulą bo Kornela zajmowała się roczną córeczką  Zosią. Dziś taką podróż można wykonać w ciągu jednego dnia,  w tamtym  okresie było to jednak przedsięwzięcie                          

 

                                                                               – 2 –

 

bardziej czasochłonne. Tym razem „bohaterką” wydarzeń była młodsza z sióstr Urszulka. Czy to zapowiedź  

wyjazdu rodziców i spowodowane tym faktem niepokój i zdenerwowanie dziecka, czy to zwykły zbieg  okoliczności, że akurat w tym samym czasie, nastąpił u Uli atak robaczycy. Choroba dość popularna w tych czasach wśród dzieci; osłabienie, ból brzucha, brak apetytu i  pojawiające się dokuczliwe nudności      i wymioty. W tym przypadku nieobecność rodziców miała znaczenie kluczowe i potęgowała objawy.  Może ktoś pomyśli, że to jednak Pani Kornela sprawowała pieczę nad  chorą dziewczynką? Może i tak by było, gdyby nie dość  kategoryczne oświadczenie Urszulki:

– Ja chcę żeby Pan Leon tu był. – I tak wujo Leon drzemał przy małej pacjentce  i był na każde  jej wezwanie, aż do powrotu rodziców z Piotrkowa Trybunalskiego.

Kiedy przyszedłem na świat, Pan Leon miał czterdzieści cztery lata. Kiedy zaś ja  z rodziną opuszczałem Zabłudów, miałem niecałe trzy. Nie pamiętam Go z tego okresu, nie pamiętam też czy kiedykolwiek nasze drogi jeszcze się zeszły. Pamiętam natomiast kilkakrotnie opowiadaną przez mojego ojca historyjkę o tym jak to Pan Leon stał się heroldem obwieszczającym bez użycia jednego słowa, narodziny następcy. Cofnijmy się do grudnia 1949 roku, konkretnie do dnia 22 grudnia, około godziny 13-tej. Był to czwartek, ostatni dzień nauki przed świątecznymi feriami i chyba też piąta, ostatnia tego dnia lekcja.            W sąsiednich pomieszczeniach kompleksu szkolnego pod bacznym okiem Panny Franciszki, najlepszej na świecie akuszerki, robiłem wszystko, by na ten paskudny świat nie wychodzić, Ona zaś robiła wszystko, by stało się to jednak jak najszybciej. Właśnie około pierwszej, to znaczy trzynastej, nastąpił rozejm i po prostu urodziłem się Bogu na chwałę, ludziom na pociechę. Do drzwi klasy, w której odbywała się lekcja matematyki zapukał Herold Leon. Nie wchodził do klasy, tylko przez uchylone drzwi wsunął rękę do klasy   z wyciągniętym do przodu jednym palcem i bez słowa zamknął drzwi. W tej rodzinie były już dwie córki! Lekcja została zakończona przed czasem, w pokoju nauczycielskim pozostał już tylko ksiądz Sewioło, który uczył religii i był przyjacielem domu. Poszli zobaczyć narodzone dziecię i po oględzinach przystąpili do uczczenia narodzin syna. Podobno to świętowanie trwało  nieco dłużej niż przewidywał protokół, no ale cóż, syn to syn.
Po latach, kiedy w poszukiwaniu danych metrykalnych do budowy drzewa genealogicznego, trafiłem na zabłudowski cmentarz, poprosiłem moją przewodniczkę, kuzynkę Ewę, by pokazała mi miejsce gdzie spoczywa DOBRY CZŁOWIEK, gdyż sam szukałem ale bez skutku. Musiałem zmienić dane w moim genealogicznym GPS, by wyprostować ścieżki pamięci. 

                                Muszę koniecznie jeszcze coś z tym zrobić…

 

Uzasadnienie:

za pasję w poszukiwaniu wiadomości o mało znanym człowieku, który był przyjacielem rodziny. Za upór, który pomógł znaleźć wszystko, co potrzebne do stworzenia portretu mieszkańca Zabłudowa sprzed wielu, wielu lat. Narrator szuka tropów, śladów, wspomnień, żeby zbudować opowieść żywą, soczystą i momentami zabawną, gdy opisuje przygody Leona z gąsiorem. To także opowieść o rodzaju literackiego imperatywu, który pcha w ramiona przeszłości, bo wie, że to świetny materiał na …literaturę.

 

Nagroda specjalna Marszałka Województwa Podlaskiego

 

 

Irena Słomińska z Białegostoku za wiersz „ Ja” 

 

Ja

Zamrożone porcje chleba. Na zaś.

Na to jutro, kiedy nie wyjdę do sklepu.

Może chora, może zniechęcona, niepewna,

czy pokonam schody.

Ciągły stan zagrożenia. Niepewność to sens

życia.

Muszę jeść. By nie wymknąć się z ciała

po angielsku. Cicho, szeptem.

Porzucić swój karnawał.

Swój bal.

Swoje ukochanie. Książkę otwierającą mnie.

Strona po stronie.

Moje kruche wiersze – kolekcję kryształów.

Stalaktyty i stalagmity wewnętrznej jaskini.

Ja, człowiek współcześnie pierwotny.

Stara kobieta,

co wciąż jeszcze wysiaduje życie.

 

Pajacyk

 

W hipermarkecie półki ciężkie od towarów.

Uginają się, czekając na zachłanne ręce.

Podaż stale przekracza popyt, nachyla się róg obfitości.

Ułamany róg Amaltei. Wylewa się z niego wszelki nadmiar.

 

Zeus zaistniał i znikł.

Teraz żywność i przedmioty codziennego użytku

stały się bogiem, nie przestając być mirażem

wciąż malowanym dla ciebie przez jego kapłanów.

 

Rządzące światem pragnienie,

nieograniczone możliwości kreacji konsumenta

powoli tracą sens – nogi i ręce.

Bo to przecież moje ręce i moja świadomość

uległy wypadkowi na czyhającym na nie zakręcie

drogi życia. I nagle straciły urok samochody

i luksus na wynos.

Bo tak naprawdę stałam się, ja, złożona z towaru,

który się przeterminował, stracił ważność,

pajacykiem na scenie świata.

 

I umknęła spod nóg moja Ziemia.

 

Uzasadnienie:

 Przedstawienie świata jest boleśnie aktualne, uniwersalne. Opis krajobrazu wewnętrznego i zewnętrznego zdumiewa, poraża szczerością. Poetka nie ustaje w poszukiwaniach, próbach rozumienia, wiwisekcji. Docieka, drąży, nadgryza kosmos. Jednocześnie współczesna i antyczna. Nagroda za pozytywny upór / opór, metaforykę, twórcze nawiązanie do T. Różewicza, pasję, talent.

 

Nagroda specjalna Książnicy Podlaskiej im. Ł. Górnickiego w Białymstoku

 

Irena Świerżyńska z Białegostoku za wiersze „ Z poezją” i „W drodze za chlebem”

Z poezją ….     

Tu człowiek

i tu  druga trzecia i czwarta dusza

dziś chodzi i mruczy

na jednej Ziemi to samo słońce

i kij na pół podzielony.

Tylko poezja

przenosi doliny uniesie z kąta ciemnego

nuta  nie ma zagrody

pod nieba płynie

przykryje bagna i druty.

Zatrzymaj oko

posłuchaj  –  jak gra

poezja…

natury woń niesie

i motyl ma swoje

i pszczoła nektarem słodzi i bąk

zostawi  żądło za progiem

ktoś   –  musi sprzątać w tym gaju.

I już jest lepiej i góra słyszy

i człowiek   –  może

już widzi  w drugim człowieka

o  –  tak

poezja pomoże i tu

i tam za miedzą

 

  W drodze za chlebem                                                      

Skąd jesteś

gdzie śpisz i jaka jest twoja poduszka

w gromadzie słyszałeś głos z nieba

był nan  –  dostatek tamtego chleba.

Z tej samej Ziemi

dwie różne miary

i kto podzielił

te same  dusze rosły wśród skał

tylko za płotem już obcy

i moje

na górze

drugi  –   nie nasz   –   strzelaj i bij

przez lata śpiewa w kałuży.

A  –  dziecko rośnie w pyle wrogości

przez lata całe ćwiczone

nie umie

nie czuje

nie wie  –  że można zgodę budować

i bliski sąsiad pomoże.

Dzisiaj na polu obcym wśród drzew

zimno i nogi w błocie

i dzięgi

dzwonią w obcej kieszeni

został ci los  –  Judasza.

Grudy kłują tak  samo i tu kamień

płaski przy drodze

gdzie

znajdziesz próg.

Na polu zostanie smak gorzki

i dobroć się buja

na włosku.

Uzasadnienie:

Za liryczne ustosunkowanie się do najtrudniejszych, aktualnych wciąż spraw i zdarzeń : emigracji, wrogości, poniewierki, tułaczki za chlebem. Dziwienie się niesprawiedliwości, jej przypadkiem. Szukanie sposobów pocieszenia, ulgi w muzyce i poezji, w naturze – przyrodzie, tam gdzie „pszczoła nektarem słodzi i bąk / zostawi żądło za progiem”. Za drganie, szczerość i troskę.

 

Nagroda specjalna polskiego Radia Białystok

 

Janina Jakoniuk z Białegostoku za prozę „Pamiętam”

 

Pamiętam 

Ta opowieść jest o panu Wiesławie Szymańskim, redaktorze Polskiego Radia, poecie, dziennikarzu, autorze kilkunastu książek. Osobiście zetknęłam się z nim tylko raz, ale ten kontakt pozostawił ślad w moim życiu, a właściwie w mojej twórczości.

Pisałam wiersze „do szuflady”, niestety. Zaczęłam w szkole średniej, ale potem była długa przerwa. Powróciłam do nich po wielu latach, kiedy moje życie ustatkowało się na tyle, że mogłam sobie pozwolić na bujanie w obłokach. Wstydziłam się komukolwiek je pokazać, aby nie stać się przedmiotem żartów. Ludzie źle postrzegają osoby piszące, a szczególnie piszące wiersze. 

Zawsze po południu,  kiedy szykowałam obiad na następny dzień, słuchałam sobie radia Białystok. I tak trafiłam na audycję „Poczta Literacka”. Okazało się, że jest ona raz w tygodniu, w piątek. Starałam się zatem  tak ułożyć swoje zajęcia aby jej nie przegapić. Prowadził ją redaktor Wiesław Szymański, życzliwie nastawiony do osób, które przysyłały swoje wiersze do oceny. Pisali przeważnie ludzie młodzi, a nawet bardzo młodzi, co mnie jako osobę już starszą trochę onieśmielało. Ale kiedyś zdobyłam się na odwagę i napisałam e-mail do pana redaktora dołączając dwa swoje wiersze. Odpowiedział mi następnego dnia oświadczając, że na podstawie dwóch, nie może wydać opinii. Wtedy zachęcona, wybrawszy  piętnaście, które uważałam za najlepsze ‒  wysłałam. A co mi tam! Najwyżej ostro mnie skrytykuje. Dość długo czekałam na odpowiedź. Nie odpowiedział mi e-mailem, tylko w Poczcie Literackiej. Zaprezentował najkrótszy z moich wierszy, który mu się spodobał, a o pozostałych tylko wspomniał: „tak się dziś nie pisze”. Wydawało mi się , że te, które były czytane w radio, nie różnią się za bardzo od moich. Co prawda  wszystkie rymowałam, z zachowaniem znaków interpunkcyjnych itd. ale chyba nie były aż tak złe…? Poczułam się nawet dotknięta. Napisałam kolejnego e-maila do p. Szymańskiego z zapytaniem w formie żartobliwej, „czy są aż tak złe, czy aż tak dobre”? Ale odpowiedzi już nie uzyskałam. To był okres kiedy pan redaktor zbierał materiały do antologii „Białystok Poetycki 2011”. Obrażona, udałam się do naszej biblioteki i wypożyczyłam sobie wszystkie książki  p.Wiesława jakie w danej chwili tam były. A więc: „Rymy pluralisty”, „Miejsca”, „Witraż wileński”, „Icones Barbarae”, „Limeryki” i coś tam jeszcze. Muszę się przyznać, że nie miałam zbyt dużego pojęcia o gatunkach literackich. „Limeryki” to była dla mnie „nowość”. Wprawdzie ukończyłam studia wyższe, ale prawo administracyjne, i nie spotkałam się z tego rodzaju wierszem groteskowym. Owszem słyszałam różne „przyśpiewki” w tym stylu, ale uważałam je za prymitywne. 

Jednak kiedy przeczytałam „Witraż wileński”, a potem „”Icones Barbarae” – zrozumiałam, co miał na myśli pan Wiesław Szymański …

Te książki dosłownie „powaliły mnie na kolana”.

Szczególnie wielkich emocji dostarczyła Icones Barbarae, ponieważ pamiętam dobrze ten czas, kiedy zza wschodniej granicy przywożono i handlowano dosłownie wszystkim. Opisy są tak poruszające, że chciałoby się krzyczeć. Nie mógł przejść obojętnie p. Szymański widząc na polskiej ziemi tak bezczeszczone ikony Matki Najświętszej,  które wymodlone, były świętością dla poprzednich pokoleń, a zostały potraktowane jak powszednie przedmioty. Dokonano profanacji. To co miało wartość duchową wiezione było na rynek, aby sprzedać za marne srebrniki. A co najgorsze, robili to zwykli ludzie, którzy może niedawno jeszcze sami klękali przed obrazem Matki Boskiej, a których teraz ogarnęła  jakaś niepojęta żądza zysku. Sprzedawali wszystko co tylko mogło znaleźć nabywców. Odwieczne ikony do których wznoszono modły przez stulecia i które być może wyrwane zostały z cerkiewnych ikonostatów, były takim samym towarem do sprzedania jak wódka. 

Bardzo mnie poruszyły te wiersze i utkwiły już na zawsze w mojej pamięci.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy po dość długim co prawda czasie, dostałam zaproszenie na spotkanie z redaktorami antologii „Białystok Poetycki”. Okazało się, że zamieszczono tam i mój wiersz. Zaistnienie w tej książce stało się początkiem mojej poetyckiej drogi. Spotkanie odbywało się w jakiejś kawiarni na ulicy Piasta. Przyszłam z drżeniem serca. To był mój debiut. I to w pierwszej białostockiej  antologii! To nic, że tylko jeden wiersz. Ale jestem tam.

Przyszło niewiele osób, pomimo że zamieszczono utwory aż 57 autorów. 

Pan Wiesław zaprezentował antologię, opowiedział w jaki sposób były wybierane wiersze, zachęcał do dyskusji i czytania swoich utworów, ale ponieważ frekwencja była mała,  spotkanie nie trwało zbyt długo. Na koniec rozdano książki.

Po odbiór podeszłam na „miękkich” nogach. Poprosiłam o jeszcze jeden egzemplarz, gdyż chciałam się pochwalić nim przed rodziną i dać w prezencie siostrze. Pan redaktor Szymański podając mi drugą książkę zażartował pytając, czy aby na pewno nie chcę podłożyć tej książki pod nogę kulawego stołu, na co odpowiedziałam, że nie mam kulawych stołów. 

I to było moje jedyne osobiste spotkanie z panem Wiesławem. Jednak jego utwory, po które na pewno bym nie sięgnęła gdyby nie ta korespondencja e-mailowa i ciekawość jak się dzisiaj pisze, zrobiły swoje. Chociaż daleko mi do takiego kunsztu literackiego jaki miał pan Szymański, to jednak nabrałam odwagi do „wyjścia z szuflady”. Piszę –  i nawet chętnie pokazuję swoje wiersze innym.

A pan Wiesław Szymański pozostał na zawsze już w mojej pamięci.

Parę lat temu kiedy  przytwierdzano w Alei Bluesa tabliczkę poświęconą Jemu jako miłośnikowi bluesa, przypadek sprawił, że akurat byłam  tam obecna. Zrobiło mi się ciepło na sercu, że ludzie go pamiętają, a ja miałam przyjemność go spotkać. Okazało się nawet, że znam żonę pana Wiesława, która uczestniczyła właśnie w tej uroczystości.
Bardzo cenię twórczość pana Szymańskiego i uważam go za najlepszego poetę współczesnego na Podlasiu.

Uzasadnienie:

 – za wspomnienie Wiesława Szymańskiego, redaktora i dziennikarza, poety i przyjaciela wielu piszących literatów. Narratorka opowiada o swoich próbach literackich w Poczcie Literackiej i śladzie, jaki zostawił Wiesław. Dziękujemy, że Pani pamięta. Ta opowieść oddaje naszego kolegę idealnie: zawsze był skoncentrowany na pomocy młodym twórcom, delikatny i wrażliwy we własnym obrazowaniu, przyjacielski i serdeczny. Prawdziwy dobry duch poezji- i taki pozostał na zawsze.

 

Wyróżnienia Podlaskiej Redakcji Seniora

 

Anna Kropiewnicka z Suwałk za wiersz „ Samotność”

Krystyna Gudel z Suchowoli za wiersze „Koprowe poranki” i „Dlaczego winogrona dojrzewają tak często”

Dionizy Purta z Białegostoku za prozę „ Przyroda – praca – to…?”

Bogusława Wierzbicka z Białegostoku za wiersz ”I srebro i złoto”

Zyta Gieleżyńska z Białegostoku za prozę „Ukoronowany wirus nam nastał”

Halinka Bohuta-Stąpel z Wilkanowa za limeryki ”Limeryszcze podlaskie”

Wiesław Lickiewicz z Hajnówki za wiersz ”Westchnienie”

Zbigniew Nowicki z Białegostoku za prozę „A rebours, czyli silna potrzeba upamiętniania”

Małgorzata Kąkolewska z Sejn za wiersz „Ostatni walc…”

Jadwiga Zgliszewska z Białegostoku za prozę „Inny, ale ten sam”

Utwory wyróżnione przez Podlaską Redakcję Seniora zaprezentujemy w kolejnym artykule.

Czek na 1000 zł.
Czek na 1000 zł.
Czek wartości  600 zł
Czek wartości 600 zł
Czek wartości 400 zł.
Czek wartości 400 zł.

fot. Jan Tomżyński

Jolanta Falkowska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok

 

 

 

 

 

Related posts

1 Comment

  1. Stały czytelnik

    Z całym szacunkiem do szanownego jury konkursu, ale wiersz, który zdobył miejsce trzecie, powinien dostać miejsce pierwsze. Jest o niebo lepszy od pozostałych.

Comments are closed.

WordPress Theme built by Shufflehound.
Translate »
Skip to content